Pożegnania

    Dziś w Alei Radiowej Trójki moje koleżanki i koledzy z radia urządzili miłe pożegnanie Tomkowi Ławnickiemu i mnie, a w naszych osobach – wszystkim, którzy Trójkę opuścili w ciągu minionego pół roku (dziękuję!). Miałem do tego pomysłu stosunek sceptyczny, bo pomyślałem sobie, że jeśli obecna sytuacja to przygoda tyleż nieprzyjemna, co – jak wielu z nas wciąż myśli – krótkotrwała, to potem powrót będzie łączył się z zakłopotaniem: Tak mnie pięknie pożegnali, a ja co, jojo? Ale było sympatycznie, a poza tym z tą krótkotrwałością sprawa nie jest oczywista. Klimat się raczej zaciemnia, niż rozjaśnia. Przy tym mam wprawdzie poczucie, że sam spadłem na cztery łapy, mam co robić itd., niemniej muszę przyznać: traumatycznym doświadczeniem jest, kiedy uczestniczysz w świetnym zespole, sam też zdajesz sobie sprawę bez fałszywej skromności, że robisz coś na poziomie, a potem ni z tego ni z owego przychodzą na szefów w twojej firmie ludzie, których niekompetencji odpowiada jedynie zuchwałość, a sam zespół dostaje w ręce gość, który z Pisma Świętego nauczył się przede wszystkim gestu Piłata (w uwspółcześnionej wersji: „To są decyzje Zarządu”). Dlatego w dającym się przewidzieć czasie nie bardzo mi spieszno do bycia podwładnym kolejnego szefa, który niezależnie od tego, jak będzie dobry, może w każdej chwili zostać wymieniony na uśmiechającą się niemądrze marionetkę, gdziekolwiek to miałoby być.
    Swoją drogą przypomniała mi się historia, o której pisałem jeszcze w latach 90., kompletnie nieświadom jej możliwych znaczeń (to zabawne – właśnie odkryłem, że tego eseju pt. „Macchiavelli przychodzi później”, opublikowanego w „Dialogu”, nie przedrukowałem w żadnej książce; zdaje się, że jego fragmencik znalazł się tylko w powieści „Prąd zatokowy” jako artykuł jednej z bohaterek). Otóż w końcu XV wieku we Florencji pojawił się pewien dominikanin, nazwiskiem Savonarola. Postanowił on nakłonić mieszkańców, by porzucili swoje obrzydliwie liberalne obyczaje. Namówił więc na przykład radę miasta, by odtąd kłamców karać, przybijając im języki do blatów stołów, i by powołać do życia tajną policję złożoną z… dzieci, bo są naturalnie ciekawe i wszędzie zajrzą, a nikt na nie uwagi nie zwraca. Cudzołożników, jeśli pamiętam, umieszczano w klatce na kołach i wożono nago po mieście (nie jestem pewien, czy w przypadku recydywy nie wsadzano do lochu). Niszczono obrazy (w ten sposób spłonęło m.in. niemało dzieł Botticellego, zresztą z inicjatywy samego malarza, który wystraszył się możliwego oskarżenia o homoseksualizm, karanego przez stronników Savonaroli najsurowiej). Przestępstwem było też zamykanie się na klucz; gdyż, jak uczył Savonarola, jeśli zamykacie się na klucz, macie widocznie zamiar robić coś, czego się wstydzicie, wstyd stanowi niezawodny głos sumienia, a zatem chcecie robić coś grzesznego, a więc należy was ukarać, CBDO. Zwracam uwagę, że Savonarola był, jak na owe czasy, niezmiernie ludzkim przywódcą – zresztą nieformalnym, nie miał przecież żadnego stanowiska politycznego – gdyż wprawdzie torturował, ale nie uśmiercał.
    Tyle, że władze Florencji wybierano w głosowaniu demokratycznym, czego ten nieprzejednany wróg zła nie ośmielił się podważyć. Dlatego po bodaj czterech latach, w kolejnym głosowaniu, lud odwołał jego zwolenników w radzie miasta, jej nowy skład Savonarolę uwięził, a potem na wszelki wypadek spalił na stosie.
    Ta opowieść nie oznacza, że wezbrały we mnie krwiożercze instynkty. Mam tylko nadzieję, że „spisane będą czyny i rozmowy”, jak mówi poeta.
    Znikam tymczasem w użyczanej nam co roku przez rodzinę żony pustelni mazurskiej. Może zacznę tam pisać książkę. Na pewno poczytam sobie trochę kryminałów i książkę o teologii apofatycznej, będę gadał leniwie z Ukochaną, obejrzymy wspólnie resztę Euro i pogapimy się na przyrodę. Takie plany.
    Good bye.

Futbolowe linki

    No dobrze, nie milczę tak całkiem :) Na stronie „LABORATORIUM WIĘŹ” publikuję omówienia tego, co dzieje się na Euro. Do tej pory napisałem dwa komentarze:
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/10/2461/
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/15/futbol-jako-sztuka-czysta/
    Te linki umieszczam, sprowokowany komentarzem pana Tomasza, dziękuję!

Silentium futbolum

    Zamilkłem, znieruchomiałem, spędzam czas głównie przed telewizorem, gdzie oglądam turniej Euro 2016. Trwa u mnie „silentium futbolum”, które to określenie zawdzięczam inwencji uczestników kursu dla lektorów Archidiecezji Warszawskiej: w 1980 roku, w Magdalence, kiedy usłyszeliśmy, że zwykła cisza nocna jest nazywana przez księży Hassa i Kądzielę elegancko (z domieszką ironii) „silentium religiosum”, ktoś z nas wypalił, że gdy siostry podają w stołówce obiad, zapada „silentium apetitum”. No, w każdym razie chciałem się wytłumaczyć z „silentium” na tym blogu.
    Choć akurat dziś wypada mi wychynąć z gawry, bo o 17:00 będę miał zaszczyt uczestniczyć w miłej uroczystości. „Sen sów” otrzymał tytuł „książki maja” Warszawskiej Premiery Literackiej. Odbieram zatem nagrodę w Klubie Księgarza na Starówce, a szczególnie cieszę się, że fragment powieści usłyszę w interpretacji Wojciecha Malajkata.

Życie pewnego młodzieńca

skanowanie0003
    To jest Witek. Przypuszczam, że ma na tym zdjęciu jakieś szesnaście-siedemnaście lat. Może właśnie wtedy jego ojciec, profesor SGGW, sprezentował mu pierwszą w życiu wizytówkę. Witek chodzi do gimnazjum i jest zafascynowany skautingiem. Związał się z nim jeszcze podczas wojny światowej. W klapie nosi krzyż harcerski, harcerski jest chyba także krawat, tzw. krajka. Jeśli ma lat szesnaście, to albo właśnie wybiera się jako żołnierz-ochotnik bronić Polski przed Armią Czerwoną, albo właśnie, po dwóch miesiącach walk, wrócił z frontu.
    Witek wykazuje uzdolnienia w kierunkach ścisłych, niebawem pójdzie na studia matematyczne. Jego hobby, nieodległym od zawodu, będzie teoria gier. Na obozie harcerskim nad Wigrami pozna wkrótce Marysię Jaroszewiczównę, z którą ożeni się przy braku większego entuzjazmu rodziny. Nie sposób już chyba wyjaśnić dzisiaj, o co szło. Marysia pochodziła z porządnej, herbowej szlachty, osiadłej na Litwie – urodziła się w Suwałkach w tym samym domu, co (odpowiednio wcześniej) Maria Konopnicka, więc z feudalnego punktu widzenia, odchodzącego co prawda w II RP do przeszłości, to ona popełniała mezalians, bo przodek Witka już w latach czterdziestych XIX wieku prowadził karczmę pod Łowiczem, czyli parał się zajęciem dla szlachcica, choćby zubożałego, mało odpowiednim. Ale odkąd ów Paweł wysłał syna Kaspra na studia prawnicze do warszawskiej Szkoły Głównej, w rodzinie ceniło się wykształcenie, a wybranka Witka miała tylko ukończoną pensję dla panien i jakiś kurs gospodarstwa domowego. Więc może w tym był problem. W każdym razie pobiorą się i będą mieli trójkę dzieci.
    Witek dostanie asystenturę na Politechnice Warszawskiej i, jak często bywało, zacznie dorabiać jako nauczyciel w szkołach średnich. Zamieszka z rodziną w kolonii Wawelberga na Woli; po pewnym czasie, gdy uzyska stopień doktorski, będzie go stać na wynajęcie mieszkania w śródmieściu, przy Filtrowej. W gimnazjum św. Stanisława Kostki, gdzie zacznie uczyć po narodzinach syna, będzie miał wśród uczniów pewnego Władka, który po latach napisze o nim ciepło we wspomnieniach. Uczeń nazywał się Bartoszewski.
    Witek ma poglądy nieco wolnomyślicielskie. W każdym razie jako ojciec rodziny będzie już na pewno agnostykiem, ale ponieważ uzna, że wychowanie katolickie jest dzieciom potrzebne, będzie chodzić przykładnie z żoną, synem i dwiema córkami co niedziela do kościoła, by w trakcie mszy rozmyślać o teorii gier. Witek jako instruktor harcerski (od pewnego momentu – komendant hufca Warszawa-Wola) konsekwentnie trzyma się jak najdalej od partii, ale generalnie popiera sanację. Kiedy dojdzie do konfliktu, zwanego „sprawą Władysława Ludwiga”, Witek, solidaryzując się ze zwalnianymi z ZHP harcmistrzami, wraz z kilkudziesięcioma innymi działaczami manifestacyjnie odda krzyż harcerski. Po klęsce wrześniowej założy z nimi konspiracyjną organizację „Wigry”, w której powierzą mu sprawy programowo-ideologiczne. Jednocześnie załatwi sobie pracę (realną? fikcyjną?) w jakimś urzędzie, co daje papiery, chroniące teoretycznie przed niektórymi przynajmniej represjami. Ale kiedy hitlerowcy zorganizują akcję AB, skierowaną przeciwko inteligencji warszawskiej, i we wrześniu 1940 roku przyjdą go aresztować, wzgardliwie nie będzie chciał tych papierów pokazać, mimo desperackich próśb żony. „Z bandytami się nie negocjuje”, powie i wyjdzie z nimi, i najbliżsi nigdy go już nie zobaczą. Listy z Auschwitz przestaną przychodzić po roku. Witek trafił do komanda więźniów, budującego eksperymentalną komorę gazową i prawdopodobnie został wyselekcjonowany do pierwszej egzekucji w tej komorze.
    Syn Witka, Andrzej, będzie moim ojcem.

skanowanie0004
Wizytówka prof. Jana Sosnowskiego i sporządzona wyraźnie w tej samej drukarni, podobną czcionką wizytówka Witolda. Tylko imię i nazwisko, więc właściciel był chyba jeszcze młodzieńcem bez stanowiska zawodowego czy społecznego.

skanowanie0002
Tu Witek już starszy, chyba w latach trzydziestych, być może w Mąchocicach, niewielkim majątku szwagra, prawdopodobnie z siostrą. Ale nie jestem pewien i raczej nie mam już kogo zapytać. Historią rodzinną często zaczynamy się interesować za późno.

Nie aż tak jubileuszowo

    Uniwersytet Warszawski obchodzi 200 lat. Zamiast wnikać w dość nieoczywiste przesłanki takiego rachunku (jako studenci byliśmy przekonani, że znaleźliśmy się na uczelni założonej w 1915 roku), wolę spełnić sugestię jednego z moich znajomych na FB i napisać trochę o moim pobycie w tym miejscu.
    Trwał on przez jakiś czas, bo przyjęty na polonistykę w 1981 roku, po dyplomie zostałem asystentem w Zakładzie Pozytywizmu i Młodej Polski, a z pracy tam zrezygnowałem w 1998 roku. W dodatku prawie zaraz po tym, jak zaczął się rok akademicki, wybuchł strajk, więc w dodatku przez miesiąc (12 listopada – 12 grudnia 1981) mieszkałem na wydziale. Z pewną emfazą mówiliśmy potem, że empirycznie potwierdziliśmy na sobie tezę Heideggera z wyboru jego pism „Budować, mieszkać, myśleć” (Heidegger był dla nas kimś takim, jak ćwierć wieku później Żiżek, nie wypadało się przyznawać, że się go nie zna lub nie rozumie). Zamieszkiwanie jakiejś przestrzeni nie jest mianowicie kwestią techniczną, lecz egzystencjalną, i buduje specyficzny rodzaj odpowiedzialności za tę przestrzeń. Faktycznie przez całe studia i jeszcze przez kilka lat po nich wiązała mnie z uniwersytecką polonistyką emocjonalna więź i nie uwierzyłbym, gdyby jasnowidz przepowiedział mi wówczas, że w końcu z własnej woli to miejsce porzucę.
    Trafiłem na UW w końcówce „karnawału Solidarności” i ożywienie polityczne było równie istotne, co ożywienie intelektualne. Przez kilka dni, które upłynęły, zanim zapisałem się do NZS-u, niecierpliwiłem się, dlaczego to tyle trwa (trzeba było poczekać na zebranie), a potem doświadczyłem okropnego rozczarowania, kiedy okazało się, że nie istnieją legitymacje, a znaczek można sobie kupić w kiosku… A jeszcze później odkryłem z nieprzyjemnym zdziwieniem, że środowisko studentów wydziału jest podzielone na grupę młodszą, enzetesowską, i starszą, skupioną wokół samorządu studenckiego. To były w dużym stopniu podziały towarzyskie, większą rolę, niż idee, odgrywały chyba charaktery – ale z dzisiejszej perspektywy wygląda to tak, jakbyśmy już bezwiednie przygotowywali podział dzisiejszy. Bo wśród samorządowców dominowały postawy liberalno-demokratyczne, a w NZS-ie górował konserwatyzm (niekoniecznie w sferze obyczajowej…) – i ja, przechodząc błyskawiczną szkółkę polityczną, a poniekąd i towarzyską (mikrosocjologiczną, jeśli tak to można nazwać), zorientowałem się jeszcze przed końcem strajku, że wylądowałem po niewłaściwej stronie sporu. Nie podaruję sobie i rzucę parę nazwisk, dzisiaj znanych: NZS to był w moich oczach przede wszystkim Andrzej Horubała, a krąg samorządowy tworzyli m.in. Beata Chmiel, Dorota Wellman, Beata Stasińska i prof. Dorota Siwicka (wtedy jeszcze nie profesor, ma się rozumieć), Jacek Kowalczyk i Krzysztof Kopczyński.
    Warszawska polonistyka, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, miała jeszcze niezagojone rany po marcu ’68. W praktyce wyglądało to tak, że mieliśmy fascynujących asystentów i adiunktów, natomiast co do profesury, to rozmaicie bywało. Oczywiście: prof. Jadwiga Puzynina, nasza Pani Dziekan, za którą wtedy byśmy w ogień skoczyli, prof. Jerzy Axer, prodziekan, prof. Jadwiga Sambor od językoznawstwa, o której plotkowało się, że jest skrytką (czyli bezhabitową zakonnicą – do dziś nie wiem, ile w tym było prawdy), prof. Adam Weinsberg, też językoznawca, no i prof. Andrzej Z. Makowiecki, który po Sierpniu mógł wrócić z wygnania w filii w Białymstoku, a który stał się moim opiekunem na Indywidualnym Toku Studiów, promotorem pracy magisterskiej i w końcu szefem. Natomiast najgoręcej przyjmowanych guru znajdowaliśmy wśród doktorów i magistrów. Najpierw oszołomił nas ówczesny magister Antoni Czyż, który prowadził fascynujące zajęcia z literatury staropolskiej, rozbijając wszelkie szuflady, któreśmy mieli urządzone w głowach przed maturą, i np. omawiając „Nadobną Paskwalinę” w kontekście Tadeusza Micińskiego, księdza Bakę jako preekspresjonistę, a „Somnus” Lubomirskiego mieszając z surrealizmem. Potem, jeśli chodzi o mój osobisty krąg, przyszła pora na Tadeusza Komendanta, w którym widzieliśmy kogoś intelektualnie elektryzującego, a przy tym mającego coś z (eleganckiego) antychrysta, jakby wychynął z kart „Biesów” Dostojewskiego. To, zdaje się, jedyny mężczyzna, któremu wyznałem miłość, co prawda po pijanemu i to będąc pijanym do tego stopnia, że sam tego nie pamiętam i z wahaniem wierzę świadectwu mojej ówczesnej dziewczyny, która – jeśli to prawda – musiała słuchać mojego wyznania, nota bene podczas imprezy w domu Tadeusza, w osłupieniu, choć chyba podzielała w niemałym stopniu moje uczucia. Nota bene to Tadeusz wyleczył mnie, nie bez trudu, z zachwytu strukturalizmem i z przekonania, że najwspanialszą książką humanistyczną jest pełna wykresów, wzorów i procentów „Poetyka teoretyczna” Marii Renaty Mayenowej. W tym okresie książki Marii Janion wydawały mi się jakieś takie… pozbawione dyscypliny, meandryczne, niepokojąco dowolne we wnioskach (widzę, co napisałem; to rekonstrukcja stanu świadomości sprzed trzydziestu lat). A co dopiero Foucault, Derrida albo Sollers, których czytaliśmy, może jako pierwsi w Polsce, w roboczych tłumaczeniach Komendanta, we fragmentach rozsianych po antologiach i w „Literaturze Na Świecie”, albo po angielsku (francuskiego zacząłem się uczyć po studiach).
    Tuż po dyplomie los mnie zetknął jeszcze z ówczesnym doktorem Andrzejem Mencwelem, genialnym rozmówcą, samymi pytaniami rozszerzającym horyzonty. Moje koleżanki i koledzy zapatrzeni byli w Michała Boniego, Maćka Zalewskiego, Andrzeja Fabianowskiego, śp. Eligiusza Szymanisa, Wincentego Grajewskiego, Leszka Kolankiewicza… Pamiętam, że na zajęcia do tego ostatniego przyszedł tak potworny tłum, że Kolankiewicz chyba celowo przez pierwsze tygodnie zadawał możliwie grube i możliwie nudne lektury, żeby to towarzystwo się przerzedziło. Z zakłopotaniem przyznaję, że należałem do tych małej wiary, którzy odpadli.
    Intrygujące osoby prowadziły obowiązkowe zajęcia uzupełniające. Nie mówię o politologii, bo to był koszmar (prawie jak studium wojskowe), ale socjologii uczył nas śp. dr Jacek Tarkowski (ważna postać w środowisku opozycji) i ówczesny doktor Ireneusz Krzemiński, którego ironia działała mi okropnie na nerwy, zwłaszcza kiedy – orientując się, bestia, że mnie drażni i widząc we mnie słusznie okropnie przemądrzałego młodzieńca – zaczął do mnie mówić „żabciu” 😀 , a którego polubiłem wiele lat później, wreszcie ekonomię wykładał zmarły niedawno prof. Jacek Kochanowicz, czyniący to tak, że choć jako student z indywidualnym tokiem mogłem sobie jego zajęcia podarować, chodziłem na nie, żeby podpatrzeć, jak się wykłada (liczyłem już wtedy na etat na uczelni).
    Po 13 grudnia natknęliśmy się na zjawisko, świadczące, że świat nie chce podporządkowywać się prostym podziałom. Wśród naszych nauczycieli byli ludzie, których zdążyliśmy polubić, i z drżeniem czekaliśmy po powrocie na uczelnię (chyba w lutym), którzy w sytuacji opresji opowiedzą się po właściwej stronie, a którzy po stronie reżimu. I na przykład przeuroczy specjalista od gramatyki, wówczas doktor Marek Świdziński, przychodził na zajęcia z małym opornikiem w klapie, czego się głośno nie komentowało, ale przynosiło to ulgę, natomiast z rozterką rejestrowaliśmy, że zupełnie inne są wybory świetnego dydaktycznie (ówczesnego) doktora Bogdana Owczarka od poetyki, a zwłaszcza dydaktycznie genialnego (ówczesnego) doktora Andrzeja Zieniewicza. Ten ostatni był w dodatku człowiekiem, którego nie dało się nie lubić: nie tylko prowadził rewelacyjne konwersatorium z poezji XX wieku, ale miał cudowne poczucie humoru i niezwykle bezpośredni stosunek do studenterii. Więc się go lubiło i odczuwało z tego powodu wyrzuty sumienia. Chłonęło się jego wiedzę o Żagarach i zarazem gryzło w język, gdy nieoczekiwanie zadawał pytanie, czy się wybieramy na kolejną manifestację przeciwko Jaruzelowi. Bo cholera wie, po co chciał to wiedzieć.
    Po dyplomie trzy osoby z naszego roku dostało etaty stażysty: dziewczyna, której nazwiska, wstyd powiedzieć, nie pamiętam, która parę lat później zginęła tragicznie z mężem i dziećmi w wypadku samochodowym w Szwecji, Jacek Zychowicz, który dziś jest zaciekle prawicowym publicystą, wcześniej miał epizod zdumiewającej mnie fascynacji marksizmem, a w czasie studiów wpędzał nas wszystkich w kompleksy niewiarygodną erudycją i sprawnością intelektualną („jak on zaczyna mówić, to to jest… demoniczne”, żalił mi się kolega, skądinąd agnostyk, więc w demony wierzyć nie powinien), no i ja. Miałem wrażenie, że złapałem Pana Boga za nogi, bo przed 1989 rokiem UW jawiło mi się jako enklawa, pozwalająca pracować uczciwie i w spokoju, jakby na innej planecie, niż reszta Polski. Otrzeźwienie przyszło wkrótce po 1989 roku. Najpierw trafiłem do grupy pracowników, która, korzystając z osiągniętej nareszcie autonomii uczelni, czego domagaliśmy się już jesienią 1981, miała przygotować zmiany w programie studiów. W trakcie jej obrad członkowie obrażali się na siebie kolejno, jak dzieci w piaskownicy, i w rezultacie owoce pracy przedstawialiśmy Radzie Wydziału już tylko we dwójkę: pani dziekan prof. Zofia Mitosek i ja, magister. Tamto posiedzenie Rady było jako bolesne otwieranie oczu do końca: nagle się okazało, że te wszystkie hasła, jak to trzeba uwolnić studenta i nawiązać do tradycji przedwojennej, przegrywają z pensum, paternalistycznym stosunkiem do młodzieży, a wreszcie z osobistymi ambicjami kierowników zakładów. Nieco później na zebraniu zakładu zgłosiłem nieśmiało postulat, żeby z listy tematów egzaminacyjnych wykreślić pytanie, „co to jest modernizm” (w rozumieniu Wyki), ponieważ pojawiło się pojęcie „postmodernizm”, które odwołuje się do innego rozumienia terminu „modernizm”, ono właśnie wygra i nie ma co robić studentom bałaganu w głowach. „Ale panie kolego – usłyszałem w odpowiedzi – ten cały postmodernizm to jakaś wydmuszka, przejściowa moda, kto to za chwilę będzie pamiętał, a książka profesora Wyki ma nieprzemijające znaczenie”. W końcu zostałem wyznaczony do protokołowania obron doktorskich i habilitacyjnych. A ponieważ zdaje mi się, że składałem jakąś przysięgę poufności, więc tu się pomiarkuję i powiem jedynie, że od tego momentu straciłem do uczelni serce. Zaczęło mi się zdawać, pewnie niesprawiedliwie, że pracę doktorską czyta jej autor, ewentualnie (!) promotor, może (!) recenzent… i to wszystko, a ja chciałem, żeby to, co napiszę, miało jakiś odbiór. Pierwszy rozdział mojej pracy doktorskiej liczył 300 stron, co oznaczało, że albo muszę go skrócić, albo czeka mnie napisanie 1200-stronicowego doktoratu, bo planowałem cztery rozdziały (obydwie perspektywy mnie trochę osłabiały, zwłaszcza przy założeniu, że znajdę najwyżej trzech czytelników, a i to bez gwarancji). Wkrótce usłyszałem zdanie, że do mojego etatu państwo dokłada tyle i tyle, co brzmiało jak z PRL-u, i miałem dość. Zwłaszcza, że za jeden odcinek telewizyjnego Pegaza, który wtedy prowadziłem, dostawałem więcej, niż za miesiąc pracy na Uniwersytecie (co niewątpliwie demoralizowało). A jeszcze mnie żona rzuciła i chciałem zacząć życie od nowa. I złożyłem wymówienie.
    Tu przerywam, bo oczywiście przypomina mi się coraz więcej anegdot, i grozi mi, że nie skończę do wieczora. A wieczorem – finał Ligi Mistrzów, przed którym jeszcze muszę napisać inny tekst…

polonistyka

Archeologia domowa. Odc. 3: samochody

    Teraz pora na to, co jeździ po ziemi.
    Najpierw niech idą modele do sklejania firmy Airfix: Daroque (w internecie nie ma śladu po takiej marce, więc może pamięć mnie zawodzi, ale tak tę nazwę zapamiętałem; model zakupiony został w kiosku pod nazwą „Sklep z artykułami zagranicznymi” na placu Trzech Krzyży, skleił go mój ojciec podczas wakacji w Kołobrzegu w 1970 roku i potem miał kłopot, bo jak to przewieźć w walizce zatłoczonym pociągiem do Warszawy?!), kabrio do przewożenia VIPów w czasie wojny (marki nie pamiętam) i chyba Bugatti. Te dwa ostatnie to już, zdaje się, moja produkcja.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DAROQUE?


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

SAMOCHÓD DLA VIPÓW, ARMIA BRYTYJSKA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BUGATTI?

    Potem rewelacja początku lat 70., czyli RESORAK. Czy młodsi koledzy wiedzą, o co chodziło? Na reflektorach i felgach ślad zdobycia przez jedenastoletniego JS lakierów marki Humbrol…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Teraz jakieś maszyny budowlane. Koparka już zdefektowana, ale ma wciąż RUCHOME GĄSIENICE :) Mówiąc nawiasem, gdyby przed znalezieniem tych Obiektów ktoś znienacka zapytał mnie, czy miałem coś podobnego, powiedziałbym, że nie. Po czym otworzyłem pudełko, w którym były, i stało się coś dziwnego. Nie żadna Proustowska magdalenka, otwierająca zablokowaną pamięć, ale raczej śmieszne uczucie – jak ze snu – że to na pewno moje, ale na jakimś pobocznym torze czasu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Wreszcie komunikacja autobusowa. O piętrusach opowiadała babcia, która w 1972 roku pojechała do Londynu (!) do siostry ciotecznej, emigrantki wojennej. Zdaje mi się, że następną osobą, która z naszej szeroko pojętej rodziny pojechała na Zachód, byłem dopiero ja w 1989; nie liczę śp. Wuja Czarnej Owcy, który pracował w handlu zagranicznym i był jednak traktowany jako osoba z innego świata (także dlatego, że był w PZPR; żeby było zabawniej, po 1989 stał się zaciekłym prawicowcem, zapisał się do Towarzystwa Ziemiańskiego i zdarzało mu się rzucać teksty, które – gdyby nie ironiczny uśmieszek, nie schodzący mu z ust, przez co zawsze mógł powiedzieć, że żartował – należałoby uznać za antysemickie. Może zresztą należało, ale wuj to wuj, a przy tym miał kupę wdzięku. Choć i tak skłócił się w końcu z nami wszystkimi, nie o politykę bynajmniej. A potem nagle umarł i tyleśmy go widzieli).
    Ale miało być o piętrusach. Więc o piętrusy wypytałem sędziwą (miała wtedy 64 lata…) Podróżniczkę dokładnie i wkrótce dostałem poniższy model. A obok stoi wycieczkowy Ikarus. Prawdziwą atrakcją tego Ikarusa był fakt, że dawało się go na swój sposób otwierać. Do dziś nie wiem, czy celowo, czy po prostu w fabryce zabrakło kleju…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Zdaje się, że w piwnicy coś jeszcze mam, ale chwilowo nie pamiętam, na której półce. Więc będzie dalszy ciąg, ale nie wiem kiedy.

Archeologia domowa. Odc. 2: gry planszowe

    W zakamarkach domu znalazłem także gry plaszowe. Było tego więcej – tu tylko takie, w których najmocniej się czuje klimat epoki.
    Więc przede wszystkim WYŚCIG POKOJU.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PIONKI I PLANSZA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PUDEŁKO


    Także PODRÓŻE MIĘDZYPLANETARNE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PLANSZA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

INSTRUKCJA


    Wydaje mi się, że powyższe gry nie były bardzo intensywnie eksploatowane w moim domu rodzinnym (a grać mogły same dzieci, czyli moja siostra i ja, dzieci z rodzicami, co zdarzało się nierzadko, a wreszcie ja sam ze sobą, zważywszy, że rzut kostką wprowadzał element przypadkowości i łatwo było się pod jego wpływem rozdzielać na poszczególnych Zawodników). Co innego z kolejną grą, nad którą siadaliśmy z ojcem. Oto fascynacja Azją w wersji rodzinnej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

GO


    No i KOMBAJN GIER. Wydaje mi się, że ten zestaw w użyciu był stosunkowo często. Szachy, warcaby, młynek halma, chińczyk, a nawet coś w rodzaju pośredniego między ruletką a grą w monopol… Ale z pamięcią dziecka jest tak, że czasem coś, co się wydarzyło raz, albo zaledwie kilka razy, ale było INTENSYWNE, przeistacza się we wspomnieniu w coś, co działo się CIĄGLE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

NIE JESTEM PRZEKONANY, CZY TA PLANSZA NIE ZOSTAŁA DOŁOŻONA Z JAKIEGOŚ INNEGO PUDEŁKA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PODOBNIE JAK TA (BO TO REWERS TAMTEJ)


OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
    Ciąg dalszy nastąpi, bo to wciąż nie wszystko.

Archeologia domowa. Odc. 1: samoloty

    Najprawdopodobniej pojedzie to wszystko do pewnego muzeum (jesteśmy już po nawiązaniu wstępnego kontaktu). Ale nim wyruszy, chciałbym Państwu to pokazać. Bo sam trochę nie mogę uwierzyć, co może zawierać stara walizka na szafie w domu rodzinnym, nie otwierana przez lata (no, dobrze: prawdę mówiąc, nie było to jedna walizka).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WALIZKA


    Mój ojciec kleił plastikowe samoloty. Kiedy się w wieku 41 lat rozchorował, doszedł nagle do wniosku, że i wzrok nie ten, i ręce mu zanadto drżą (taka była w każdym razie wersja oficjalna, dla mnie). Nie zdawałem sobie sprawy, ile modeli czekało od tego momentu na swój czas (na mnie?) – i nie doczekało się zresztą. To było jesienią 1974 roku…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

NIE WIEM CO TO MIAŁ BYĆ ZA ŚMIGŁOWIEC…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…ALE W CZĘŚCIACH WYGLĄDA TAK


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CARAVELLE FIRMY AIRFIX


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CARAVELLE PRODUKCJI RODZIMEJ…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…TO ZNACZY Z ZAKŁADU W KOBYŁCE


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

AN-2


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

CZAPLA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZACHOWAŁ SIĘ NAWET KWIT ZE STEMPELKIEM KONTROLI JAKOŚCI


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MIG-15


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

TENŻE – WSKAZÓWKI MONTAŻOWE


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

TU-134 I…


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…JEGO WSKAZÓWKI MONTAŻOWE :)


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MI-6


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IŁ-18


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

AN-12


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I ZNOWU CARAVELLE


    Po gotowych modelach zostały nadliczbowe kalkomanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MIMO STARANNEGO ZAPAKOWANIA NIECO SIĘ SKLEIŁY…


    Ciąg dalszy nastąpi, bo to dalece nie wszystko.

To tylko Tango…

    Obserwuję wielkie poruszenie z powodu wczorajszego wystąpienia Ewy Stankiewicz.
    Co do mnie, wiem, że też powinienem się oburzać, a nie umiem.
    Od lat obserwuję chwyt retoryczny, uwielbiany przez polską tzw. prawicę, polegający na kwestionowaniu przynależności adwersarza do wspólnoty narodowej. Już w latach dziewięćdziesiątych robił to np. prof. Jerzy Robert Nowak. Bodaj nawet (?) pewien polityk SLD był uprzejmy określić GW jako „gazetę koszerną”, a potem tłumaczył się, że to przejęzyczenie lub kiepski słuch dziennikarzy na konferencji, bo on powiedział „koszmarną”. Śliskie aluzje do wątpliwego pochodzenia współobywateli robiono w przestrzeni publicznej nagminnie. A myśmy uważali to albo za margines, albo za zanikające echo jakichś przesądów, które przecież samoistnie gasną.
    Pani Ewa Stankiewicz jest na tym tle jedynie logiczną konsekwencją naszych zaniechań. Sam jakieś dziesięć, może jedenaście lat temu tłumaczyłem w prywatnej rozmowie Andrzejowi Nowakowskiemu, że z antysemityzmu i ksenofobii Polaków nie ma co robić afery, bo to mniejszościowa subkultura. A wykształconych ludzi, którzy kwestionowali potrzebę ścisłego przestrzegania języka „poprawności politycznej” (powinno być „grzecznościowej”, bo to przecież znaczy political corectness), nawet nie zliczę.
    No to teraz mamy. Rodzimy kołtun wylazł na powierzchnię, czuje się doceniony i bezpieczny. Unosi go zapał, że wreszcie ktoś go dowartościował, „prawdziwego Polaka”.
    Dawno temu zwracano uwagę, że (relatywnie, jak dziś wiemy, niewielki) sukces Jean-Marie Le Pena można wyjaśnić za pomocą narzędzi psychologii społecznej: francuscy socjaliści z Mitterandem mniej lub bardziej bezwiednie domagali się od ziomków, żeby ci byli lepsi, niż są naprawdę. A komunikat Le Pena brzmiał: przestańcie się starać. Tacy, jacy jesteście, ograniczeni, zawistni, egoistyczni, wulgarni, jesteście solą Francji. Jego hasło wyborcze brzmiało: „Rzućcie im w twarz to pięcioliterowe słow: Le Pen” (najpopularniejsze wulgaryzmy francuskie mają po pięć liter).
    U nas taką funkcję, jak (wedle tej interpretacji) pełnił we Francji Mitterand, sprawował premier Mazowiecki. To za jego czasów, w opozycji do niego, wzeszła roślinka, która wczoraj w osobie pani Stankiewicz okazała się baobabem. Jedynymi środowiskami, które próbowały baobaby karczować, były środowiska „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, w jakiejś mierze także „Więzi”, choć tu staraliśmy się być roztropni. Tymczasem roztropność nie jest, jak się okazuje, dobrym doradcą w czasach szaleństwa.
    Teraz pytanie: kto z Państwa nie narzekał w minionych dwudziestu latach na GW? Że histeryczna, że niepotrzebnie nagłaśnia, że robi z igły widły, że manipuluje, że używa argumentacji „ad hitlerum”? Nie pytam jako jedyny sprawiedliwy w Sodomie, bo też w pewnej chwili zacząłem sądzić, że redakcja przesadza.
    A to, co najstraszniejsze, to że formacji pani Stankiewicz sprzyja wciąż niemałe grono przyzwoitych ludzi, którzy na jej słowa będą się teraz uśmiechać z zażenowaniem, bo przecież słyszą, że to język z Marca 68, ale ponieważ generalnie akceptują kierunek zmian w Polsce, to te pomruki kołtuna uważają co najwyżej za przykry koszt koniecznej operacji. I przypominają żałośnie, że Lech Kaczyński wystawiał w oknie Pałacu Prezydenckiego chanukowy świecznik. Tylko że Lech Kaczyński, którego – abstrahując na chwilę od jego tragicznej śmierci – miałem zresztą za kiepskiego prezydenta, to nie ten bliźniak. Czego by mu nie zarzucać, za jego czasów PiS sugerował, że w Polsce jest możliwy nowoczesny, nieksenofobiczny konserwatyzm (nie jako idea, bo tę oczywiście można pomyśleć i dziś, tylko jako realna siła polityczna). I tylko Adam Michnik (ze znanych mi ludzi) upierał się, że konserwatyzm, by dojść do władzy i się przy niej utrzymać, będzie musiał w Polsce ożywić tradycję ksenofobicznego nacjonalizmu.
    Powtórzę to, co napisałem dawno temu w polemice z Czarkiem Michalskim, gdy był jeszcze prawicowym publicystą (choć nie sądziłem, że mój niepokój spełni się AŻ TAK): przeczytajcie, drodzy zwolennicy „dobrej zmiany”, „Tango” Mrożka. Za plecami Artura czai się Edek. I to on będzie jedynym beneficjantem rewolucji konserwatywnej, którą urządza przeciwko Stomilom nieszczęsny pięknoduch.
    Będzie? Już jest.

Sen sów – wystawka gadżetów

    To jeszcze pokażę inne znaleziska, związane ze „Snem sów” (poprzednie są do obejrzenia TUTAJ). Nie ma to, jak robić porządki w mieszkaniu, w którym od lat nie myszkowało się po półkach. Na jednej z nich stała Praktyczna Baryłeczka, a mówiąc dokładnie – metalowa puszka po cukierkach. Otwieram, a tam… kolekcja znaczków na szpilce plus trochę innych drobiazgów, zostawionych kilkadziesiąt lat temu nie wiadomo po co. Prywatna archeologia. Pokazuję doprawdy przebrane sztuki.
    Najpierw znaczek z pierwszego Festiwalu Piosenki Żołnierskiej, który odbywał się jeszcze w dwóch miastach: Kołobrzegu oraz Połczynie Zdroju. Pochodzi (tu, jeśli się zna historię najnowszą, włos lekko się jeży) z roku 1968, z tym że do moich rąk trafił – jeśli dobrze pamiętam – w charakterze prezentu w roku 1970. Uwaga: warto kliknąć na fotografię, wyświetla się wtedy w powiększeniu!

68

Dalej dwa znaczki z roku 1971, można sobie było wybrać kolor.

7171

Dalej wersja z 1972 roku oraz wersje z lat późniejszych: niedatowana, z 1975, 1976, oraz znaczek z Pomnikiem Zaślubin z Morzem, na który w wyniku weny nazewniczej kilkuletniego JS mówiło się u nas w domu „Pomnik Bez Głowy”.

72
7576

Teraz idą dwa znaczki z herbem Kołobrzegu (to wszystko na ogromnym zbliżeniu, znaczki są maleńkie) oraz przebój z roku, bodajże, 1973, czyli Keep Smiling (występuje w powieści!).

Herb
KeepSmiling

Teraz, skoro w „Śnie sów” Tata jest miłośnikiem lotnictwa, dwa znaczki LOTu, jeden z liczbą 40, bo wypuszczony w roku 1969 na czterdziestolecie firmy.

Lot2
Lot

I jeszcze, bo to znalezisko mną wstrząsnęło, a poza tym wiąże się z… niewykluczoną kontynuacją „Snu sów”, tarcza szkolna. Czy ktoś wie właściwie, kiedy przestały obowiązywać?

132

(W niedzielę 22 maja zapraszam na Targi Książki na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie będę podpisywał książki w stoisku Wielkiej Litery – stoisko nr 61, sektor D – w godzinach 13:00-13:45).