Wpis niezbyt poczciwy przeciwko ACTA
piątek, 27-01-2012 Zastanawiam się, dlaczego w sporze o ACTA jestem zdecydowanie po stronie protestujących. Myślę, że dzieje się tak z tych oto powodów:
1. Już po pierwszych wygranych przez Platformę wyborach zwracałem uwagę, że w Polsce (nie wiem, czy to reguła szersza, choć przypuszczam, że owszem) partia, która zdobywa władzę, a potem – dodajmy teraz – jeszcze ją w dodatku przez dłuższy czas utrzymuje, skazana jest na dwa zjawiska: na „zassanie” nieprzebranej liczby koniunkturalistów, których interesuje nie taka czy inna wizja polityki, tylko „dojścia” i „przełożenia”, oraz na gwałtowny wzrost arogancji polityków, którzy dochodzą do wniosku, że widocznie cieszą się poparciem bezwarunkowym. W naszym kraju dochodzi do tego ta jeszcze okoliczność, że dla wielu wyborców PO alternatywa jest tak odstręczająca, iż prędzej w ogóle nie zagłosują, niż zagłosują na opozycję (chyba, że z desperacji na Palikota). No więc oba te zjawiska obserwujemy, a w okolicznościach podpisania ACTA to drugie, czyli arogancja władzy, ujawnia się w sposób wprost oszałamiająco czytelny. Czy minister Boni nie słyszy, że kolejność: „najpierw podpiszemy, a potem będziemy konsultować”, przypomina żałosne zabiegi pi-arowskie premiera Piotra Jaroszewicza z 1976 roku (piszę to z zakłopotaniem, bo z reguły oburzam się na skojarzenia obecnych wyczynów polityków z PRL-em, ale tu niestety analogia jest uderzająca)?
2. Oczywiście, że problem piractwa w internecie istnieje. Ale ACTA to ewidentnie efekt nacisku wielkich korporacji na rząd w Waszyngtonie, a za jego pośrednictwem – na resztę świata. To nie jest banalny spór właścicieli praw ze złodziejami: to jest spór o, przepraszam za słowo, filozofię internetu. Czy mianowicie stanowi on odpowiednik greckiej agory, przestrzeń publiczną, w której dochodzi do rozmaitych interakcji między ludźmi, a z tych interakcji część ma charakter pieniężny, część zaś nie – czy też jego odpowiednikiem w realu jest galeria handlowa? ACTA forsuje tę drugą ewentualność z pozycji siły.
3. Na wirtualnej agorze granica między naruszeniem prawa a postawą legalną jest, nie da się ukryć, zatarta – i to z pewnością denerwuje prawników. Upierałbym się jednak, że tak wygląda realne życie, to jest cecha realnego życia, szczęśliwie odległego od prawnych definicji. Powiem coś jako właściciel praw autorskich do niektórych tekstów: dla autora popularność jakiegoś tekstu bywa wartością nieprzeliczalną na pieniądze. Z zachowaniem proporcji, ale warto tu przypomnieć anegdotę o tym, jak Mickiewicz tłumaczył młodemu poecie, po czym poznać, że się zostaje poetą narodowym: że mianowicie napisany przez ciebie utwór po jakimś czasie wraca do ciebie jako twórczość anonimowa. W kontekście ACTA należałoby w tym momencie nie ucieszyć się, że „książeczka weszła między ludzi”, tylko rozpocząć śledztwo i wyegzekwować zapłatę od… złodziei?! Przed podpisaniem ACTA decyzja, czy dany przypadek jest wart ścigania, czy nie, pozostawiona była zdrowemu rozsądkowi autorów i (lokalnych) wydawców. Po podpisaniu tego dokumentu decyzja przejdzie w ręce prawników wielkich (globalnych) korporacji. Nie ma żadnego powodu, by przypisywać im nawet cień „zdrowego rozsądku”.
4. Istnieje w Polsce dodatkowa okoliczność. Otóż wiele sklepów internetowych jest z terytorium Polski niedostępnych; wiele dóbr (intelektualnych) w internecie wciąż dochodzi do nas JEDYNIE drogą, formalnie rzecz ujmując, nielegalną. Jeśli mam szansę zdobyć, powiedzmy, jakieś nagranie czy tekst za rozumną opłatą (w toku bezpiecznej i godnej zaufania transakcji), piracenie go jest, bezdyskusyjnie, niemoralne. Ale szeregu nagrań zdobyć w ten sposób się nie da. Można w takim razie: albo wejść na nasz rynek z większą ofertą, albo ZABRONIĆ. Zabronić jest oczywiście łatwiej. Co nie znaczy, że słuszniej.
Jeszcze słowo na ten temat, bo być może zwierzam się tutaj z poglądu szokującego dla bezkrytycznych miłośników rynku. W późnych latach 90. uruchomiłem w szkole, w której pracowałem, DKF. Pokazywałem tam młodzieży klasykę kina – z kaset VHS, albo kupionych w sklepie, albo nagranych przeze mnie podczas emisji telewizyjnych (rzadkich i o dzikich porach). Te pierwsze zawsze zaczynały się od napisu, przypominającego, że pokazy publiczne są zabronione. W końcu jakiś rodzic-legalista zapytał mnie o to. Odpowiedziałem: póki przynajmniej w kablówkach młodzież nie ma cienia szansy, żeby obejrzeć „Dzisiejsze czasy” Chaplina, „Personę” Bergmana, czy „Iluminację” Zanussiego, ja swoje łamanie prawa mam naprawdę w nieparlamentarnym miejscu. Młody człowiek winien mieć prawo dostępu do dzieł kultury. I jeśli instytucje legalne tego dostępu nie zapewniają, to ja go zapewnię jako Janosik – i niech mi ktoś spróbuje zrobić z tego formalny zarzut.
Ale oczywiście zdanie o „prawie dostępu do kultury” pochodzi z filozofii agory, a nie wolnego rynku, to bezdyskusyjne.
5. Agora, nieco upraszczając, jest pomysłem europejskim; wolny rynek (zwłaszcza w wersji hard) to towar importowany z USA. ACTA są amerykańskim pomysłem, do którego raczej groźbą niż prośbą zostały przekonane Nowa Zelandia, Japonia i tak dalej. UE postanowiła Wujowi Samowi zrobić dobrze. Hm. Ale my (Polska) musimy, psia krew, być prymusem Europy i lojalnym przyjacielem Waszyngtonu, i w te pędy się w tę akcję włączamy jako jedni z pierwszych. Może w latach 90., kiedy trzeba było możliwie szybko pozbyć się wizerunkowego garbu, żeśmy niedawnym sojusznikiem ZSRR, taka postawa miała cień sensu. Ale dziś?
6. Nawiasem mówiąc: rozpaczliwe szlochania producentów i wydawców muzyki, że im się kradnie własność intelektualną, są przejawem takiej zuchwałości, że dech zapiera. Przecież kryzys na rynku muzycznym wziął się z pazerności wytwórni płytowych. Cena płyty była od początku wielokrotnie wyższa od kosztów produkcji. Ta gigantyczna różnica – to był zysk wytwórni i pośredników (jeśli mnie pamięć nie myli, rzędu 75% ceny, co najmniej). Ale to było za mało – więc te zyski zaczęły być jeszcze mnożone taką oto praktyką, że jeśli wykonawca nagrywał więcej niż dwie dobre piosenki, to już się z tego robiło dwa albumy. Bo po co sprzedawać jedną dobrą płytę, jak można sprzedać dwie, albo trzy takie sobie (każda z jednym czy dwoma przebojami wartymi słuchania). To w tym momencie zaczęło się na wielką skalę nielegalne ściąganie pojedynczych plików muzycznych. Więc te żale, że internauci kogoś okradają, to żale nieuczciwego kontrahenta, który tak długo nadużywał dobrej woli klienta, aż ten się wściekł i odpłacił pięknym za nadobne. Naprawdę – nie umiem w sobie znaleźć cienia sympatii dla wielkich wytwórni, choć osobiście ich nie okradam. Ale dla sieciowych Robin Hoodów mam sporo zrozumienia.
7. Oczywiście problem praw autorskich zderza się z TECHNOLOGIĄ internetu (która, chciał nie chciał, zawiera w sobie także pewną filozofię tegoż, mianowicie w postaci łatwego kopiowania) w sposób dramatyczny. I rzecz jest do jakiegoś fundamentalnego rozstrzygnięcia. Ale po poważnej dyskusji, a nie za pomocą dokumentów podpisywanych cichaczem na spotkaniu ministrów RYBOŁÓWSTWA (!!!!).
Mylę się?
(PS. Mam w mieszkaniu awarię internetu. Naprawa najwcześniej w poniedziałek. Proszę się więc nie zdziwić, jeśli ewentualne Państwa komentarze pojawią się dopiero za kilka dni).