Przerwa wakacyjna (część druga)

    A zatem oddalam się (na jakiś czas).

20160814_122424

    Do przeczytania w końcu sierpnia!

Rozliczenie nocne

    Nikt nie lubi, kiedy ktoś robi z niego głupka. Pewnie dlatego, mimo przespania problemu, ten cały czas za mną chodzi.
    Było tak: wczoraj późno w nocy znalazłem na FB materiał sugerujący, że PiS przygotowuje na jesień tzw. ustawę depozytową, przywracającą znany z PRL obowiązek zdawania paszportów po powrocie z zagranicy do wyznaczonego urzędu. Nie dowierzając, ale jednak czując niepokój, zacząłem szukać źródła i dotarłem do felietonu na internetowej stronie Wyborczej, którego autorką była nieznana mi bliżej pani Jola Sacewicz. Na FB umieściłem zatem wpis z apelem, żeby ktoś tę informację zweryfikował i, gdyby była prawdziwa, podniósł alarm. Po kilkunastu minutach miałem już odpowiedź: jeśli bardzo uważnie ów felieton czytać, można się pod koniec zorientować, że to rodzaj political-fiction, które na zmyślonych przykładach ilustruje, jakie MOGĄ być konsekwencje paraliżu Trybunału Konstytucyjnego.
    Ale co się dzieje dalej: ten mój apel zaczyna być na FB powielany i szerzony („szerowany”) już bez wyjaśnień pod nim, czyli zaczyna funkcjonować nie jako pytanie, czy projekt „ustawy depozytowej” to autentyk, lecz jako alarm, że owszem. Równocześnie inni internauci powielają go z komentarzem, że Sosnowski zwariował i niebawem uwierzy, że Jarosław Kaczyński ma rogi, ogon i racicę (jedną). Niespecjalnie mnie pocieszyło, że przynajmniej w jednym komentarzu przy moim nazwisku było słówko „nawet” („nawet Sosnowski zwariował”).
    Zirytowany zatem na redakcję internetowego wydania „Wyborczej”, bo ewidentnie mnie podpuściła, przez noc zastanawiałem się – no, nie przez całą; wtedy, gdy akurat nie spałem – dlaczego byłem gotów w ten „fake” uwierzyć. Żeby w tym punkcie nie było nieporozumień: uważam, że jesteśmy w tej chwili tak na siebie wściekli (my – przeciwnicy PiSu na jego zwolenników i odwrotnie), że dolewanie oliwy do ognia za pomocą podobnych felietonów jest haniebne. Z drugiej wszakże strony bez wysiłku przypomniałem sobie takie oto realne posunięcia (wykonane bądź planowane w najbliższym czasie) obecnych władz:
1. scalenie TVP i Polskiego Radia (planowane) i podporządkowanie ich rządowi (wykonane pod kiepskim kamuflażem) – co jest pomysłem rodem z PRL, bo to się nazywało Radiokomitet;
2. odtworzenie peerelowskiej struktury władzy z przywódcą państwa w postaci szefa partii, któremu podporządkowani są w praktyce prezydent i premier (w PRL byli to odpowiednio: I sekretarz KC PZPR, przewodniczący Rady Państwa i premier);
3. przekształcenie Wiadomości TVP 1 w program propagandowy, bardzo zbliżony w poetyce do Dziennika TVP z lat 80., czyli znów z okresu PRL-u;
4. konsekwentne przedstawianie przeciwników obecnych władz jako przeciwników narodu (tak w przemówieniach prezesa PiS oraz w wystąpieniach zafascynowanych nim dziennikarzy), co niezwykle przypomina sposób, w jaki propaganda PRL przedstawiała „dysydentów”;
5. liczne zmiany w przepisach, przenoszące decyzje jak najwyżej, czyli dążenie do powtórnej centralizacji państwa – powtórnej, bo w okresie PRL-u było ono scentralizowane;
6. wielomiesięczna akcja zmierzająca do sparaliżowania Trybunału Konstytucyjnego, czego efektem musi być zamienienie Konstytucji RP w zbiór ładnie brzmiących haseł bez praktycznego znaczenia – czyli nadanie jej dokładnie tego samego statusu, jaki miała Konstytucja PRL;
7. wprowadzanie elementów cenzury (w tej mierze, w jakiej to możliwe wobec istnienia internetu i mediów prywatnych) – np. działania ministra kultury wobec spektaklu we wrocławskim Teatrze Polskim, narzucenie ściśle zdefiniowanej linii postępowania Instytutom Polskim, sekowanie tłumaczeń niesprzyjających władzom pisarzy poprzez wycofanie dotacji, usunięcie z mediów rządowych dziennikarzy, którym władze nie mogą ufać itd. – a instytucja cenzury to przecież jeden z filarów systemu władzy w PRL;
8. umizgi do skrajnej prawicy (vide: wypowiedzi min. Zaleskiej o Jedwabnem, licznych polityków PiS na temat kiboli) – co przypomina okres 1967-1968, na szczęście toutes proportions gardées, jak dotąd;
9. wznowienie gomułkowskiej z ducha wizji Niemiec jako jednego z podstawowych zagrożeń polskiej niepodległości, co zresztą jest jawnym anachronizmem;
10. podporządkowanie prokuratury generalnej ministrowi sprawiedliwości, co znów odtwarza element struktury władzy w PRL;
11. wprowadzenie kultu przywódcy (to zostawmy bez komentarza, bo oczywisty);
12. zlikwidowanie do reszty OFE (co zaczęła PO, tracąc we mnie definitywnie swojego wyborcę) i przywrócenie nieefektywnego ZUS-u, od czego po 89 roku udało się odejść;
13. planowane stworzenie uzbrojonych oddziałów Obrony Terytorialnej, do których mogliby wejść członkowie ugrupowań skrajnie prawicowych, co jest pomysłem GORSZYM, niż pomysły PRL-owskie.
    To chyba nawet nie wszystko, ale na trzynastym punkcie się zatrzymajmy. Oto kontekst, w którym na nieprawdziwą informację o planowanym pozbawieniu obywateli swobody podróżowania człowiek, broniący się przed histerią, myśli „to niemożliwe”, ale jednak postanawia sprawdzić, czy coś nie jest na rzeczy. Zwolennikowi władz sytuacja, w której trudno już odróżnić zarzut absurdalny (!) od rzeczywistego, powinna chyba dać do myślenia. Co nie zmienia faktu, że redaktor, który puścił wspomnianą na początku publikację pani Joli Sacewicz, powinien napić się zimnej wody, że o kompresie na głowę nie wspomnę.

My Best Friend’s Wedding

    Obejrzeliśmy sobie – nie pierwszy raz – „Mój chłopak się żeni”. No dobrze, sam wyrzekam na komedie romantyczne, ale dla kilku robię wyjątek. A tu w dodatku jest Ruppert Everett. Czasem mi się zdaje, że ta piękna rola robi więcej dla równouprawnienia homoseksualistów niż niejedna manifestacja.
    Przy okazji Andrzej Walczak podesłał mi polski tekst piosenki Burta Bacharacha i Hala Davida „I Say a Little Prayer”, która odgrywa tu ważną rolę. W przededniu wyjazdu na dalszy ciąg wakacji pozwalam sobie Państwu ten tekst ofiarować. Można śpiewać – słowa dopasowane są do wersji Dione Warwick. (A jeśli wolno mi Walczaka pochwalić, rozkład rytmiczny słów w refrenie to była niełatwa łamigłówka…).

Gdy tylko się budzę,
I w lustro spoglądam dłużej
Do ciebie cicho modlę się
Gdy włosy układam
I myślę, co włożyć z rana
Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Na tramwaj wychodzę
I o nas rozmyślam w drodze
Do ciebie cicho modlę się
Gdy w pracy czas trawię
A zawsze gdy piję kawę
Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Do ciebie cicho modlę się

Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Kochanie, dziś uwierz
Że nikt się nie liczy
jak ty
Kochaj mnie więc
Tak zakochałam się
Odpowiedz mi,
Że kochasz także ty

Codziennie, przecież to wiesz,
Co dzień do ciebie cicho modlę się
Co dzień co dzień do ciebie modlę się

Wyznania byłego nauczyciela

    Ostatnio trudno mi nie myśleć na nowy sposób o latach, kiedy byłem nauczycielem w szkole średniej. A to w związku z powtarzającymi się informacjami, że znaczna część młodzieży w Polsce opowiada się za prawicą i to w jej ekstremalnym, nacjonalistycznym (a nie konserwatywnym) kształcie. Co prawda nie wiem nic o tym, żeby przydarzyło się to któremuś z moich wychowanków. Ale nie mogę tego wykluczyć, bo ich dalsze losy śledzę tylko o tyle, o ile niektórzy nawiązali ze mną kontakt przez FB. Zresztą nawet jeśli oni akurat nie ulegli ekstremistycznej pokusie, to niewiele zmienia, bo byłem uczestnikiem pewnego projektu edukacyjnego, z moim sposobem uczenia nie odstawałem chyba nadmiernie od krajowej normy (mam nadzieję, że w przyzwoitym wydaniu), więc i tak pozostaje pytanie, co NAM się nie udało. Czego nie wzięliśmy pod uwagę. Gdzie popełniliśmy błędy.
    W szkole, w której uczyłem, ważna była zasada, że nauczyciel nie jest od prowadzenia politycznej indoktrynacji. Granica między polityczną indoktrynacją a wychowaniem zorientowanym na jakieś określone wartości nie jest jednak czytelna: to znaczy łatwo odróżnić od siebie przypadki skrajne, ale na terenie przygranicznym pojawia się mgła nieokreśloności: co jeszcze wolno, a czego już nie. Przypuszczam, że więcej było we mnie lęku, że zacznę indoktrynować, niż lęku, że moje wychowywanie będzie zbyt „czyste”, zbyt oderwane od politycznego konkretu – co siłą rzeczy oddalało mnie od wypowiedzi na tematy bieżące. Jeśli i inni nauczyciele tak mieli, mogło to nas wstrzymywać przed mówieniem tego, co jednak należało powiedzieć.
    Przy tym podzielaliśmy chyba wszyscy dwa przekonania, z których jedno wydaje mi się dzisiaj mylne na pewno, a drugie – być może. Pierwsze – to żywe w latach 90. (uczyłem od 1995 do 2002 roku) uznanie uczuć patriotycznych za tyleż oczywiste, co intymne. Ktoś, kto często na swoich wargach ma imię Ojczyzny, był dla nas kimś takim, jak gość, który wszystkich dokoła zapewnia, że kocha swoją mamę: niby urocze, a jednak trochę żenujące, a ostatecznie wręcz podejrzane, że o tym ciągle gada. W dodatku mieliśmy w świeżej pamięci niemiłosierne wykorzystywanie motywów patriotycznych w propagandzie jaruzelskiej i przez to ich formy wyrazu były w naszych oczach w niemałym stopniu skompromitowane. Pamiętam, jak już po moim odejściu ze szkoły z jakiejś ankiety rozpisanej wśród uczniów wynikło, że zdaniem uczniów w szkole na akademiach należałoby śpiewać hymn – i jakie okrągłe oczy mieli nauczyciele (łącznie ze mną), bo na podstawie własnej edukacji uważaliśmy śpiewanie hymnu na apelach za pusty rytuał, któremu przeciwstawialiśmy zresztą pozasystemowe formy wyrazu (wspominałem tu już kiedyś, jak młodzież, którą przy Mazurku Dąbrowskiego podrywał do postawy na baczność pan od Przysposobienia Obronnego, manifestacyjnie wstała sama, kiedy podczas akademii szkolnej zaśpiewaliśmy Rotę). Więc jeśli teraz czytam, że niezagospodarowany przez środowiska liberalne teren skolonizowała radykalna prawica, to myślę ze smutkiem, że tak, tę winę muszę wziąć także na siebie, choć intencje mieliśmy szlachetne. Ale dobrymi chęciami wybrukowane jest, jak wiadomo, piekło.
    Drugie przekonanie, którego bym dzisiaj mimo wszystko ciągle jeszcze trochę bronił, wiązało się z wiarą w przekonującą moc samych faktów. Że, innymi słowy, nie wszystko musi zostać dopowiedziane do końca, stać się przedmiotem wykładu, gdyż wynika pośrednio z tego, co w ogóle mówimy i jak się w ogóle zachowujemy. Na przykład dyskusję na temat antysemityzmu na moich lekcjach pamiętam tylko jedną, gdy omawiając „Nie-boską komedię” Krasińskiego usłyszałem z ust jednego z moich uczniów jakieś słowa ewidentnie wrogie Żydom. A przecież o „Nie-boskiej komedii” mówiłem co roku, i co roku coś trzeba było zrobić z ewidentnie niegodziwym wątkiem „przechrztów” w tym skądinąd genialnym tekście. Ale to się działo mimochodem. Dziś zapewne mówiłbym mocniej: nienawiść jest trująca zarówno dla psychiki indywidualnej, jak zbiorowej; po Holokauście poglądy antysemickie (czy „judeosceptyczne”, bo tak teraz przedstawiają się zwykle antysemici) oznaczają stanięcie w jednym szeregu z oprawcami z Babiego Jaru i Treblinki; kategoria „Żyda” w dyskursie antysemickim jest nieostra, zgodnie z przypisywanym bodaj Goebbelsowi powiedzeniem „to ja decyduję, kto jest Żydem, a kto nie” (żaden z myszkujących podejrzliwie po naszych drzewach genealogicznych nie będzie twierdził, że Matejko był Czechem, a Zanussi – Włochem); i tak dalej. Nie przypuszczam również, bym traktował wtedy, kilkanaście lat temu, jako osobny temat kwestię miejsca, jakie w hierarchii wartości winien zajmować naród: wysokiego, ale nie najwyższego, nie absolutnego! Choć zdaje mi się, że niejako przy okazji nie mogłem o tym nie wspominać. Klasyka literatury polskiej, od mesjanizmu Mickiewicza, przez myśl krytyczną Wyspiańskiego, po Gombrowicza, Białoszewskiego i Mrożka stwarza bez przerwy okazję, by uodparniać na sprowadzanie osoby ludzkiej do komórki narodowego organizmu. I to w końcu Norwid (a nie np. Gombrowicz) pisał, że „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł”, więc to człowieczeństwo należy rozwijać w sobie, gdyż polskość jest już spontanicznie rozwinięta, może aż nadto. Już poza programem szkolnym mieściła się genialna uwaga Micińskiego – ale chyba zdarzyło mi się ją przytaczać – „Cóż jest być Polakiem, jak że stać się sobą?”.
    Co teraz robić z całym tym pasztetem (w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” pisze o nim przejmująco Magdalena Kicińska)? Coraz częściej wracam myślami do pozytywistów i ich koncepcji „pracy u podstaw”. Z powrotem do fundamentów. Jasno mówić, w co się wierzy. Przypominać fakty (np. ten, że to polityka nacjonalistów – z obu stron zresztą, ale to nasi zaczęli – przygotowała straszliwą rzeź wołyńską). Internet to niezłe miejsce. Zaglądają do niego nie tylko ci, którzy mają już jedynie swoje niewzruszone przekonania – także ci, których głowy są jeszcze otwarte.

Zapraszam do Kołobrzegu!

    To będzie wyglądało tak: w sobotę 6 sierpnia o 17:00 w kawiarni Trio Molo Cafe na główce mola spacerowego Baszka Marcinik będzie rozmawiać ze mną o mojej powieści „Sen sów”, której akcja rozgrywa się w Kołobrzegu, i – jak zapowiada – o Kołobrzegu w ogóle.
    Nazajutrz w tym samym miejscu o 17:00 ja będę rozmawiał z Wojciechem Fułkiem o ostatniej książce ojca polskiego big-beatu, zmarłego w październiku ubiegłego roku Franciszka Walickiego. Tytuł książki: Franciszek Walicki WE WSPOMNIENIACH ANIOŁA STRÓŻA.
    Gorąco zapraszam. Podobno, gdyby padało, w Trio Molo Cafe mają daszek? parasole? – coś w każdym razie przeciwdeszczowego. Nie wiem dokładnie, bo kawiarnię otwarto po moim ostatnim pobycie w tym mieście. Ale, jakkolwiek prognozy są umiarkowanie korzystne, w Kołobrzegu żadne i tak się nie sprawdzają, skoro jest tam siedem stref klimatycznych :) Ahoj, przygodo!

Literacki Kolobrzeg

Wewnętrznie

    Od lat 1 sierpnia wywieszałem biało-czerwoną flagę. O 17:00 zwykle byłem w domu; na dźwięk syren wychodziliśmy z Ukochaną na balkon i na tę minutę „zaciągaliśmy wartę”. Na blogu broniłem Powstania przed krytykami; przy całym tragizmie 1944 roku uważałem i uważam, że wobec absolutnej presji absolutnego zła – to nie jest wcale taki częsty przypadek w dziejach – słusznie trzeba było dać świadectwo, że wolność nie ma ceny.
    To wyliczenie to nie lista żadnych, pożal się Boże, zasług – wypadałaby przecież groteskowo. To tylko sygnał pozycji, z których piszę i zarazem początek pewnego zakłopotanego zwierzenia. Gdyż dziś za moim oknem nie powiewa biało-czerwona flaga. Ale gdy na apelu pamięci odczytuje się wczoraj wieczorem – decyzją ministra Macierewicza – nazwisko Lecha Kaczyńskiego i nie odczytuje się nazwiska prof. Władysława Bartoszewskiego (ich zasługi dla pamięci tamtego sierpnia są, być może, porównywalne, choć naturalnie z przewagą WB); gdy dziś o 17:00 manifestację ku czci Powstania organizują naziole; gdy trwa skandaliczny proces generała Ścibora-Rylskiego, bo w minionych latach miał odwagę protestować przeciwko gwizdom entuzjastów PiS podczas uroczystości na Powązkach – z takimi obchodami nie chcę mieć nic wspólnego. Obejdę tę rocznicę wewnętrznie, bez zewnętrznych oznak, skoro przestrzeń międzyludzką zawłaszczyło towarzystwo, które w moim pojęciu symbolizuje wszystko to, o co NIE walczyli Powstańcy. O ile nie to, Z CZYM walczyli (mam na myśli naszych hajlujących „narodowców”).
    Mógłby ktoś powiedzieć, sam chwilami tak myślę, że w ten sposób oddaje się kolejną rocznicę, następną po 11 listopada, w ręce wrogów Polski. Wrogów, bo przecież gołym okiem widać, że – sam nie wiem, ze złej woli czy z głupoty, choć podejrzewam, że to drugie – pracują na rzecz osłabienia naszego kraju, osłabienia zarówno politycznego, jak… duchowego. Ale wydaje mi się, że należy umieć przyjąć do wiadomości fakty. A fakty są takie, że ta data już została nam odebrana, nasze „oddawanie jej”, czy „bronienie” nie ma obiektywnie żadnego znaczenia.
    Być może kiedyś będzie jeszcze normalnie. Ufam, że kiedyś będzie normalnie. Ale nie dziś.

Jajo i jaszczurka

    Więc byłem w Żorach. Pobyt w mieście, który trwa wszystkiego 19 godzin nie pozwala, rzecz jasna, mówić, jakie jest. Można tylko powiedzieć, jakie się miało wrażenia. Moje były takie, że zobaczyłem prześliczną starówkę, ułożoną na owalnym planie, wytyczonym najwyraźniej kilkaset lat temu. A ponieważ wydawało mi się, że otaczają ten owal parki (po powrocie rzut oka na plan tego nie potwierdził), skojarzyło mi się z wielkanocnym jajkiem, leżącym na posłanku z rzeżuchy. Nawiasem mówiąc, 60 tysięcy mieszkańców nie pozwala się tak rozczulać, bo wynika z tego, że widziałem tylko kawałeczek miasta. Nota bene z braku czasu nie pojechałem w końcu do Miasteczka Westernowego Twinpigs (!), które jest podobno sporą atrakcją Żor…
    Miła impreza Wieczór na Trawie miała chody w niebie, bo akurat nie padało i był ciepły wieczór. (Jak to ujęła trafnie na FB moja znajoma: „dzieje się w tej Polsce i dobrze, i mądrze – tam, gdzie ludziom się chce”). Rano, w hotelu Kameleon, jem śniadanie przy szklanej tafli, za którą zielenią się jakieś tropikalne roślinki – i nagle czuję, że coś na mnie patrzy. Podnoszę głowę – a to kameleon. Dokładniej rzecz biorąc: para kameleonów. Nie jestem pewien, czy kiedyś mierzyłem się z kameleonem twarzą w twarz (raczej: twarzą w pyszczek). Dziwne uczucie. Skądinąd bardzo ładne zwierzęta, zwłaszcza – bardzo przepraszam za ten seksizm – samczyk.
    Potem pojechałem oddać część znalezisk, opisanych w Archeologii domowej do Muzeum PRL-u w Rudzie Śląskiej. Bardzo mi się tam podobało. Co prawda zaniepokoiło mnie, że jeden z pojazdów wojskowych, ustawionych przed wejściem, gdzieś się oddalił – wyobraźnia podpowiadała historię jakiegoś T-34 w charakterze Latającego Holendra wymieszanego z Christine – ale uspokojono mnie, że to przejażdżka dla turystów. Natomiast z rozbawieniem odkryłem, gdzie się podział upiorny UBelisk, jeden z najkrócej (Bogu dziękować) stojących w Warszawie pomników. Przez kilka lat zasłaniał fasadę Pałacu Lubomirskich. No więc jest w częściach prezentowany tam właśnie.
    A po przyjeździe do domu dowiedziałem się, że godzinę po tym, jak szukając desperacko drogi powrotnej na autostradę A1 znalazłem się, niekoniecznie zgodnie z planem, w Zabrzu, spadła tam jakaś apokaliptyczna ulewa. Ja w tym czasie pomykałem już na Łódź i Stryków.
    Poniżej: fotorelacja.

20160731_100646
20160731_100654
20160731_120804
20160731_120834
20160731_120945
20160731_120912

Żory – zaproszenie…

…na jutro (sobota). A ponieważ lokalizator internetowy podpowiada, ku mojemu zakłopotaniu, że mamy w Polsce trzy Żory (troje Żorów? – chyba jednak nie), więc na wszelki wypadek uściślam, że chodzi o te na Górnym Śląsku.

Żory zaproszenie

Dla pamięci – 2

    „W ten sposób dokonuje się początek znaków dokonanych przez Jezusa w Kanie Galilejskiej. Nie ma niezwykłego czynu dokonanego przed tłumem, ani też wystąpienia, które rozwiązałoby palącą kwestię polityczną, jak podporządkowanie narodu panowaniu rzymskiemu. Zachodzi natomiast prosty cud w małej wiosce, rozweselający uroczystość weselną całkowicie anonimowej, młodej rodziny.
(…)
    Pan nie chce, żeby się Go lękano jako możnego i dalekiego władcy, nie chce przebywać na tronie w niebie czy w podręcznikach historii, ale pragnie schodzić w nasze codzienne wydarzenia, aby iść z nami.
(…)
    Niech Matka, mężna u stóp krzyża i wytrwała w modlitwie z uczniami w oczekiwaniu na Ducha Świętego, zaszczepi pragnienie wyjścia ponad krzywdy i rany przeszłości i stworzenia komunii ze wszystkimi, nigdy nie ulegając pokusie izolowania się i narzucania swej woli”.
(Papież Franciszek, z homilii w Częstochowie, 28.07.2016; zdjęcie z portalu natemat.pl)

Franciszek 2

Dla pamięci

    „Świadomość tożsamości, WOLNA OD MANII WYŻSZOŚCI, jest niezbędna dla zorganizowania wspólnoty narodowej na podstawie jej dziedzictwa humanistycznego, społecznego, politycznego i religijnego [swoją drogą: znamienna kolejność – dop. JS], aby inspirować społeczeństwo i kulturę, zachowując je wiernymi wobec tradycji, a jednocześnie otwartymi na odnowienie i przyszłość.
(…)
    Dialog nie jest możliwy, jeśli każdy nie wychodzi od swojej tożsamości. W codziennym życiu każdej osoby, podobnie jak każdego społeczeństwa, istnieją jednak dwa rodzaje pamięci: dobra i zła, pozytywna i negatywna. Dobrą pamięcią jest ta, którą Biblia ukazuje nam w Magnificat, kantyku Maryi uwielbiającej Pana i Jego zbawcze dzieło. Pamięcią negatywną jest natomiast ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, ZWŁASZCZA POPEŁNIONYM PRZEZ INNYCH .
(…)
   
Świadomość przebytej drogi i radość z powodu osiągniętych celów [to o Polsce, więc chyba jednak coś osiągnęliśmy wcześniej, niż w wyniku ostatnich wyborów parlamentarnych?… – dop. JS] dają siłę i pokój wewnętrzny, by sprostać wyzwaniom chwili obecnej wymagającym odwagi prawdy i stałego zaangażowania etycznego, aby procesy decyzyjne i operacyjne, a także relacje międzyludzkie, zawsze szanowały godność osoby”.
    (Papież Franciszek na Wawelu, 27.07.2016; podkreślenia i komentarze moje; źródło poniższego zdjęcia: wpolsce.biz)

Pope Francis gives the thumbs up during his general audience in St. Peter's Square at the Vatican Jan. 29. (CNS photo/Tony Gentile, Reuters) (Jan. 29, 2014) See POPE-AUDIENCE Jan. 29, 2014.

Pope Francis gives the thumbs up during his general audience in St. Peter’s Square at the Vatican Jan. 29. (CNS photo/Tony Gentile, Reuters) (Jan. 29, 2014) See POPE-AUDIENCE Jan. 29, 2014.