Zatrute owoce naturalizmu

    Teraz z kolei Aguirre zadał mi pytanie, na które odpowiedź się tak rozrosła, że wyszedł kolejny wpis. Bardzo dziękuję, zwłaszcza, że mogłem w ten sposób wrócić do pewnych wątków, które bardzo mnie ekscytowały dawno temu, kiedym się zajmował pozytywizmem i Młodą Polską na uniwersytecie.
    Mówiąc o następstwach społeczno-politycznych naturalizmu miałem na myśli następujące zjawiska (dziewiętnastowieczne, ale niestety przynoszące owoce, być może pośrednio, aż do dziś):
    1. Engelsowska interpretacja marksizmu: Marks formułował prawa, rządzące historią, pozwalające ją wyjaśnić, ale nie związane z deterministyczną wizją dziejów. Chodzi o różnicę między tym, co się określało mianem „praw” w obrębie ówczesnej biologii i w obrębie ówczesnej (newtonowskiej) fizyki. Na przykład istnieje słynna analiza lwa (!) u Hipolita Taine’a, prowadząca do wniosku, że lew swój wygląd (autor podsumowuje go zdankiem: „Jest to po prostu wielka szczęka na czterech łapach”!) zawdzięcza temu, że jest polującym w sawannie szybkobieżnym drapieżnikiem. Ale jeśli nie wiemy, jak lew wygląda, i zostanie nam zadane narysowanie polującego w sawannie szybkobieżnego drapieżnika, to możemy narysować dziesiątki rozmaitych sylwetek i wcale niekoniecznie któraś z nich będzie przypominać lwa. Strzałka implikacji biegnie wstecz, nie można jej ustawić „do przodu” ani przeobrazić w równoważność (coś wygląda jak lew ==> jest polującym w sawannie szybkobieżnym drapieżnikiem; ale nie: coś ma być polującym w sawannie szybkobieżnym drapieżnikiem <==> wygląda jak lew). Natomiast fizyka newtonowska pozwala na wnioskowanie w obydwie strony: jeśli kule bilardowe o znanej masie lecą po przecinających się torach z daną prędkością, to w określonym czasie po zderzeniu znajdą się tu i tu, ale też – jeśli kule bilardowe po zderzeniu znajdują się tu i tu, to przed zderzeniem leciały po przecinających się torach z daną prędkością. Marks myślał na sposób „taine’owski” (to, rzecz jasna, lekki anachronizm), Engels przesunął marksizm w stronę myślenia „newtonowskiego”. Naturalizm postulował ŚCISŁY DETERMINIZM ZJAWISK („newtonowski”) i zainfekowanie nim marksizmu doprowadziło do zniknięcia z pola rozważań zagadnienia wolnej woli („Wolność to uświadomiona konieczność”). Stąd m.in. obraz „parowozu historii”, do którego albo wsiądziemy, albo nas zmiażdży.
    2. Przy okazji Engels próbował odkrywać schemat konfliktów klasowych w przyrodzie, budując np. analogię między konfliktem kapitał-proletariat a konfliktem drapieżnik (względnie pasożyt) – ofiara. O propagandowych skutkach używania metafor zwierzęcych na określenie grup społecznych, które uznajemy za przeciwników, nie ma co dużo mówić, bo nawet zupełnie niedawno mogliśmy ze zgrozą obserwować, jak to działa – w Rwandzie.
    3. Ten sam mechanizm, tylko jeszcze bardziej, odkryjemy w dziewiętnastowiecznym nacjonalizmie, który stanowił przeniesienie naturalizmu do rozważań o takich specyficznie kulturowych tworach, jakimi są narody. Naród w tej wizji okazywał się nie wspólnotą języka, obyczaju, aksjologii (zmiennych w czasie i podlegających reinterpretacji w każdym kolejnym pokoleniu), ale grupą zjednoczoną „wspólnotą krwi” (czyli genetycznie, jak byśmy dziś powiedzieli), zajmującą określone terytorium, o które walczy z innymi grupami tak, jak o terytorium walczą stada zwierząt. To właśnie źródło hasła „wspólnota krwi i ziemi”. Prowadziło to do: (a) skonstruowania wizji narodu zamkniętego, do którego przybysz nie może się „inkulturować”, może się tylko podszywać – jak nie stanie się, powiedzmy, tygrysem hiena; (b) wiary w to, że tożsamość narodowa albo jest w ogóle impregnowana na dzieje („przedwieczna Polska” z dzisiejszych pism Jarosława Marka Rymkiewicza), albo dzieje oddziałują na nią tak wolno, że w praktyce ich wpływ na narodową tożsamość jest pomijalny; (c) wizji stosunków międzynarodowych jako nieustannej wojny między sąsiadami, prowadzonej bądź to środkami dyplomatycznymi, bądź to przemocą (czyli wojny w ścisłym sensie). Przypominam, że o współpracy w obrębie przyrody biolodzy zaczęli mówić dopiero w ostatnich dekadach; naturalistyczna wizja przyrody za dogmat uznała walkę o byt wszystkich ze wszystkimi.
    4. Wreszcie naturalistyczne myślenie o człowieku przyniosło utożsamienie płci z kobiecymi i męskimi rolami społecznymi, zastanymi w momencie, gdy naturalizm powstawał. Podpowiadało, by traktować te role deterministycznie, to znaczy z tego, że ktoś jest mężczyzną, ma wynikać, że musi być „męski” (agresywny, przywódczy, racjonalny i tak dalej), a z tego, że ktoś jest kobietą, ma wynikać, że ma ona być „kobieca” (łagodna, podporządkowana, emocjonalna, a przede wszystkim ma rodzić i wychowywać dzieci, będąc zarazem „odpoczynkiem wojownika” według sformułowania Nietzschego) – a jeśli dana jednostka nie podporządkowuje się swojej roli płciowej, to stanowi „zboczenie”, „szaleństwo”, a przynajmniej nieudaną realizację wzoru i wymaga albo resocjalizacji (a właściwie „renaturalizacji”) albo eksterminacji.
    5. Związek naturalizmu z ideami eugenicznymi wydaje mi się tak oczywisty, że tylko go sygnalizuję, bo co tu opisywać?
    Dwie uwagi nawiasowe:
    A. Zola, którego jako pisarza uwielbiam, miał szczęśliwie instynkt pisarski przeważający nad jego doktrynerstwem – i dlatego zdarzają się u niego przynajmniej dwojakie sytuacje, które w powieściach znoszą wszechogarniający determinizm. Jedna, powszechna w jego książkach, to KATASTROFA, zawsze przedstawiana jako apokalipsa, zrywająca łańcuch przyczyn i skutków, wprowadzająca bohaterów w sytuacje, w których (przez chwilę) nie działa automatyzm praw przyrody. To dlatego, jak sądzę, z taką satysfakcją czytelnik przyjmuje zawalenie się kopalni w „Germinalu” czy wykolejenie się pociągu w „Bestii ludzkiej” – intuicyjnie czujemy w tym momencie powiew przerażającej, co prawda, wolności. Druga sytuacja jest u Zoli rzadsza, z całą pewnością jestem ją w stanie pokazać jedynie w „Germinalu”: oto zdeterminowany przez przodków (alkoholików i psychopatów) Stefan Lantier po alkoholu odczuwa nieprzezwyciężoną potrzebę zamordowania kogoś. Tymczasem gdy pijany sięga po nóż, Katarzyna bije go w twarz i Stefan… nóż odkłada. Więc jednak ma jakiś margines swobody wobec tego, co nim kieruje! Nota bene z tego powodu Zola nie mógł go uczynić bohaterem „Bestii ludzkiej” i musiał do niej wymyślić jeszcze jednego członka klanu Rougon-Macquartów.
    B. Sam się irytuję swoim chronicznym centryzmem, ale muszę przyznać, że jak czysto naturalistyczna wizja człowieka wydaje mi się odrażająca, tak czysto kulturalistyczna grzeszy, w moim odczuciu, pięknoduchowskim lekceważeniem empirii. Dlatego pozostaję wprawdzie krytycznym, ale jednak fascynatem socjobiologii i psychologii ewolucyjnej (David Buss!!!), gdyż wydaje mi się, że atawizmy naprawdę przebijają się w nas przez warstwę kultury – opisał to już Brzozowski, na przykład w komentarzach do wczesnych utworów Stanisława Przybyszewskiego – i lewicowa wizja człowieka, który ma możność swobodnego modelowania swojego człowieczeństwa (co, znów w skrajnej wersji, prowadzi do koncepcji „pierekowki dusz”, czy to w wersji stalinowskiej, czy każdej innej, vide: niektóre odmiany feminizmu) zupełnie mnie nie przekonuje. Podobnie trudno przeczyć, że sąsiednie narody miewają w stosunku do siebie stosunek, przypominający relację drapieżnik – ofiara, oraz że wojny terytorialne stanowiły niemałą część wojen w przeszłości i wcale niekoniecznie zanikły. Bliska mi jest wizja człowieka, znajdującego się w połowie drogi między zwierzęciem i aniołem, w którym natura nie została wygaszona, ale tym, co czyni go człowiekiem, jest kultura, zachęcająca do bycia lepszym, niż jesteśmy „wyjściowo”. Więc naturalistyczna wizja człowieka, porywająca w wersji literackiej, kiedy zaczyna nam dyktować rozwiązania praktyczne, redukuje nas i, by tak powiedzieć, skazuje na przeszłość, daną raz na zawsze. Ale czysto kulturalistyczna wizja, zaprzeczająca temu, że jesteśmy RÓWNIEŻ zwierzętami, że co chwila aktywizują się w nas atawizmy, każe mi myśleć o mądrej przestrodze Nietzschego: „Niejeden, co diabła z siebie wypędzić pragnął, sam przy tym w świnię wstąpił”. Z całym szacunkiem dla świń, naturalnie.

Gare Montparnasse (Słynną fotografię zrobioną na Gare Montparnasse 22 października 1895 przez anonimowego fotografa reprodukuję za stroną www.swiatobrazu.pl)

Piękno polskiej tradycji lewicowej

    Poprzedni tekst był o czym innym, ale zasłużenie ciepłe słowa, jakimi określiłem pana profesora Karola Modzelewskiego, wywołały kilka głosów polemicznych. Domagania się, żeby mówić o Nim per „Kirył”, trudno nie skwitować wzruszeniem ramion; wystarczy przeczytać kilkanaście pierwszych stron jego świetnej książki „Zajeździmy kobyłę historii”, żeby zrozumieć, że to bez sensu, chyba że ktoś dał się zaczadzić bełkotem nacjonalistów, no, ale to wtedy jego problem (ja się jego detoksykacją nie zajmę, bo nie mam pojęcia, jak się z tego bagna można wygrzebać). Natomiast uszczypliwa reszta tego samego komentarza (tad9) pozwala mi wyjaśnić (sobie i Państwu) parę spraw.
    Co jest piękne w polskiej tradycji lewicowej? Zacznijmy od nazwisk:
1. Adam Mickiewicz, ze swoim przekonaniem, że imperia i dyktatury są upiorną pomyłką historii, jeśli ma to być historia ludzka; i że wolność ludów stanowi postulat, który albo da się zrealizować w całości (to znaczy bez ograniczenia, że chodzi nam o wolność Czechów, ale już nie Węgrów, Węgrów, ale już nie Polaków, albo Polaków, ale już nie Żydów i tak dalej), albo wcale; gdyż nawet jeśli nie jest prawdą, że „cudza wolność w nieskończoność powiększa moją” (jak twierdził Bakunin), to z pewnością cudza niewola moją wolność czyni problematyczną;
2. Ludwik Waryński, jeden z niepokornych naprawdę, nie mogący znieść warunków, w jakich pracował dziewiętnastowieczny robotnik, za co LW zapłacił życiem (czytaj: Bohdana Cywińskiego „Rodowody niepokornych”);
3. Wacław Nałkowski, który z głęboką dezaprobatą pisał o ludzkiej skłonności do przyjmowania za dobrą monetę każdych warunków, zwłaszcza jeśli są niewygodne głównie dla innych, a także do ograniczania zainteresowań do własnego czubka nosa – i wierzył, że obdarzeni wrażliwym sumieniem inteligenci są awangardą ewolucji społecznej (czytaj: „Forpoczty ewolucji psychicznej i troglodyci”);
4. Edward Abramowski, ze swoim staraniem o samoorganizujące się społeczeństwo, w którym relacje sąsiedzkie i pracownicze uczynią kiedyś zbędnymi policję i sądy, a także ze swoją błyskotliwą krytyką społeczeństwa pogrążonego w bierności (czytaj: „Idee społeczne kooperatyzmu”);
5. Stanisław Brzozowski, podkreślający, że historia to dzieje walki tego, co ludzkie, z żywiołem nieludzkim na zewnątrz nas i wewnątrz każdego z nas, walki, którą nazywamy pracą (czytaj „Legenda Młodej Polski”);
6. Józef Piłsudski ze swoją nadzieją na możliwość przezwyciężenia wrogości do siebie narodów, wymieszanych w naszej części Europy: Litwinów, Polaków, Ukraińców – i ze swoim gniewem na rosyjski, a potem (już gdy „wysiadł na przystanku niepodległość”) sowiecki imperializm;
7. Lidia Ciołkoszowa, która działalność oświatową wśród dzieci i wśród robotników łączyła przez całe życie z konsekwentnym antykomunizmem;
8. Adam Ciołkosz – harcerz, powstaniec śląski, poseł na sejm, który w czasie wojny w proteście przeciwko układowi Sikorski-Majski wystąpił z Komitetu Zagranicznego PPS, a po wojnie współtworzył na emigracji dokument programowy Międzynarodówki Socjalistycznej „Cele i zadania socjalizmu demokratycznego” i przez całe życie jasno widział, że dyktatura sowiecka socjalizmem nie jest;
9. Jan Strzelecki, który szukał wspólnego pola wartości między myślą socjalistyczną, chrześcijaństwem i egzystencjalizmem (patrz: „Próby świadectwa”) i wierzył, że myśl lewicowa, jeśli ją wydrzeć uczniom Stalina, będzie nowoczesnym wcieleniem humanizmu;
10. Edward Lipiński, który zaczął swoją drogę ideową od rewolucji 1905 roku, a zakończył w Komitecie Obrony Robotników, i w 1981 roku tłumaczył, że jest przeciwko PRL ponieważ jest socjalistą;
11. Jacek Kuroń, który po okresie zaczadzenia stalinizmem przez całą resztę życia odkupywał swoje winy – tak to określał! – budując zręby społeczeństwa obywatelskiego, pokazując młodzieży wartość zaangażowania w sprawy społeczne i traktując krzywdę bliźniego jako bezwzględnie obowiązujące wezwanie do działania (czytaj: „Wiara i wina”);
12. Karol Modzelewski, który wstąpił do PZPR na fali polskiego października, kiedy nie było widoków na wyjście z sowieckiej strefy wpływów i zmianę systemu monopartyjnego, natomiast wydawało się, że na kurs partii rządzącej można mieć wpływ od środka, a gdy po paru latach to ostatnie okazało się mrzonką, rozpoczął działalność opozycyjną, za co zapłacił w sumie ośmioma latami więzienia, i współtworzył pierwszą „Solidarność”, łącznie z jej nazwą (czytaj: „Zajeździmy kobyłę historii”).
    Inaczej rzecz ujmując, piękne w tradycji lewicowej są: niezgoda na założenie, że narody muszą być sobie wrogie; troska o bliźnich, żyjących w gorszych warunkach niż my; zerwanie z paternalistycznym stosunkiem do warstw gorzej wykształconych; wiara w przyrodzoną dobroć ludzką (nawet, jeśli ta wiara niekiedy, przyznaję, wydaje mi się trudna do obrony w konfrontacji z empirią); docenienie pracy w miejsce pieniądza czy pozycji w grupie; wiara w to, że jeśli świat nas zawodzi, to przynajmniej najbliższy nam kawałek świata można urządzić, odszukawszy innych ludzi o podobnych potrzebach; poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka, wyraźnie pokrewne z wezwaniem „jeden drugiego ciężary noście”; alergia na rozmaite formy dyskryminacji, selekcji, hierarchizacji społecznej; wyczulenie na wartość edukacji i kultury, rozumianej nie jako zamykający nas na nowości spadek, ale jako dziedzictwo, które mamy podjąć i rozwinąć; uznanie doniosłości budowania wspólnoty opartej na dobrowolnym akcesie, a nie obowiązkowej przynależności. Jeśli czytam u Camusa marzenie o „świętym bez Boga”, to myślę o ludziach niekomunistycznej lewicy. Którzy skądinąd nieraz z Bogiem by się ułożyli, tylko z Kościołem nie dawali rady – co im jestem starszy, tym lepiej rozumiem.
    Lista powyższa zawiera dwanaście nazwisk, jak dwunastu było apostołów. Tę listę można by przedłużać. Nie będzie tam jednak, oczywiście, Kazimierza Mijala (o którego pytał tad9), podobnie jak nie będzie Józefa Cyrankiewicza (mimo jego skądinąd zacnej postawy w czasie wojny), ani Władysława Gomułki.
    To, że idee Marksa (inspirujące, jak pokazuje choćby Abramowski z Brzozowskim; nota bene analiza alienacji pracy jest w jego lekcji niezwykle pouczająca!) zniekształcił tandetny publicysta Engels, potem zaś Lenin ze Stalinem, o Mao i Pol Pocie już nawet nie wspominając, mam za jedną z najstraszliwszych katastrof w dziejach europejskich idei. Pamiętam oczywiście, że Kołakowski dowodził, iż ta katastrofa była nieunikniona w praktyce; ale też mam lewicowość bardziej za wskazanie moralne i szlachetny pomysł na pracę społeczną, niż za program polityczny. No, dzisiaj to stety-niestety oczywiste. Chyba, że Sławomir Sierakowski (lub ktoś inny) coś wymyśli, ale czekam już wiele lat i nic. A zdarzające się próby nawiązywania do rozwiązań przetestowanych w PRL, bez odpowiedzi na dwa pytania (dlaczego system tzw. „realnego socjalizmu” był ekonomicznie niewydolny i skąd wzięła się jego obsesyjna i opresyjna potrzeba tłumienia inicjatyw oddolnych, a wraz z nimi – wolności jednostki), wydają mi się grzebaniem w ruinach, w których wciąż jeszcze są niewybuchy. Co skądinąd obecnie ewidentnie praktykuje nie słaba lewicowa opozycja, tylko partia rządząca.

Wojtkiewicz
(Witold Wojtkiewicz: Manifestacja, 1905, źródło: cyfrowe.mnw.art.pl)

Spotkałem pięknych ludzi

strefasingla
(Zdjęcie ze strony strefasingla.pl)

    Kiedy jadąc samochodem miniemy Wrocław, kierując się na południe, wówczas przed nami wyrasta nagle na równinie pojedynczy wulkan. O ile mi wiadomo, to naprawdę wulkan [a jednak nie! patrz: http://www.jerzysosnowski.pl/?p=2162#comment-218039] , a poza tym miejsce pogańskich obrzędów, góra tajemnic, niepokojący gigant na tle spokojnego dotąd krajobrazu: Ślęża. Za każdym razem, kiedy ją widzę, zdaję sobie sprawę, że dalej rozciąga się Kraina Olgi.
    Ślęża jest jak legendarny Strażnik Progu, budzący lęk wartownik strzegący wejścia do zaczarowanej przestrzeni, dokąd może nas przepuścić, ale tylko pod warunkiem, że się przezwycięży swoją słabość: niechęć do konfrontowania się z tym, co z pozoru groźne. Po wielu podróżach w tę i z powrotem wydaje mi się Ślęża Strażnikiem przyjaznym, nie to, że bezzębnym, ale obdarzającym znajomego gościa spojrzeniem nieruchomym, w którym czai się porozumiewawczy błysk; mniej niż błysk, raczej symptomatyczna neutralność, jakby wykidajło, prezentujący dla debiutantów całą gamę znaków agresji (wściekły wzrok, szczerzenie zębów, prężenie muskułów i tak dalej), nagle witał kogoś całkowitą obojętnością, wyrażającą znacznie więcej sympatii, niż radosne rzucanie się na szyję w wykonaniu kogoś innego.
    Więc dalej, za Ślężą, rozpościera się zdumiewająca kraina pełna miasteczek z domkami porozrzucanymi na okolicznych wzgórzach jak klocki po zabawie olbrzymów, pełna dróg, które ni z tego ni z owego zanurzają się żmijowatymi zygzakami w leśne ostępy – jeszcze przed chwilą wśród cywilizacji, wiodą nas nagle w sam środek pierwotnej puszczy, żeby za kolejnym zakrętem nagle wyprowadzić na wysoczyznę, skąd widok znów nas cywilizacji przywraca, bo oto w dole kamieniołom, pastwiska, samotny kościółek pośrodku istniejącej kiedyś wsi – a potem znowu wąwóz, skryty w tunelu z drzew, i w jego ścianach wejścia do prawdziwych tuneli, gdzie jakoby ukryto przed kilkudziesięciu laty złoto i wszystkie dzieła sztuki, których nie umieliśmy się doliczyć po wojnie. Na obrzeżach zadbanych osad straszą opuszczone hale fabryczne, brane już przez przyrodę w posiadanie, przemykają nad głową niebotyczne wiadukty kolejowe, po których już nie jeżdżą pociągi, i znów jest miasteczko jak z obrazka, i znów serpentyny, potężne drzewa, chaszcze tak spotworniałe, że wydają się nietknięte od czasów, gdy ich przodka, pierwotne ziarenko, wysrał jakiś dinozaur. Na horyzoncie zarys dziwacznie płaskich gór, sielski strumyk, kapliczka z zatartym napisem, brzydki kurduplowaty piesek uśmiechnięty od ucha do ucha, czarna chmura zwołanego nie wiedzieć po co konwektyklu much, wieża ciśnień, znów jakieś zabudowania przemysłowe, mur po pałacu, którego nie ma, dziewiętnastowieczne zamczysko nad wodą, przepołowione jak weselny tort.
    No i ludzie, którzy ściągnęli tu zewsząd, na miejsce poprzednich mieszkańców, wywiezionych na Zachód, jakoby do siebie, choć uczciwie mówiąc, u siebie to byli tutaj, i zostały po nich pieprzniczki i solniczki z napisem Pfeffer i Saltz, i talerze, i piece kaflowe, i fajansowe kufle, i sztućce o bogato rzeźbionych trzonkach, rzeczy, które wyrzuciłoby się z nienawiścią, ale nie było innych, więc niech tam. Przejęli je przybysze, każdy skądinąd, choć głównie z miejsc daleko na Wschodzie, gdzie oni z kolei byli u siebie, ale kazano im się wynieść (a to było najlepsze, co mogło ich tam spotkać). Choć zebrali się tutaj z tak rozmaitych stron, nabrali z czasem jakiegoś osobliwego podobieństwa, tknęło ich wszystkich dziwactwo niewątpliwie urocze i niewątpliwie dziwaczne. Może to złoża uranu, które podobno w niektórych miejscach są tak blisko gruntu, że na powierzchni powstają plackowate łysiny, na których nic nie chce rosnąć, może zatem to te złoża nieprzerwanym choć przefiltrowanym przez skały promieniowaniem wytworzyły rys, wspólny wielu mieszkańcom tej krainy. A może jest inaczej, tak, jak w wielu swoich powieściach opowiada Olga, że rzeczywistość poddaje się wyobraźni, ulega jej dyktatowi – i tych dwunastu czy sześćdziesięciu olśniewająco jurodiwych podporządkowało sobie resztę i zamiast malować, pisać wiersze czy powieści, albo układać piosenki (choć nieraz to wszystko także robią) urządzili po swojemu ten kawałek świata.
    Pani Beata, właścicielka sklepów z wędlinami, która oświadcza, że właściwie wszystko już z mężem mają, więc niech teraz z ich pieniędzy powstają miejsca i dzieją się wydarzenia, pozwalające się spotkać miejscowym i przyjezdnym. Pani Henia, która wymknęła się śmiertelnej (zdawałoby się) chorobie i od lat pomaga zakonnicom prowadzić ośrodek dla dzieci, urodzonych z nieuleczalnymi wadami genetycznymi, skutecznie domagała się zmian w prawie, żeby te dzieci nie przymierały głodem, a teraz współorganizuje festiwal artystyczny. Pani Gabrysia, która uczyła w tutejszej szkole podstawowej, kiedy tę szkołę zamknięto obraziła się na Kotlinę i stąd wyjechała, ale gdy tylko okazało się, że szukają tu kogoś, kto by zajął się kulturą w gminie – wróciła i doprowadziła do tego, że dawny kościół ewangelicki, lege artis zdesakralizowany wiele dekad temu i zamieniony na sklep gieesu, teraz stał się muzeum. Ala i Jurek, środkowopolscy chemicy, czytający wszystko, co jest do przeczytania (marzenie współczesnego pisarza!), którzy zamienili rozpadającą się ruderę w przepiękny dom, gdzie gościnnie przyjmują grillem dziwaków, gotowych godzinami rozmawiać o literaturze i sztuce. Pan Zbyszek, nauczyciel jak ze wspomnień Makuszyńskiego, z zawodu historyk, a z zamiłowania geograf, który podchwytuje ideę, by po okolicznych górach wytyczyć szlak, znaczony cytatami z utworów Olgi Tokarczuk i Karola Maliszewskiego oraz zapierającymi dech w piersiach punktami widokowymi. Pan Jarek, który łączy pracę urzędnika od kultury z rolą barda, śpiewającego swoje piosenki to solo, przy gitarze, to z zespołem, który nazywa się, jakżeby inaczej, Bieguni, na cześć powieści Olgi. Pan Darek, który pisze wiersze, ale przy każdej publikacji wymaga od wydawcy, żeby nie ciągał go po spotkaniach autorskich i nie zgłaszał jego książek do nagród literackich, bo literatura ma być okazją do spotkań intymnych, a nie kolejnym wyścigiem. Sama Olga i jej mąż Grzegorz, w których towarzystwie człowiek się czuje lepszy i mądrzejszy, niż naprawdę. I jeszcze wielu innych ludzi, wokół których zgromadziła się (na razie) blisko setka entuzjastów, a entuzjastom tym przez cztery dni festiwalu Góry Literatury chciało się codziennie jeździć a to do Nowej Rudy, a to do Ludwikowic, a to do Krajanowa, rozmawiać o książkach i dziejach, o obrazach i performance’ach, i słuchać muzyki – a to wszystko nie jest dla nich od-biedy-rozrywką w braku innych zajęć, ale uzasadnieniem tego, że się pracuje, zarabia, krząta i hoduje kwiaty w przydomowych ogródkach.
    Nic dziwnego, że to zgromadzenie ściągnęło z dalszych stron wspaniałych gości. Był Karol Modzelewski, kwintesencja tego, co piękne w polskiej tradycji lewicowej, chodzący pomnik historii najnowszej, tej prawdziwej, a nie wmawianej nam obecnie, a przy tym człowiek skromny i bezpośredni; Rainer Sachs, konsul RFN we Wrocławiu, pięknie mówiący po polsku, który po kilkudziesięciu latach (!) starań doprowadza właśnie do publikacji 600-stronicowego pamiętnika z XVI wieku, w którym pewien Niemiec opowiada o Polakach i Niemcach, i o Dolnym Śląsku, tak zupełnie inaczej, niż to przedstawiano w dwudziestym stuleciu, że hitlerowcy musieli ocenzurować tekst, żeby wydać ten pomnik literatury niemieckiej (polski przekład będzie zrobiony na podstawie wersji oryginalnej); pan Jiri Cervenka, poeta i tłumacz literatury polskiej, a za komunizmu robotnik leśny i przemytnik (!), którego wiersze po raz pierwszy spolszczył właśnie Karol Maliszewski, a wydał w swojej jednoosobowej oficynie Jacek Podsiadło; sam Karol, potrafiący – nie wiem, jak to mu się udaje – mówić z patosem, a mimo to przekonująco; Zbigniew Kruszyński, prozaik i tłumacz, niezrównany ironista; Jacek Dehnel, którego powieść „Krivoklat” właśnie czytam i niniejszy tekst stanowi oczywisty skutek tej lektury, mnie samemu bowiem nie przyszłoby do głowy aż tak wydłużać polskie zdanie, a teraz nie mogę przestać; Piotr Tarczyński, jego partner życiowy i artystyczny, z którym na spółkę powołali do życia autorkę kryminałów, Marylę Szymiczkową; Antonia Lloyd-Jones, przybliżająca naszą literaturę czytelnikowi brytyjskiemu; Słowaczka Swietłana Sarkijasjonowa, Bośniaczka Ajda Mujacić i Ewa Żurakowska (pierwsze dwa nazwiska zapisałem ze słuchu, przepraszam, jeśli błędnie), trzy rewelacyjne śpiewaczki, które na polach ponad domem Olgi dały koncert pieśni ludowych, taki, że jego echa może wciąż krążą między wzgórzami; i to nie wszystko, bo byli jeszcze Agnieszka Urbańska, Justyna Sobolewska, Justyna Czechowska, Magda Jethon i Ireneusz Grin. To, że znalazłem się wśród nich, było wielkim zaszczytem.
    W czasach, które z tygodnia na tydzień wydają mi się coraz bardziej paskudne, spotkałem pięknych ludzi. Jaka ulga. Zaczerpnięcie powietrza.

Kolejne futbolowe linki

    Kiedyś, podczas jakichś mistrzostw, ze strony Gościa (rodzaj żeński) padła pochwała, że na tym blogu nie ma słowa o piłce nożnej. W tym roku, za sprawą Euro (i Laboratorium Więzi) – odmienna strategia: nic, tylko piłka. Oto kolejne trzy linki do moich komentarzy:
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/23/wiara-wola-i-pilka/
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/28/hymny-i-tradycje/
http://laboratorium.wiez.pl/2016/07/04/cwiercfinaly-cztery-dramaty/

Pożegnania

    Dziś w Alei Radiowej Trójki moje koleżanki i koledzy z radia urządzili miłe pożegnanie Tomkowi Ławnickiemu i mnie, a w naszych osobach – wszystkim, którzy Trójkę opuścili w ciągu minionego pół roku (dziękuję!). Miałem do tego pomysłu stosunek sceptyczny, bo pomyślałem sobie, że jeśli obecna sytuacja to przygoda tyleż nieprzyjemna, co – jak wielu z nas wciąż myśli – krótkotrwała, to potem powrót będzie łączył się z zakłopotaniem: Tak mnie pięknie pożegnali, a ja co, jojo? Ale było sympatycznie, a poza tym z tą krótkotrwałością sprawa nie jest oczywista. Klimat się raczej zaciemnia, niż rozjaśnia. Przy tym mam wprawdzie poczucie, że sam spadłem na cztery łapy, mam co robić itd., niemniej muszę przyznać: traumatycznym doświadczeniem jest, kiedy uczestniczysz w świetnym zespole, sam też zdajesz sobie sprawę bez fałszywej skromności, że robisz coś na poziomie, a potem ni z tego ni z owego przychodzą na szefów w twojej firmie ludzie, których niekompetencji odpowiada jedynie zuchwałość, a sam zespół dostaje w ręce gość, który z Pisma Świętego nauczył się przede wszystkim gestu Piłata (w uwspółcześnionej wersji: „To są decyzje Zarządu”). Dlatego w dającym się przewidzieć czasie nie bardzo mi spieszno do bycia podwładnym kolejnego szefa, który niezależnie od tego, jak będzie dobry, może w każdej chwili zostać wymieniony na uśmiechającą się niemądrze marionetkę, gdziekolwiek to miałoby być.
    Swoją drogą przypomniała mi się historia, o której pisałem jeszcze w latach 90., kompletnie nieświadom jej możliwych znaczeń (to zabawne – właśnie odkryłem, że tego eseju pt. „Macchiavelli przychodzi później”, opublikowanego w „Dialogu”, nie przedrukowałem w żadnej książce; zdaje się, że jego fragmencik znalazł się tylko w powieści „Prąd zatokowy” jako artykuł jednej z bohaterek). Otóż w końcu XV wieku we Florencji pojawił się pewien dominikanin, nazwiskiem Savonarola. Postanowił on nakłonić mieszkańców, by porzucili swoje obrzydliwie liberalne obyczaje. Namówił więc na przykład radę miasta, by odtąd kłamców karać, przybijając im języki do blatów stołów, i by powołać do życia tajną policję złożoną z… dzieci, bo są naturalnie ciekawe i wszędzie zajrzą, a nikt na nie uwagi nie zwraca. Cudzołożników, jeśli pamiętam, umieszczano w klatce na kołach i wożono nago po mieście (nie jestem pewien, czy w przypadku recydywy nie wsadzano do lochu). Niszczono obrazy (w ten sposób spłonęło m.in. niemało dzieł Botticellego, zresztą z inicjatywy samego malarza, który wystraszył się możliwego oskarżenia o homoseksualizm, karanego przez stronników Savonaroli najsurowiej). Przestępstwem było też zamykanie się na klucz; gdyż, jak uczył Savonarola, jeśli zamykacie się na klucz, macie widocznie zamiar robić coś, czego się wstydzicie, wstyd stanowi niezawodny głos sumienia, a zatem chcecie robić coś grzesznego, a więc należy was ukarać, CBDO. Zwracam uwagę, że Savonarola był, jak na owe czasy, niezmiernie ludzkim przywódcą – zresztą nieformalnym, nie miał przecież żadnego stanowiska politycznego – gdyż wprawdzie torturował, ale nie uśmiercał.
    Tyle, że władze Florencji wybierano w głosowaniu demokratycznym, czego ten nieprzejednany wróg zła nie ośmielił się podważyć. Dlatego po bodaj czterech latach, w kolejnym głosowaniu, lud odwołał jego zwolenników w radzie miasta, jej nowy skład Savonarolę uwięził, a potem na wszelki wypadek spalił na stosie.
    Ta opowieść nie oznacza, że wezbrały we mnie krwiożercze instynkty. Mam tylko nadzieję, że „spisane będą czyny i rozmowy”, jak mówi poeta.
    Znikam tymczasem w użyczanej nam co roku przez rodzinę żony pustelni mazurskiej. Może zacznę tam pisać książkę. Na pewno poczytam sobie trochę kryminałów i książkę o teologii apofatycznej, będę gadał leniwie z Ukochaną, obejrzymy wspólnie resztę Euro i pogapimy się na przyrodę. Takie plany.
    Good bye.

Futbolowe linki

    No dobrze, nie milczę tak całkiem :) Na stronie „LABORATORIUM WIĘŹ” publikuję omówienia tego, co dzieje się na Euro. Do tej pory napisałem dwa komentarze:
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/10/2461/
http://laboratorium.wiez.pl/2016/06/15/futbol-jako-sztuka-czysta/
    Te linki umieszczam, sprowokowany komentarzem pana Tomasza, dziękuję!

Silentium futbolum

    Zamilkłem, znieruchomiałem, spędzam czas głównie przed telewizorem, gdzie oglądam turniej Euro 2016. Trwa u mnie „silentium futbolum”, które to określenie zawdzięczam inwencji uczestników kursu dla lektorów Archidiecezji Warszawskiej: w 1980 roku, w Magdalence, kiedy usłyszeliśmy, że zwykła cisza nocna jest nazywana przez księży Hassa i Kądzielę elegancko (z domieszką ironii) „silentium religiosum”, ktoś z nas wypalił, że gdy siostry podają w stołówce obiad, zapada „silentium apetitum”. No, w każdym razie chciałem się wytłumaczyć z „silentium” na tym blogu.
    Choć akurat dziś wypada mi wychynąć z gawry, bo o 17:00 będę miał zaszczyt uczestniczyć w miłej uroczystości. „Sen sów” otrzymał tytuł „książki maja” Warszawskiej Premiery Literackiej. Odbieram zatem nagrodę w Klubie Księgarza na Starówce, a szczególnie cieszę się, że fragment powieści usłyszę w interpretacji Wojciecha Malajkata.

Życie pewnego młodzieńca

skanowanie0003
    To jest Witek. Przypuszczam, że ma na tym zdjęciu jakieś szesnaście-siedemnaście lat. Może właśnie wtedy jego ojciec, profesor SGGW, sprezentował mu pierwszą w życiu wizytówkę. Witek chodzi do gimnazjum i jest zafascynowany skautingiem. Związał się z nim jeszcze podczas wojny światowej. W klapie nosi krzyż harcerski, harcerski jest chyba także krawat, tzw. krajka. Jeśli ma lat szesnaście, to albo właśnie wybiera się jako żołnierz-ochotnik bronić Polski przed Armią Czerwoną, albo właśnie, po dwóch miesiącach walk, wrócił z frontu.
    Witek wykazuje uzdolnienia w kierunkach ścisłych, niebawem pójdzie na studia matematyczne. Jego hobby, nieodległym od zawodu, będzie teoria gier. Na obozie harcerskim nad Wigrami pozna wkrótce Marysię Jaroszewiczównę, z którą ożeni się przy braku większego entuzjazmu rodziny. Nie sposób już chyba wyjaśnić dzisiaj, o co szło. Marysia pochodziła z porządnej, herbowej szlachty, osiadłej na Litwie – urodziła się w Suwałkach w tym samym domu, co (odpowiednio wcześniej) Maria Konopnicka, więc z feudalnego punktu widzenia, odchodzącego co prawda w II RP do przeszłości, to ona popełniała mezalians, bo przodek Witka już w latach czterdziestych XIX wieku prowadził karczmę pod Łowiczem, czyli parał się zajęciem dla szlachcica, choćby zubożałego, mało odpowiednim. Ale odkąd ów Paweł wysłał syna Kaspra na studia prawnicze do warszawskiej Szkoły Głównej, w rodzinie ceniło się wykształcenie, a wybranka Witka miała tylko ukończoną pensję dla panien i jakiś kurs gospodarstwa domowego. Więc może w tym był problem. W każdym razie pobiorą się i będą mieli trójkę dzieci.
    Witek dostanie asystenturę na Politechnice Warszawskiej i, jak często bywało, zacznie dorabiać jako nauczyciel w szkołach średnich. Zamieszka z rodziną w kolonii Wawelberga na Woli; po pewnym czasie, gdy uzyska stopień doktorski, będzie go stać na wynajęcie mieszkania w śródmieściu, przy Filtrowej. W gimnazjum św. Stanisława Kostki, gdzie zacznie uczyć po narodzinach syna, będzie miał wśród uczniów pewnego Władka, który po latach napisze o nim ciepło we wspomnieniach. Uczeń nazywał się Bartoszewski.
    Witek ma poglądy nieco wolnomyślicielskie. W każdym razie jako ojciec rodziny będzie już na pewno agnostykiem, ale ponieważ uzna, że wychowanie katolickie jest dzieciom potrzebne, będzie chodzić przykładnie z żoną, synem i dwiema córkami co niedziela do kościoła, by w trakcie mszy rozmyślać o teorii gier. Witek jako instruktor harcerski (od pewnego momentu – komendant hufca Warszawa-Wola) konsekwentnie trzyma się jak najdalej od partii, ale generalnie popiera sanację. Kiedy dojdzie do konfliktu, zwanego „sprawą Władysława Ludwiga”, Witek, solidaryzując się ze zwalnianymi z ZHP harcmistrzami, wraz z kilkudziesięcioma innymi działaczami manifestacyjnie odda krzyż harcerski. Po klęsce wrześniowej założy z nimi konspiracyjną organizację „Wigry”, w której powierzą mu sprawy programowo-ideologiczne. Jednocześnie załatwi sobie pracę (realną? fikcyjną?) w jakimś urzędzie, co daje papiery, chroniące teoretycznie przed niektórymi przynajmniej represjami. Ale kiedy hitlerowcy zorganizują akcję AB, skierowaną przeciwko inteligencji warszawskiej, i we wrześniu 1940 roku przyjdą go aresztować, wzgardliwie nie będzie chciał tych papierów pokazać, mimo desperackich próśb żony. „Z bandytami się nie negocjuje”, powie i wyjdzie z nimi, i najbliżsi nigdy go już nie zobaczą. Listy z Auschwitz przestaną przychodzić po roku. Witek trafił do komanda więźniów, budującego eksperymentalną komorę gazową i prawdopodobnie został wyselekcjonowany do pierwszej egzekucji w tej komorze.
    Syn Witka, Andrzej, będzie moim ojcem.

skanowanie0004
Wizytówka prof. Jana Sosnowskiego i sporządzona wyraźnie w tej samej drukarni, podobną czcionką wizytówka Witolda. Tylko imię i nazwisko, więc właściciel był chyba jeszcze młodzieńcem bez stanowiska zawodowego czy społecznego.

skanowanie0002
Tu Witek już starszy, chyba w latach trzydziestych, być może w Mąchocicach, niewielkim majątku szwagra, prawdopodobnie z siostrą. Ale nie jestem pewien i raczej nie mam już kogo zapytać. Historią rodzinną często zaczynamy się interesować za późno.

Nie aż tak jubileuszowo

    Uniwersytet Warszawski obchodzi 200 lat. Zamiast wnikać w dość nieoczywiste przesłanki takiego rachunku (jako studenci byliśmy przekonani, że znaleźliśmy się na uczelni założonej w 1915 roku), wolę spełnić sugestię jednego z moich znajomych na FB i napisać trochę o moim pobycie w tym miejscu.
    Trwał on przez jakiś czas, bo przyjęty na polonistykę w 1981 roku, po dyplomie zostałem asystentem w Zakładzie Pozytywizmu i Młodej Polski, a z pracy tam zrezygnowałem w 1998 roku. W dodatku prawie zaraz po tym, jak zaczął się rok akademicki, wybuchł strajk, więc w dodatku przez miesiąc (12 listopada – 12 grudnia 1981) mieszkałem na wydziale. Z pewną emfazą mówiliśmy potem, że empirycznie potwierdziliśmy na sobie tezę Heideggera z wyboru jego pism „Budować, mieszkać, myśleć” (Heidegger był dla nas kimś takim, jak ćwierć wieku później Żiżek, nie wypadało się przyznawać, że się go nie zna lub nie rozumie). Zamieszkiwanie jakiejś przestrzeni nie jest mianowicie kwestią techniczną, lecz egzystencjalną, i buduje specyficzny rodzaj odpowiedzialności za tę przestrzeń. Faktycznie przez całe studia i jeszcze przez kilka lat po nich wiązała mnie z uniwersytecką polonistyką emocjonalna więź i nie uwierzyłbym, gdyby jasnowidz przepowiedział mi wówczas, że w końcu z własnej woli to miejsce porzucę.
    Trafiłem na UW w końcówce „karnawału Solidarności” i ożywienie polityczne było równie istotne, co ożywienie intelektualne. Przez kilka dni, które upłynęły, zanim zapisałem się do NZS-u, niecierpliwiłem się, dlaczego to tyle trwa (trzeba było poczekać na zebranie), a potem doświadczyłem okropnego rozczarowania, kiedy okazało się, że nie istnieją legitymacje, a znaczek można sobie kupić w kiosku… A jeszcze później odkryłem z nieprzyjemnym zdziwieniem, że środowisko studentów wydziału jest podzielone na grupę młodszą, enzetesowską, i starszą, skupioną wokół samorządu studenckiego. To były w dużym stopniu podziały towarzyskie, większą rolę, niż idee, odgrywały chyba charaktery – ale z dzisiejszej perspektywy wygląda to tak, jakbyśmy już bezwiednie przygotowywali podział dzisiejszy. Bo wśród samorządowców dominowały postawy liberalno-demokratyczne, a w NZS-ie górował konserwatyzm (niekoniecznie w sferze obyczajowej…) – i ja, przechodząc błyskawiczną szkółkę polityczną, a poniekąd i towarzyską (mikrosocjologiczną, jeśli tak to można nazwać), zorientowałem się jeszcze przed końcem strajku, że wylądowałem po niewłaściwej stronie sporu. Nie podaruję sobie i rzucę parę nazwisk, dzisiaj znanych: NZS to był w moich oczach przede wszystkim Andrzej Horubała, a krąg samorządowy tworzyli m.in. Beata Chmiel, Dorota Wellman, Beata Stasińska i prof. Dorota Siwicka (wtedy jeszcze nie profesor, ma się rozumieć), Jacek Kowalczyk i Krzysztof Kopczyński.
    Warszawska polonistyka, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, miała jeszcze niezagojone rany po marcu ’68. W praktyce wyglądało to tak, że mieliśmy fascynujących asystentów i adiunktów, natomiast co do profesury, to rozmaicie bywało. Oczywiście: prof. Jadwiga Puzynina, nasza Pani Dziekan, za którą wtedy byśmy w ogień skoczyli, prof. Jerzy Axer, prodziekan, prof. Jadwiga Sambor od językoznawstwa, o której plotkowało się, że jest skrytką (czyli bezhabitową zakonnicą – do dziś nie wiem, ile w tym było prawdy), prof. Adam Weinsberg, też językoznawca, no i prof. Andrzej Z. Makowiecki, który po Sierpniu mógł wrócić z wygnania w filii w Białymstoku, a który stał się moim opiekunem na Indywidualnym Toku Studiów, promotorem pracy magisterskiej i w końcu szefem. Natomiast najgoręcej przyjmowanych guru znajdowaliśmy wśród doktorów i magistrów. Najpierw oszołomił nas ówczesny magister Antoni Czyż, który prowadził fascynujące zajęcia z literatury staropolskiej, rozbijając wszelkie szuflady, któreśmy mieli urządzone w głowach przed maturą, i np. omawiając „Nadobną Paskwalinę” w kontekście Tadeusza Micińskiego, księdza Bakę jako preekspresjonistę, a „Somnus” Lubomirskiego mieszając z surrealizmem. Potem, jeśli chodzi o mój osobisty krąg, przyszła pora na Tadeusza Komendanta, w którym widzieliśmy kogoś intelektualnie elektryzującego, a przy tym mającego coś z (eleganckiego) antychrysta, jakby wychynął z kart „Biesów” Dostojewskiego. To, zdaje się, jedyny mężczyzna, któremu wyznałem miłość, co prawda po pijanemu i to będąc pijanym do tego stopnia, że sam tego nie pamiętam i z wahaniem wierzę świadectwu mojej ówczesnej dziewczyny, która – jeśli to prawda – musiała słuchać mojego wyznania, nota bene podczas imprezy w domu Tadeusza, w osłupieniu, choć chyba podzielała w niemałym stopniu moje uczucia. Nota bene to Tadeusz wyleczył mnie, nie bez trudu, z zachwytu strukturalizmem i z przekonania, że najwspanialszą książką humanistyczną jest pełna wykresów, wzorów i procentów „Poetyka teoretyczna” Marii Renaty Mayenowej. W tym okresie książki Marii Janion wydawały mi się jakieś takie… pozbawione dyscypliny, meandryczne, niepokojąco dowolne we wnioskach (widzę, co napisałem; to rekonstrukcja stanu świadomości sprzed trzydziestu lat). A co dopiero Foucault, Derrida albo Sollers, których czytaliśmy, może jako pierwsi w Polsce, w roboczych tłumaczeniach Komendanta, we fragmentach rozsianych po antologiach i w „Literaturze Na Świecie”, albo po angielsku (francuskiego zacząłem się uczyć po studiach).
    Tuż po dyplomie los mnie zetknął jeszcze z ówczesnym doktorem Andrzejem Mencwelem, genialnym rozmówcą, samymi pytaniami rozszerzającym horyzonty. Moje koleżanki i koledzy zapatrzeni byli w Michała Boniego, Maćka Zalewskiego, Andrzeja Fabianowskiego, śp. Eligiusza Szymanisa, Wincentego Grajewskiego, Leszka Kolankiewicza… Pamiętam, że na zajęcia do tego ostatniego przyszedł tak potworny tłum, że Kolankiewicz chyba celowo przez pierwsze tygodnie zadawał możliwie grube i możliwie nudne lektury, żeby to towarzystwo się przerzedziło. Z zakłopotaniem przyznaję, że należałem do tych małej wiary, którzy odpadli.
    Intrygujące osoby prowadziły obowiązkowe zajęcia uzupełniające. Nie mówię o politologii, bo to był koszmar (prawie jak studium wojskowe), ale socjologii uczył nas śp. dr Jacek Tarkowski (ważna postać w środowisku opozycji) i ówczesny doktor Ireneusz Krzemiński, którego ironia działała mi okropnie na nerwy, zwłaszcza kiedy – orientując się, bestia, że mnie drażni i widząc we mnie słusznie okropnie przemądrzałego młodzieńca – zaczął do mnie mówić „żabciu” 😀 , a którego polubiłem wiele lat później, wreszcie ekonomię wykładał zmarły niedawno prof. Jacek Kochanowicz, czyniący to tak, że choć jako student z indywidualnym tokiem mogłem sobie jego zajęcia podarować, chodziłem na nie, żeby podpatrzeć, jak się wykłada (liczyłem już wtedy na etat na uczelni).
    Po 13 grudnia natknęliśmy się na zjawisko, świadczące, że świat nie chce podporządkowywać się prostym podziałom. Wśród naszych nauczycieli byli ludzie, których zdążyliśmy polubić, i z drżeniem czekaliśmy po powrocie na uczelnię (chyba w lutym), którzy w sytuacji opresji opowiedzą się po właściwej stronie, a którzy po stronie reżimu. I na przykład przeuroczy specjalista od gramatyki, wówczas doktor Marek Świdziński, przychodził na zajęcia z małym opornikiem w klapie, czego się głośno nie komentowało, ale przynosiło to ulgę, natomiast z rozterką rejestrowaliśmy, że zupełnie inne są wybory świetnego dydaktycznie (ówczesnego) doktora Bogdana Owczarka od poetyki, a zwłaszcza dydaktycznie genialnego (ówczesnego) doktora Andrzeja Zieniewicza. Ten ostatni był w dodatku człowiekiem, którego nie dało się nie lubić: nie tylko prowadził rewelacyjne konwersatorium z poezji XX wieku, ale miał cudowne poczucie humoru i niezwykle bezpośredni stosunek do studenterii. Więc się go lubiło i odczuwało z tego powodu wyrzuty sumienia. Chłonęło się jego wiedzę o Żagarach i zarazem gryzło w język, gdy nieoczekiwanie zadawał pytanie, czy się wybieramy na kolejną manifestację przeciwko Jaruzelowi. Bo cholera wie, po co chciał to wiedzieć.
    Po dyplomie trzy osoby z naszego roku dostało etaty stażysty: dziewczyna, której nazwiska, wstyd powiedzieć, nie pamiętam, która parę lat później zginęła tragicznie z mężem i dziećmi w wypadku samochodowym w Szwecji, Jacek Zychowicz, który dziś jest zaciekle prawicowym publicystą, wcześniej miał epizod zdumiewającej mnie fascynacji marksizmem, a w czasie studiów wpędzał nas wszystkich w kompleksy niewiarygodną erudycją i sprawnością intelektualną („jak on zaczyna mówić, to to jest… demoniczne”, żalił mi się kolega, skądinąd agnostyk, więc w demony wierzyć nie powinien), no i ja. Miałem wrażenie, że złapałem Pana Boga za nogi, bo przed 1989 rokiem UW jawiło mi się jako enklawa, pozwalająca pracować uczciwie i w spokoju, jakby na innej planecie, niż reszta Polski. Otrzeźwienie przyszło wkrótce po 1989 roku. Najpierw trafiłem do grupy pracowników, która, korzystając z osiągniętej nareszcie autonomii uczelni, czego domagaliśmy się już jesienią 1981, miała przygotować zmiany w programie studiów. W trakcie jej obrad członkowie obrażali się na siebie kolejno, jak dzieci w piaskownicy, i w rezultacie owoce pracy przedstawialiśmy Radzie Wydziału już tylko we dwójkę: pani dziekan prof. Zofia Mitosek i ja, magister. Tamto posiedzenie Rady było jako bolesne otwieranie oczu do końca: nagle się okazało, że te wszystkie hasła, jak to trzeba uwolnić studenta i nawiązać do tradycji przedwojennej, przegrywają z pensum, paternalistycznym stosunkiem do młodzieży, a wreszcie z osobistymi ambicjami kierowników zakładów. Nieco później na zebraniu zakładu zgłosiłem nieśmiało postulat, żeby z listy tematów egzaminacyjnych wykreślić pytanie, „co to jest modernizm” (w rozumieniu Wyki), ponieważ pojawiło się pojęcie „postmodernizm”, które odwołuje się do innego rozumienia terminu „modernizm”, ono właśnie wygra i nie ma co robić studentom bałaganu w głowach. „Ale panie kolego – usłyszałem w odpowiedzi – ten cały postmodernizm to jakaś wydmuszka, przejściowa moda, kto to za chwilę będzie pamiętał, a książka profesora Wyki ma nieprzemijające znaczenie”. W końcu zostałem wyznaczony do protokołowania obron doktorskich i habilitacyjnych. A ponieważ zdaje mi się, że składałem jakąś przysięgę poufności, więc tu się pomiarkuję i powiem jedynie, że od tego momentu straciłem do uczelni serce. Zaczęło mi się zdawać, pewnie niesprawiedliwie, że pracę doktorską czyta jej autor, ewentualnie (!) promotor, może (!) recenzent… i to wszystko, a ja chciałem, żeby to, co napiszę, miało jakiś odbiór. Pierwszy rozdział mojej pracy doktorskiej liczył 300 stron, co oznaczało, że albo muszę go skrócić, albo czeka mnie napisanie 1200-stronicowego doktoratu, bo planowałem cztery rozdziały (obydwie perspektywy mnie trochę osłabiały, zwłaszcza przy założeniu, że znajdę najwyżej trzech czytelników, a i to bez gwarancji). Wkrótce usłyszałem zdanie, że do mojego etatu państwo dokłada tyle i tyle, co brzmiało jak z PRL-u, i miałem dość. Zwłaszcza, że za jeden odcinek telewizyjnego Pegaza, który wtedy prowadziłem, dostawałem więcej, niż za miesiąc pracy na Uniwersytecie (co niewątpliwie demoralizowało). A jeszcze mnie żona rzuciła i chciałem zacząć życie od nowa. I złożyłem wymówienie.
    Tu przerywam, bo oczywiście przypomina mi się coraz więcej anegdot, i grozi mi, że nie skończę do wieczora. A wieczorem – finał Ligi Mistrzów, przed którym jeszcze muszę napisać inny tekst…

polonistyka

Archeologia domowa. Odc. 3: samochody

    Teraz pora na to, co jeździ po ziemi.
    Najpierw niech idą modele do sklejania firmy Airfix: Daroque (w internecie nie ma śladu po takiej marce, więc może pamięć mnie zawodzi, ale tak tę nazwę zapamiętałem; model zakupiony został w kiosku pod nazwą „Sklep z artykułami zagranicznymi” na placu Trzech Krzyży, skleił go mój ojciec podczas wakacji w Kołobrzegu w 1970 roku i potem miał kłopot, bo jak to przewieźć w walizce zatłoczonym pociągiem do Warszawy?!), kabrio do przewożenia VIPów w czasie wojny (marki nie pamiętam) i chyba Bugatti. Te dwa ostatnie to już, zdaje się, moja produkcja.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DAROQUE?


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

SAMOCHÓD DLA VIPÓW, ARMIA BRYTYJSKA


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BUGATTI?

    Potem rewelacja początku lat 70., czyli RESORAK. Czy młodsi koledzy wiedzą, o co chodziło? Na reflektorach i felgach ślad zdobycia przez jedenastoletniego JS lakierów marki Humbrol…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Teraz jakieś maszyny budowlane. Koparka już zdefektowana, ale ma wciąż RUCHOME GĄSIENICE :) Mówiąc nawiasem, gdyby przed znalezieniem tych Obiektów ktoś znienacka zapytał mnie, czy miałem coś podobnego, powiedziałbym, że nie. Po czym otworzyłem pudełko, w którym były, i stało się coś dziwnego. Nie żadna Proustowska magdalenka, otwierająca zablokowaną pamięć, ale raczej śmieszne uczucie – jak ze snu – że to na pewno moje, ale na jakimś pobocznym torze czasu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Wreszcie komunikacja autobusowa. O piętrusach opowiadała babcia, która w 1972 roku pojechała do Londynu (!) do siostry ciotecznej, emigrantki wojennej. Zdaje mi się, że następną osobą, która z naszej szeroko pojętej rodziny pojechała na Zachód, byłem dopiero ja w 1989; nie liczę śp. Wuja Czarnej Owcy, który pracował w handlu zagranicznym i był jednak traktowany jako osoba z innego świata (także dlatego, że był w PZPR; żeby było zabawniej, po 1989 stał się zaciekłym prawicowcem, zapisał się do Towarzystwa Ziemiańskiego i zdarzało mu się rzucać teksty, które – gdyby nie ironiczny uśmieszek, nie schodzący mu z ust, przez co zawsze mógł powiedzieć, że żartował – należałoby uznać za antysemickie. Może zresztą należało, ale wuj to wuj, a przy tym miał kupę wdzięku. Choć i tak skłócił się w końcu z nami wszystkimi, nie o politykę bynajmniej. A potem nagle umarł i tyleśmy go widzieli).
    Ale miało być o piętrusach. Więc o piętrusy wypytałem sędziwą (miała wtedy 64 lata…) Podróżniczkę dokładnie i wkrótce dostałem poniższy model. A obok stoi wycieczkowy Ikarus. Prawdziwą atrakcją tego Ikarusa był fakt, że dawało się go na swój sposób otwierać. Do dziś nie wiem, czy celowo, czy po prostu w fabryce zabrakło kleju…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Zdaje się, że w piwnicy coś jeszcze mam, ale chwilowo nie pamiętam, na której półce. Więc będzie dalszy ciąg, ale nie wiem kiedy.