Archeologia domowa. Odc. 3: samochody

    Teraz pora na to, co jeździ po ziemi.
    Najpierw niech idą modele do sklejania firmy Airfix: Daroque (w internecie nie ma śladu po takiej marce, więc może pamięć mnie zawodzi, ale tak tę nazwę zapamiętałem; model zakupiony został w kiosku pod nazwą „Sklep z artykułami zagranicznymi” na placu Trzech Krzyży, skleił go mój ojciec podczas wakacji w Kołobrzegu w 1970 roku i potem miał kłopot, bo jak to przewieźć w walizce zatłoczonym pociągiem do Warszawy?!), kabrio do przewożenia VIPów w czasie wojny (marki nie pamiętam) i chyba Bugatti. Te dwa ostatnie to już, zdaje się, moja produkcja.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DAROQUE?


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

SAMOCHÓD DLA VIPÓW, ARMIA BRYTYJSKA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BUGATTI?

    Potem rewelacja początku lat 70., czyli RESORAK. Czy młodsi koledzy wiedzą, o co chodziło? Na reflektorach i felgach ślad zdobycia przez jedenastoletniego JS lakierów marki Humbrol…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Teraz jakieś maszyny budowlane. Koparka już zdefektowana, ale ma wciąż RUCHOME GĄSIENICE :) Mówiąc nawiasem, gdyby przed znalezieniem tych Obiektów ktoś znienacka zapytał mnie, czy miałem coś podobnego, powiedziałbym, że nie. Po czym otworzyłem pudełko, w którym były, i stało się coś dziwnego. Nie żadna Proustowska magdalenka, otwierająca zablokowaną pamięć, ale raczej śmieszne uczucie – jak ze snu – że to na pewno moje, ale na jakimś pobocznym torze czasu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Wreszcie komunikacja autobusowa. O piętrusach opowiadała babcia, która w 1972 roku pojechała do Londynu (!) do siostry ciotecznej, emigrantki wojennej. Zdaje mi się, że następną osobą, która z naszej szeroko pojętej rodziny pojechała na Zachód, byłem dopiero ja w 1989; nie liczę śp. Wuja Czarnej Owcy, który pracował w handlu zagranicznym i był jednak traktowany jako osoba z innego świata (także dlatego, że był w PZPR; żeby było zabawniej, po 1989 stał się zaciekłym prawicowcem, zapisał się do Towarzystwa Ziemiańskiego i zdarzało mu się rzucać teksty, które – gdyby nie ironiczny uśmieszek, nie schodzący mu z ust, przez co zawsze mógł powiedzieć, że żartował – należałoby uznać za antysemickie. Może zresztą należało, ale wuj to wuj, a przy tym miał kupę wdzięku. Choć i tak skłócił się w końcu z nami wszystkimi, nie o politykę bynajmniej. A potem nagle umarł i tyleśmy go widzieli).
    Ale miało być o piętrusach. Więc o piętrusy wypytałem sędziwą (miała wtedy 64 lata…) Podróżniczkę dokładnie i wkrótce dostałem poniższy model. A obok stoi wycieczkowy Ikarus. Prawdziwą atrakcją tego Ikarusa był fakt, że dawało się go na swój sposób otwierać. Do dziś nie wiem, czy celowo, czy po prostu w fabryce zabrakło kleju…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Zdaje się, że w piwnicy coś jeszcze mam, ale chwilowo nie pamiętam, na której półce. Więc będzie dalszy ciąg, ale nie wiem kiedy.

Archeologia domowa. Odc. 2: gry planszowe

    W zakamarkach domu znalazłem także gry plaszowe. Było tego więcej – tu tylko takie, w których najmocniej się czuje klimat epoki.
    Więc przede wszystkim WYŚCIG POKOJU.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PIONKI I PLANSZA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PUDEŁKO


    Także PODRÓŻE MIĘDZYPLANETARNE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PLANSZA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

INSTRUKCJA


    Wydaje mi się, że powyższe gry nie były bardzo intensywnie eksploatowane w moim domu rodzinnym (a grać mogły same dzieci, czyli moja siostra i ja, dzieci z rodzicami, co zdarzało się nierzadko, a wreszcie ja sam ze sobą, zważywszy, że rzut kostką wprowadzał element przypadkowości i łatwo było się pod jego wpływem rozdzielać na poszczególnych Zawodników). Co innego z kolejną grą, nad którą siadaliśmy z ojcem. Oto fascynacja Azją w wersji rodzinnej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

GO


    No i KOMBAJN GIER. Wydaje mi się, że ten zestaw w użyciu był stosunkowo często. Szachy, warcaby, młynek halma, chińczyk, a nawet coś w rodzaju pośredniego między ruletką a grą w monopol… Ale z pamięcią dziecka jest tak, że czasem coś, co się wydarzyło raz, albo zaledwie kilka razy, ale było INTENSYWNE, przeistacza się we wspomnieniu w coś, co działo się CIĄGLE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

NIE JESTEM PRZEKONANY, CZY TA PLANSZA NIE ZOSTAŁA DOŁOŻONA Z JAKIEGOŚ INNEGO PUDEŁKA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PODOBNIE JAK TA (BO TO REWERS TAMTEJ)


OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
    Ciąg dalszy nastąpi, bo to wciąż nie wszystko.

Archeologia domowa. Odc. 1: samoloty

    Najprawdopodobniej pojedzie to wszystko do pewnego muzeum (jesteśmy już po nawiązaniu wstępnego kontaktu). Ale nim wyruszy, chciałbym Państwu to pokazać. Bo sam trochę nie mogę uwierzyć, co może zawierać stara walizka na szafie w domu rodzinnym, nie otwierana przez lata (no, dobrze: prawdę mówiąc, nie było to jedna walizka).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WALIZKA


    Mój ojciec kleił plastikowe samoloty. Kiedy się w wieku 41 lat rozchorował, doszedł nagle do wniosku, że i wzrok nie ten, i ręce mu zanadto drżą (taka była w każdym razie wersja oficjalna, dla mnie). Nie zdawałem sobie sprawy, ile modeli czekało od tego momentu na swój czas (na mnie?) – i nie doczekało się zresztą. To było jesienią 1974 roku…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

NIE WIEM CO TO MIAŁ BYĆ ZA ŚMIGŁOWIEC…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…ALE W CZĘŚCIACH WYGLĄDA TAK


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CARAVELLE FIRMY AIRFIX


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CARAVELLE PRODUKCJI RODZIMEJ…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…TO ZNACZY Z ZAKŁADU W KOBYŁCE


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

AN-2


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CZAPLA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZACHOWAŁ SIĘ NAWET KWIT ZE STEMPELKIEM KONTROLI JAKOŚCI


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MIG-15


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

TENŻE – WSKAZÓWKI MONTAŻOWE


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

TU-134 I…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…JEGO WSKAZÓWKI MONTAŻOWE :)


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MI-6


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IŁ-18


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

AN-12


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I ZNOWU CARAVELLE


    Po gotowych modelach zostały nadliczbowe kalkomanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MIMO STARANNEGO ZAPAKOWANIA NIECO SIĘ SKLEIŁY…


    Ciąg dalszy nastąpi, bo to dalece nie wszystko.

To tylko Tango…

    Obserwuję wielkie poruszenie z powodu wczorajszego wystąpienia Ewy Stankiewicz.
    Co do mnie, wiem, że też powinienem się oburzać, a nie umiem.
    Od lat obserwuję chwyt retoryczny, uwielbiany przez polską tzw. prawicę, polegający na kwestionowaniu przynależności adwersarza do wspólnoty narodowej. Już w latach dziewięćdziesiątych robił to np. prof. Jerzy Robert Nowak. Bodaj nawet (?) pewien polityk SLD był uprzejmy określić GW jako „gazetę koszerną”, a potem tłumaczył się, że to przejęzyczenie lub kiepski słuch dziennikarzy na konferencji, bo on powiedział „koszmarną”. Śliskie aluzje do wątpliwego pochodzenia współobywateli robiono w przestrzeni publicznej nagminnie. A myśmy uważali to albo za margines, albo za zanikające echo jakichś przesądów, które przecież samoistnie gasną.
    Pani Ewa Stankiewicz jest na tym tle jedynie logiczną konsekwencją naszych zaniechań. Sam jakieś dziesięć, może jedenaście lat temu tłumaczyłem w prywatnej rozmowie Andrzejowi Nowakowskiemu, że z antysemityzmu i ksenofobii Polaków nie ma co robić afery, bo to mniejszościowa subkultura. A wykształconych ludzi, którzy kwestionowali potrzebę ścisłego przestrzegania języka „poprawności politycznej” (powinno być „grzecznościowej”, bo to przecież znaczy political corectness), nawet nie zliczę.
    No to teraz mamy. Rodzimy kołtun wylazł na powierzchnię, czuje się doceniony i bezpieczny. Unosi go zapał, że wreszcie ktoś go dowartościował, „prawdziwego Polaka”.
    Dawno temu zwracano uwagę, że (relatywnie, jak dziś wiemy, niewielki) sukces Jean-Marie Le Pena można wyjaśnić za pomocą narzędzi psychologii społecznej: francuscy socjaliści z Mitterandem mniej lub bardziej bezwiednie domagali się od ziomków, żeby ci byli lepsi, niż są naprawdę. A komunikat Le Pena brzmiał: przestańcie się starać. Tacy, jacy jesteście, ograniczeni, zawistni, egoistyczni, wulgarni, jesteście solą Francji. Jego hasło wyborcze brzmiało: „Rzućcie im w twarz to pięcioliterowe słow: Le Pen” (najpopularniejsze wulgaryzmy francuskie mają po pięć liter).
    U nas taką funkcję, jak (wedle tej interpretacji) pełnił we Francji Mitterand, sprawował premier Mazowiecki. To za jego czasów, w opozycji do niego, wzeszła roślinka, która wczoraj w osobie pani Stankiewicz okazała się baobabem. Jedynymi środowiskami, które próbowały baobaby karczować, były środowiska „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, w jakiejś mierze także „Więzi”, choć tu staraliśmy się być roztropni. Tymczasem roztropność nie jest, jak się okazuje, dobrym doradcą w czasach szaleństwa.
    Teraz pytanie: kto z Państwa nie narzekał w minionych dwudziestu latach na GW? Że histeryczna, że niepotrzebnie nagłaśnia, że robi z igły widły, że manipuluje, że używa argumentacji „ad hitlerum”? Nie pytam jako jedyny sprawiedliwy w Sodomie, bo też w pewnej chwili zacząłem sądzić, że redakcja przesadza.
    A to, co najstraszniejsze, to że formacji pani Stankiewicz sprzyja wciąż niemałe grono przyzwoitych ludzi, którzy na jej słowa będą się teraz uśmiechać z zażenowaniem, bo przecież słyszą, że to język z Marca 68, ale ponieważ generalnie akceptują kierunek zmian w Polsce, to te pomruki kołtuna uważają co najwyżej za przykry koszt koniecznej operacji. I przypominają żałośnie, że Lech Kaczyński wystawiał w oknie Pałacu Prezydenckiego chanukowy świecznik. Tylko że Lech Kaczyński, którego – abstrahując na chwilę od jego tragicznej śmierci – miałem zresztą za kiepskiego prezydenta, to nie ten bliźniak. Czego by mu nie zarzucać, za jego czasów PiS sugerował, że w Polsce jest możliwy nowoczesny, nieksenofobiczny konserwatyzm (nie jako idea, bo tę oczywiście można pomyśleć i dziś, tylko jako realna siła polityczna). I tylko Adam Michnik (ze znanych mi ludzi) upierał się, że konserwatyzm, by dojść do władzy i się przy niej utrzymać, będzie musiał w Polsce ożywić tradycję ksenofobicznego nacjonalizmu.
    Powtórzę to, co napisałem dawno temu w polemice z Czarkiem Michalskim, gdy był jeszcze prawicowym publicystą (choć nie sądziłem, że mój niepokój spełni się AŻ TAK): przeczytajcie, drodzy zwolennicy „dobrej zmiany”, „Tango” Mrożka. Za plecami Artura czai się Edek. I to on będzie jedynym beneficjantem rewolucji konserwatywnej, którą urządza przeciwko Stomilom nieszczęsny pięknoduch.
    Będzie? Już jest.

Sen sów – wystawka gadżetów

    To jeszcze pokażę inne znaleziska, związane ze „Snem sów” (poprzednie są do obejrzenia TUTAJ). Nie ma to, jak robić porządki w mieszkaniu, w którym od lat nie myszkowało się po półkach. Na jednej z nich stała Praktyczna Baryłeczka, a mówiąc dokładnie – metalowa puszka po cukierkach. Otwieram, a tam… kolekcja znaczków na szpilce plus trochę innych drobiazgów, zostawionych kilkadziesiąt lat temu nie wiadomo po co. Prywatna archeologia. Pokazuję doprawdy przebrane sztuki.
    Najpierw znaczek z pierwszego Festiwalu Piosenki Żołnierskiej, który odbywał się jeszcze w dwóch miastach: Kołobrzegu oraz Połczynie Zdroju. Pochodzi (tu, jeśli się zna historię najnowszą, włos lekko się jeży) z roku 1968, z tym że do moich rąk trafił – jeśli dobrze pamiętam – w charakterze prezentu w roku 1970. Uwaga: warto kliknąć na fotografię, wyświetla się wtedy w powiększeniu!

68

Dalej dwa znaczki z roku 1971, można sobie było wybrać kolor.

7171

Dalej wersja z 1972 roku oraz wersje z lat późniejszych: niedatowana, z 1975, 1976, oraz znaczek z Pomnikiem Zaślubin z Morzem, na który w wyniku weny nazewniczej kilkuletniego JS mówiło się u nas w domu „Pomnik Bez Głowy”.

72
7576

Teraz idą dwa znaczki z herbem Kołobrzegu (to wszystko na ogromnym zbliżeniu, znaczki są maleńkie) oraz przebój z roku, bodajże, 1973, czyli Keep Smiling (występuje w powieści!).

Herb
KeepSmiling

Teraz, skoro w „Śnie sów” Tata jest miłośnikiem lotnictwa, dwa znaczki LOTu, jeden z liczbą 40, bo wypuszczony w roku 1969 na czterdziestolecie firmy.

Lot2
Lot

I jeszcze, bo to znalezisko mną wstrząsnęło, a poza tym wiąże się z… niewykluczoną kontynuacją „Snu sów”, tarcza szkolna. Czy ktoś wie właściwie, kiedy przestały obowiązywać?

132

(W niedzielę 22 maja zapraszam na Targi Książki na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie będę podpisywał książki w stoisku Wielkiej Litery – stoisko nr 61, sektor D – w godzinach 13:00-13:45).

Résumé

    Mijają właśnie dwa miesiące od wyrzucenia mnie z pracy, więc niech mi wolno będzie jako człowiekowi z zewnątrz zrekapitulować dotychczasowe zmiany. Przypomnę tylko, że będzie mowa o antenie, która w ciągu ostatnich pięciu lat: (1) osiągnęła najlepsze wyniki słuchalności od 1990 roku, zbliżając się do granicy 10% udziałów; (2) miała najlepsze wyniki finansowe ze wszystkich anten Polskiego Radia, poniekąd dzięki dyscyplinie finansowej, jaką trzymała dyrekcja, oraz dzięki – irytującemu zresztą Słuchaczy – eksploatowaniu jej anteny przez Biuro Reklamy Polskiego Radia (i proszę sobie dopowiedzieć, dlaczego właśnie tę antenę eksploatowano, a nie inną); (3) otrzymała dwukrotnie tytuł medialnej marki roku.
    A zatem:
    Magda Jethon – usunięta ze stanowiska Dyrektora Trójki. Obecnie (jakkolwiek to brzmi niezręcznie) na emeryturze.
    Paulina Stolarek, następczyni Magdy Jethon – odeszła po sześciu tygodniach na własną prośbę.
    Anna Krakowska – usunięta ze stanowiska Zastępcy Dyrektora Trójki, delegowana do Programu Czwartego.
    Anna Burzyńska – usunięta ze stanowiska Sekretarza Programowego Trójki, przeniesiona do Portalu Polskiego Radia.
    Grzegorz Hofmann – usunięty ze stanowiska kierownika redakcji muzycznej. Na to miejsce przyszedł współpracownik Trójki, Piotr Metz.
    Jerzy Sosnowski – usunięty ze stanowiska kierownika redakcji publicystyki i wyrzucony z pracy.
    Grażyna Mędrzycka – usunięta ze stanowiska kierownika redakcji aktualności.
    Tomasz Ławnicki – usunięty ze stanowiska zastępcy kierownika redakcji aktualności i wyrzucony z pracy.
    Marcin Zaborski – pozbawiony funkcji prowadzącego poranny Salon polityczny.
    Przyjęci natomiast:
    do prowadzenia porannego Salonu Politycznego Paweł Lisicki, praktycznie bez doświadczenia radiowego (mam na myśli PROWADZENIE audycji, bo gość audycji to jednak inna funkcja). Równolegle: redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.
    Przyjęty na stałego współpracownika redakcji publicystyki Grzegorz Górny, będzie miał co tydzień Klub Trójki (w tym celu przesunięto Dariusza Bugalskiego ze środy na wtorek). Poprzednia (równoległa?) praca: tygodnik „W Sieci”.
    Przyjęty na stałego współpracownika redakcji publicystyki Piotr Semka, bez doświadczenia radiowego, będzie miał dwa razy w miesiącu audycję w porze Klubu Trójki (zamiast Dariusza Rosiaka, który będzie miał tym samym dwa Kluby w miesiącu mniej). Poprzednia (równoległa?) praca: tygodnik „Do Rzeczy”.
    Dodajmy, że zastępcą Adama Hlebowicza, nowego Dyrektora Trójki, została, obok Szymona Sławińskiego, Sylwia Krasnodębska, poprzednia pracująca w „Gazecie Polskiej Codziennie”, a wcześniej będąca m.in. współautorką scenariuszy programu „Warto rozmawiać”.
    Jak czytam w oświadczeniu Zarządu Polskiego Radia (w związku z zawieszeniem Tomasza Zimocha za krytyczną wypowiedź na temat obecnej sytuacji politycznej w Polsce): „Jedyna weryfikacja, jaka odbywa się w Polskim Radiu dotyczy profesjonalizmu i rzetelności dziennikarskiej. Żaden pracownik Polskiego Radia w okresie pełnienia obowiązków przez obecny zarząd nie był i nie będzie w przyszłości pytany o światopogląd, ani zapatrywania polityczne. Jedyne kryteria oceny, to bezstronność i dążenie do prawdy w pracy dziennikarskiej”.

Niewczesne szczeknięcie

Przemkowi Czaplińskiemu

    Opowiem Wam przygodę jeszcze dziwniejszą.
    Przyjąłem zaproszenie na spotkanie z cyklu, w którym pisarzy przepytuje się z ich stosunku do religii. Miał je prowadzić człowiek, którego znam chyba ze dwadzieścia lat; szanuję jego wielką erudycje, lubię – ciepłą inteligencję, ciepłą, to znaczy nie służącą ranieniu innych, świadomą, że „ironia nie jest porządkiem serca”.
    Co prawda kilkanaście tygodni temu zetknięto nas na festiwalu literackim gdzieś w Polsce – i tam usłyszałem w głowie cichy, ale zdecydowany pisk sygnału alarmowego. Na marginesie jakiejś kwestii mój interlokutor rzucił nagle, że wiara w istnienie prawdy absolutnej, nawet jeśli zakłada się, że ta prawda absolutna nie jest nam dostępna i stanowi jedynie uzasadnienie jej poszukiwań, w miejsce swobodnej ekspresji widzimisię, że ta wiara zatem prowadzi do totalitaryzmu i zbrodni. A kiedy próbowałem – bez zaangażowania, bo rozmawialiśmy, jako się rzekło, o czymś innym – wyrazić odmienną opinię, powtórzył swoją z naciskiem, który mnie zaniepokoił.
    Ja jestem wyposażony w czuły detektor pewnego tonu, który za pomocą zaledwie melodii głosu powiadamia: „jest tak, jak mówię, i im więcej kontrargumentów nagromadzisz, tym bardziej nie będziesz miał racji”. Jestem zaś wyposażony w ten detektor, gdyż do owej melodii sam przecież mam skłonność. Gra mi w głowie jeśli nie bez przerwy, to bardzo często – i moja gotowość do dialogu (zresztą przeceniana przez część bliźnich) to efekt unikania nutek, które na tę melodię się składają. Więc mając gotowy wzór w sobie, natychmiast identyfikuję go, gdy zabrzmi z zewnątrz. Toteż wtedy, kilkanaście tygodni temu, nie bez zdziwienia rozpoznałem tę melodię w głosie znajomego. I kiedy wkrótce przyszło zaproszenie na rozmowę o religii, przyjąłem je z lekkim dreszczem, gdyż miałem ochotę je przyjąć, a przecież nie mogłem być pewien, co z tego wyniknie.
    Ale zaczęło się bardzo miło. Pogrzałem się w cieple laudacji na swoją cześć, padło jedno pytanie, potem drugie – łatwizna – teologia negatywna, Pseudo-Dionizy, nieznośna ale niezbędna instytucjonalizacja religii, wiara proroków versus wiara kapłanów… I straciłem czujność.
    I wtedy zabrzmiało pytanie o stosunek chrześcijanina do zwierząt. W odpowiedzi nie postarałem się. To było jak podczas meczu, gdy obrońca kopie piłkę w stronę linii pomocy nieprecyzyjnie, w poczuciu, że przeciwnicy cofnęli się aż pod własną bramkę, a zresztą sędzia chyba jeszcze nie nakazał gwizdkiem wznowienia gry… choć sędzia owszem, gwizdnął, a zza pleców najbliższego pomocnika wyskakuje Messi i robi się bardzo, bardzo niedobrze.
    Tylko że ja jeszcze ciągle nie rozumiałem, co się dzieje i na kolejne pytanie, już jawnie prokuratorskie w tonie, znów skiksowałem, zamiast się zmobilizować… I nagle okazało się, że pal diabli teologięnegatywnąPseudo-Dionizegoinstytucjęprorokóworazkapłanów – gdyż oto lekkomyślnie zdradzam się z czymś absolutnie skandalicznym. Miałem wrażenie (ale za późno, za późno!), że znalazłem się w środku niepublikowanego dotąd opowiadania Franza Kafki, w którym Józef K. zostaje zwabiony do innego miasta pod pozorem dyskusji o Bogu i o podobnych niedorzecznościach, żeby można go było postawić pod pręgierzem i publicznie napiętnować. Gdyż ty, Józefie K., jakkolwiek byś nie żył i czegokolwiek byś nie mówił, jesteś łajdak i monstrum odrażające, gdyż jesz mięso, padlinożerco, hieno, tasiemcu ty.
    Oczywiście podkręcam sztucznie to, co nastąpiło, zapewne po to, by wyszło na moje, skądinąd zgodnie z odkrytymi i wyliczonymi przed chwilą paskudnymi moimi cechami i powinowactwami. Choć może i z innego powodu przesadzam: żeby mianowicie oddać moment histerii, w którą poczciwemu interlokutorowi udało się mnie wpędzić, gdyż przez kilkanaście sekund rozważałem nawet, czy nie wstać i nie wyjść, zrywając spotkanie. A przecież nie rozmawialiśmy o współczesnej polityce polskiej…
    Najlepsze, że prowadzący spotkanie albo uznał, że przedobrzył, albo ze scenariusza wynikło mu, że dość już tymczasem przypiekania mięsożercy na wolnym ogniu, w każdym razie przeszedł do innego tematu, stwierdzając tylko mimochodem: mnie by wystarczyło, żebyś przyznał, że jedząc kotlet masz wyrzuty sumienia. Osobiście wątpię, czy to by wystarczyło, skoro na inną moją deklarację, że mianowicie szanuję jego wegetarianizm, odparł z wyższością: szanujesz, ponieważ to cię nic nie kosztuje. W czym zresztą miał pewnie rację, może z wyjątkiem słowa „ponieważ”, ale kto wie. Tylko że w tym kontekście: czy deklaracja wyrzutów sumienia nad schabowym nie wydałaby się również irytująco tania?
    Cierpienie zwierząt. Przecież dla mnie samego stanowi ono jeden z najmocniejszych środków wybuchowych, demolujących wszelką teodyceę. I próby zneutralizowania go za pomocą wątpliwości, czy zwierzęta coś czują, lub czy prawidłowo te odczucia rozpoznajemy – mam za moralno-intelektualną tandetę. Tak, przyroda wydaje się tyleż piękna, co demoniczna, program przez Darwina odkryty jest programem Księcia tego świata (pisał już o tym Miłosz), a my, jedząc mięso, a też chodząc w butach ze skóry i tak dalej, chcąc nie chcąc w tej zgrozie uczestniczymy. Tak. A jednak uczynienie z kwestii spożywczej fundamentu oceny drugiego człowieka przyłapuje mnie w wykroku, obnaża podczas brzydkich zabaw nie pod kołdrą, ale w kuchni… Rozumiem ciężar zarzutów, a jednocześnie, jak w snach, przeczuwam nie dające się uchwycić podmienienie znaczeń. W holistycznym patosie wegetarianina brzmi jakiś fałsz. Nie wtedy, gdy ktoś, nie chcąc dokładać się do ogólnej sumy cierpień, powstrzymuje się od jedzenia istot z rozwiniętym układem nerwowym. Ale wtedy, gdy ten ktoś uznaje każdą inną strategię żywieniową/życiową za udział w zbrodni.
    Tu się zatrzymuję, bo muszę pomyśleć (i poczekać, jak rozejdą się ostatnie fale irytacji…).

20160511_040037
20160511_043531
20160511_043555
20160511_084635

Całe zajście podczas miłego w sumie spotkania tak mnie poruszyło, że obudziłem się o czwartej, zły na siebie, mego rozmówcę, zwierzęta oraz kotlety, i w rezultacie, nie wiedząc, jak się zmęczyć, by powtórnie zasnąć, zrobiłem tę serię zdjęć z hotelowego okna. Poznań, świt.

Marienbad

    Mówi się – niebezpodstawnie – że nic się nie starzeje tak szybko i tak źle, jak awangarda. Dlatego „Zeszłego roku w Marienbadzie”, który nadała TVP Kultura, oglądałem z rosnącą ulgą. Ponieważ, jak się okazuje, są wyjątki.
    Ten optymistyczny wstęp muszę zaraz uzupełnić o pozornie zasadnicze zupełnie zastrzeżenia. Otóż: film Alaina Resnais jest okropnie manieryczny. Dialogów (Alaina Robbe-Grilleta!), gdyby je rozpatrywać jako tekst literacki, chyba nie dałoby się obronić przed epitetem „grafomania”. Aktorzy, bez przerwy gapiący się w przestrzeń, choć rozmawiają niby ze sobą, poruszają się na granicy śmieszności (pamiętacie w „Miłości i śmierci” Woody’ego Allena, jak bohaterowie powtarzają pod koniec, bodajże „żyto”, czy „kłosy”? No właśnie). Muzyka… cóż, jest dość drażniąca. I ostatecznie rozumiem trochę narzekanie pewnego mojego nauczyciela z czasów studiów, że będąc w kinie na „Zeszłego roku w Marienbadzie” co chwila przysypiał i za każdym razem, gdy się budził, para bohaterów szła przez park.
    A jednak, a jednak. Choć „Hiroszima, moja miłość” tego samego reżysera, obejrzana kilka lat temu, wydała mi się nabzdyczonym banałem, „Zeszłego roku w Marienbadzie” paradoksalnie się moim zdaniem broni. Może dlatego, że skomplikowana forma nie skrywa tym razem poczciwej i mało odkrywczej myśli, że wojna jest be, a miłość cacy – lecz została wymuszona komplikacją myśli.
    Po pierwsze, ten film wydaje mi się eksperymentalnie pokazywać, jak bardzo to, co nazywamy prostodusznie „znaczeniem”, jest w gruncie rzeczy produktem naszej interpretacji. Używam słowa „produkt”, bo chodzi o technologię, o połączone procesy selekcji, montażu, uwypuklania i skrywania, rozwijania i przycinania. Co właściwie stało się między panem X i panią A? Czy złudzeniem jest przeszłość, którą pan X wmawia swojej partnerce (co dzieje się „naprawdę”), czy na odwrót, iluzją jest to, że spotkali się ponownie, gdy w przeszłości naprawdę mieli romans? Czy scena, w której mąż – o ile jest mężem – zabija panią A, to puenta „realnej” historii, a reszta to imaginacyjny happy end dopisany przez wyobraźnię zrozpaczonego kochanka, czy też wyobrażona jest ta scena, a realność należy przypisać całej reszcie? Kiedy głos z offu nie zgadza się z tym, co widzimy, uznajemy prymat obrazu, czy słowa? Nota bene z ekscytacją komentowano scenę w „Dzikości serca” Lyncha, gdy widzimy, jak matka wygania z domu wujka Poocha po tym, jak zgwałcił Lulę, a równocześnie słychać głos Luli, która, opowiadając o tym zdarzeniu Sailorowi, twierdzi, że matka na pewno o niczym nie wiedziała – a przecież zrealizowane ćwierć wieku wcześniej „Zeszłego roku w Marienbadzie” jest niemal całe zbudowane na takiej niezgodności. Resnais daje nam do zabawy klocki, z których mamy świadomie coś wybrać; nie opowiada nam historii, lecz uświadamia, że to my sami ją sobie budujemy.
    Po drugie, miejsce, w którym spotykamy bohaterów, przypomina trochę ponurą przestrzeń z dramatu Sartre’a „Przy drzwiach zamkniętych”. Nic tu się nie dzieje, bohaterowie to raczej cienie z pól elizejskich, a nie żywi ludzie, wszystkim zaś zdaje się rządzić ponury facet, zapraszający kuracjuszy (?) do gry, w którą zawsze wygrywa. Postaci co chwila nieruchomieją, ich ostatecznym przeznaczeniem wydaje się być przeobrażenie się w bezimienne posągi, które stoją w parku. Tam, na zewnątrz, króluje bezruch i śmierć – tu, wewnątrz, tlą się jeszcze ostatki życia w postaci wspomnień. Tylko że wspomnienia są zatrważająco nietrwałe, mętne. W początkowej partii filmu kwestie naszych bohaterów wygłaszają na zmianę rozmaite pary, jakby nie mogąc się zdecydować, czyja to właściwie jest historia. W końcu obejmują ją we władanie pan X i pani A. Ale i oni robią to jakby na próbę: w następujących po sobie ujęciach mają na sobie różne stroje, przebywają w różnych miejscach; pani A kładzie się po lewej stronie łóżka i zaraz po prawej stronie łóżka, i znów po lewej, jej pokój, początkowo biały, wzbiera meblami, wzorami tapet, nad kominkiem wisi lustro, by za chwilę ustąpić miejsca obrazowi, a potem znów się pojawić – nie ustalimy, jak to było naprawdę, co realnie się wydarzyło (dlatego w poprzednim akapicie „naprawdę” i „realnie” wziąłem w cudzysłów), przeszłość wymyka się bezpowrotnie. Pozostaną po nas, w najlepszym razie, posągi, które mogą przedstawiać to tych, to innych ludzi. Imiona, poszczególność istnień, przepadają w otchłani niepamięci i/lub niezrozumienia.
    Po trzecie, tym – zdawałoby się – chaosem rządzi jednak żelazna logika. Ogród jest francuski, klasycystyczny. Wnętrze hotelu (?) jest barokowe. To dla kultury francuskiej przeciwstawienie odpowiadające mniej więcej naszej opozycji klasycyzm – romantyzm. Resnais zdaje się jednak odwracać znaki, powracając w ten sposób do surrealistycznej rewolty: klasycyzm, racjonalizm, to geometria, znieruchomienie i ostatecznie śmierć. Barokowy nadmiar to coś w rodzaju życia (o życiu po prostu – trudno w tym filmie mówić). Film kończy zdanie, że choć w prostych alejkach ogrodu trudno się zgubić, to przecież bohaterowie gubią się w nich i znikają. Ludzi zastępuje nieludzki ład.
    „Zeszłego roku w Marienbadzie” to pamiątka z fascynujących czasów, gdy filmowcy zaczęli z rozmachem sprawdzać, co z tym medium, którego język już się dostatecznie był rozwinął, można jeszcze zrobić. Rok wcześniej Fellini pokazał „Osiem i pół”, a Antonioni -„Przygodę”. Cztery lata wcześniej Bergman nakręcił „Tam, gdzie rosną poziomki”, za pięć lat zrealizuje „Personę”. Artyści kina łamali wtedy reguły gatunków. Przez dekadę, może półtorej – wszystko wydawało się w kinie możliwe (w innym sensie, niż ten, który dzisiaj przychodzi nam do głowy w związku z komputerowym przetwarzaniem obrazów). Nie chcę powiedzieć jak marudny dziadyga, że „kiedyś to było kino”. Ale – nieraz manieryczne, nieznośnie pyszne, podejmujące ryzyko, więc co chwila ponoszące porażki – jednak, cholera, było.
    (Podczas interesującego wstępu do filmu red. Chaciński wspomniał jeszcze jeden film Resnais: „Opatrzność”. TVP Kulturo, błagam, nadajcie to!!! „Opatrzność” widziałem tylko raz, na przełomie 1977 i 1978 roku – i bardzo bym chciał sprawdzić po blisko czterdziestu latach tamto swoje oszołomienie i zakochanie…)

Marienbad
Kadr z „Zeszłego roku w Marienbadzie”. De Chirico, a może i Dali, kłaniają się oczywiście i to nawet nie z daleka…

Wieczór w Krakowie

    No to pojechaliśmy z Ukochaną do Krakowa, odebrać nagrodę.
    Kiedyś zwierzałem się tu z głębokiej ambiwalencji, jaką zaczęło we mnie budzić to miasto. Ale tym razem Kraków pokazał najserdeczniejszą z możliwych twarzy. Niewątpliwie wielka w tym zasługa pani Jolanty Kogut, która organizowała Dni Tischnerowskie, współorganizatora Wojtka Bonowicza i innych życzliwych ludzi, zaangażowanych w przedsięwzięcie. Było bardzo miło, co może się wydawać oczywiste, kiedy się otrzymuje takie wyróżnienie, ale życie czasem zaskakuje. A tu – owszem, ale odwrotnie, niż oczekiwałby pesymista.
    Spotkanie w sali teatralnej krakowskiej PWST składało się z trzech części. Najpierw było odczytanie werdyktu jury i wręczenie nagród im. Tischnera. Ksiądz Boniecki w uroczej stylizacji po każdym uzasadnieniu zawieszał głos, patrzył pytająco na laureata i mruczał: „Może być?…” Potem – rozmowa z nagrodzonymi, którą prowadzili ks. Boniecki z Henrykiem Woźniakowskim. Mając po jednej stronie o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, charyzmatycznego kaznodzieję, a po drugiej ks. Józefa Krawca, który – mówiąc z grubsza – jest męskim odpowiednikiem s. Małgorzaty Chmielewskiej, czyli osobą podejrzaną o świętość, czułem się coraz mniej pewnie, zwłaszcza kiedy padły zdania ks. Bonieckiego o nas, czyli o laureatach, jako o ludziach, którzy ratują honor polskiego Kościoła. Rola laureata obejmuje przyjmowanie takich słów z pokerową miną, ale po powrocie do normalnego życia powiedzmy sobie jasno, bez kokieterii: jeśli chodzi o mnie, to za dużo, ludzie, którzy w życiu prywatnym mają za uszami tyle, co ja, nie są od ratowania niczyjego honoru poza, ewentualnie, własnym. Wreszcie na koniec była część artystyczna według pomysłu i z prowadzeniem Łukasza Tischnera, który wiązał wiersze i piosenki w wykonaniu Ewy Kaim i Iwony Konieczkowskiej. Miało to tytuł (ulubieni) „Poeci Tischnera” i kiedy zaczęło się od „Melodii mgieł nocnych” Tetmajera, dreszcz mi przebiegł po krzyżu, bo, małej wiary, zaniepokoiłem się, że teraz będzie akademia. Taka szkolna. Ale nic z tych rzeczy, bo i aktorki znakomite, i brawurowe połączenie tonu serio i buffo: to ks. Jan Twardowski, to Marian Załucki, to Reiner Maria Rilke, to „Żona Wacia”, a na finał ni mniej, ni więcej, tylko „Pamelo, żegnaj” – ale to trzeba było usłyszeć i zobaczyć, żeby najdosłowniej popłakać się ze śmiechu. Plus bis w postaci podhalańskiej jakoby przyśpiewki, której dosadny, nazywając rzecz bardzo oględnie, tekst wyrażał przy tym autentyczną tęsknotę za „Józiem”, że Go nie ma z nami, już tyle lat. Oczywiście ta właśnie przyśpiewka zapadła nam w pamięć do tego stopnia, że pozbyć się jej teraz nie sposób, ale tylko w Krakowie w dobrym towarzystwie można zuchwale takie piosenki śpiewać bez wrażenia, że to jednak nie uchodzi. Dlatego cytatu nie będzie.
    Zamiast niego – pamiątkowe obrazki (fot. Klaudyna Schubert)…

dni tischnerowskie_03
Trofeum…

dni tischnerowskie
Jurorzy, przedstawiciel sponsora i laureaci. Od lewej: Henryk Woźniakowski, Wojcech Fułek, JS, o. Jan Andrzej Kłoczowski, ks. Józef Krawiec, ks. Adam Boniecki.

dni tischnerowskie_05 Matko, co tu powiedzieć?! A Pani Jolanta czeka…

Skarb

front

    O tym znalezisku muszę Wam opowiedzieć więcej.
    Kiedy przymierzałem się do napisania książki eseistycznej „Ach”, zamarzył mi się esej osnuty wokół dziwnej historii doświadczenia Michelsona-Morleya (zatytułowałem go „Najpierw światło”). Pomysł był tyleż kuszący, co ryzykowny. Z jednej strony – zarówno prowadząc zajęcia ze studentami, jak ucząc licealistów, wspominałem nieraz o wpływie odkryć fizyki na światopogląd epoki, a zatem, pośrednio, i na literaturę. Z drugiej – nie da się ukryć, że nic nie wyszło z mojego tuż-po-maturalnego postanowienia, że wprawdzie idę na polonistykę, ale dla rozrywki będę sobie w niedziele rozwiązywał zadania z fizyki, żeby nie wyjść z wprawy. Od wielu lat byłem humanistą, a wiadomo mniej więcej, jakie są zwykle skutki, kiedy humanista zaczyna komentować nauki ścisłe. Horror.
    Wtedy, pisząc „Ach”, chciałem koniecznie znaleźć tę książkę – „Fizykę dla poetów”. Bo to było tak: w liceum wybrałem (ja wybrałem? nie moi rodzice czasem?) klasę matematyczno-fizyczną, szczerze wierząc, że po maturze zostanę astronomem, a niejako przy okazji słynnym pisarzem s-f. Tylko że polskiego zaczął mnie uczyć charyzmatyczny prof. Gugulski, a fizyki – nauczycielka kiedyś, jak słyszałem, wybitna, ale w tym momencie już bardzo chora (o czym zresztą dowiedzieliśmy się dopiero po jej śmierci latem 1980 r.) i zajęta chyba raczej porządkowaniem swoich spraw, niż dzieleniem się pasją. Sytuację zmieniło trochę pojawienie się nowej fizyczki, młodej, co zawsze w liceum budzi żywy entuzjazm, a w dodatku napomykającej niekiedy o związkach fizyki współczesnej i filozofii – i pamiętam nawet, że przeleciało mi niedługo przed maturą przez głowę, że gdyby uczyła mnie od pierwszej klasy, to rezygnacja z planów, żeby zostać astronomem, nie przyszłaby mi pewnie tak łatwo (w każdym razie – Małgosi Żuber-Zielicz, z którą po latach przeszliśmy na ty, głębokie ukłony).
    To chyba właśnie od Małgosi usłyszałem po raz pierwszy o „największym spośród wszystkich negatywnych rezultatów w historii nauki”, jak niekiedy mówi się o próbie Alberta Michelsona i Edwarda Morleya, by zmierzyć różnicę prędkości dwóch promieni światła, poruszających się prostopadle względem siebie. Odkrycie, że nie ma żadnej różnicy, było zagadką, która doprowadziła do narodzin szczególnej teorii względności. Drugi raz z opisem tej ekscytującej historii zetknąłem się właśnie w „Fizyce dla poetów” Roberta H. Marcha. Wyjeżdżając przed początkiem studiów do sanatorium zgarnąłem tę książkę z półki ojca i przeczytałem ją z pasją, już całkiem przez autora przekonany, że można być humanistą, nie nabawiając się kompletnej indolencji w rozumieniu, czym (choć z grubsza) zajmują się fizycy. Książka zresztą, jak objaśnia wstęp, wzięła się z wykładów, prowadzonych przez Marcha dla studentów wydziałów humanistycznych Uniwersytetu Wisconsin. Autor deklaruje tam, że „będzie się starał ukazać fizykę jako część ludzkiej aktywności, będąc głęboko przekonany, że ukazana w ten sposób wyda się mniej niezrozumiała i odległa od codziennego życia, niż to się zazwyczaj uważa”. Co czyni z powodzeniem.
    Pisząc esej do „Ach” bardzo chciałem więc do „Fizyki dla poetów” wrócić. Tylko że, jak to często w moim domu rodzinnym, książka Marcha tymczasem znikła, a poszukiwania w bibliotekach nie dały rezultatu (to drugie pozostaje dla mnie znacznie bardziej tajemnicze, niż to pierwsze). Książki w tym nagromadzeniu, jak w mieszkaniu mojej mamy, mają tendencję do samodzielnego przenoszenia się z półki na półkę, chowania się w trzecim rzędzie, pokątnego dematerializowania się tam, gdzie je umieszczono, a materializowania się zupełnie gdzie indziej. Więc nawet mnie nie zdziwiło, a jedynie rozśmieszyło, gdy podczas niedawnej wizyty u rodzicielki, zobaczyłem nieoczekiwanie „Fizykę dla poetów” na samym wierzchu, zaledwie dwanaście lat po tym, jak ta książka była mi potrzebna.
    March napisał ją w 1970 roku, po polsku (w tłumaczeniu Marcina Kubiaka i Kazimierza Stępnia) ukazała się ona w 1974, więc polecanie jej DZISIAJ byłoby z mojej strony ryzykowne. Zapewne są nowsze pozycje, które humanistom mogą pomóc w rozszerzeniu horyzontów myślowych. Ale „Fizykę dla poetów” trzymam w ręku z autentycznym wzruszeniem. To w gruncie rzeczy nie mniej modelujący dla mnie tekst, niż „Gra w klasy”, „Nietota”, „Idiota” czy „Długie pożegnanie”…

michelson