Siedem rozmaitych spraw przed wyjazdem
piątek, 20-08-2010 W komentarzach pod poprzednim wpisem pojawiło się tyle rozmaitych wątków, a każdy wydaje mi się ważny, że na chwilę przed wyjazdem do Kołobrzegu postanowiłem zająć się nimi tutaj; także w obawie, że pobiję rekord, jaki ustanowiliśmy kilkanaście dni temu z Irkiem, pisując do siebie coraz dłuższe epistoły. Co prawda w ten sposób zachęcam Państwa do prawdziwie polifonicznej dyskusji, ale trudno. A zatem – kolejne kwestie, na które chciałbym zaripostować (proszę wybaczyć, że już nie odsyłam precyzyjnie do konkretnych głosów, które je podnosiły - wpis i tak będzie okropnie długi).
1. Co dokładnie nadaje się do zmiany w ustawie o mediach publicznych?
Rzetelna odpowiedź na to pytanie powinna być szczegółową prawniczą analizą ustawy medialnej z 1992 roku, na którą mnie w tej chwili czasowo ani kompetencyjnie nie stać. Z grubsza biorąc: wprowadzono w niej mechanizm, który miał oddzielać polityków od mediów publicznych w ten sposób, że między politykami a stanowiskami czysto dziennikarskimi istnieją: KRRiTV, rada nadzorcza, zarząd – i ten dopiero wyznacza redaktora naczelnego anteny, zwanego dyrektorem. Ponadto w KRRiTV miało dojść do zrównoważenia wpływów partyjnych przez umieszczenie tam dwóch przedstawicieli teoretycznie ponadpartyjnego prezydenta. Ba, tyle że (a) formalna ponadpartyjność prezydenta, którą starali się utrzymywać prezydent Wałęsa i prezydent Kwaśniewski (o rozpoznawalnych poglądach, których można nie lubić, ale tworzący własne obozy polityczne), uległa potem destrukcji; (b) okazało się, że w rozmowach, ustalających skład KRRiTV, można od razu, żeby było szybciej i prościej, ustalić obsadę niższych szczebli, aż po kuriozalną umowę, która antena interesów której partii będzie bronić. Jednocześnie na media nie ma żadnego realnego wpływu samorząd dziennikarski (organizacje zawodowe jak SDP, Rada Etyki Mediów). Rzecz jasna – sami dziennikarze mogą być i faktycznie są niekiedy w istocie funkcjonariuszami agitpropu poszczególnych partii, środowisko jednak na rażące zniekształcenia zawodu w końcu powinno zareagować, bo zwłaszcza w dobie „dziennikarstwa obywatelskiego”, czytaj: internetu możemy przestać być potrzebni w ogóle.
Właśnie z chęci odpiłowania polityków od mediów wziął się chyba desperacki pomysł losowania władz radia i telewizji, jak w ustawie twórców; lepszą ideą byłoby chyba wprowadzenie do procesu wyłaniania władz mediów jakiejś formy samorządu dziennikarskiego (wbrew pozorom nie mam absolutnie na myśli związków zawodowych, chyba na zasadzie obserwatora społecznego). Nie postuluję, raczej głośno się zastanawiam. Trzeba też udrożnić możliwość skutecznego składania skarg: jeśli KRRiTV jest upartyjniona, odwołać się właściwie nie ma do kogo.
Żeby było jasne: ta chora sytuacja trwa w dalszym ciągu; niezależnie od niezwykle skomplikowanej i tak naprawdę niejasnej sytuacji aktualnej, ustawę medialną trzeba napisać na nowo.
2. Dlaczego słowo „zamach” wydaje się wielu ludziom nie do przyjęcia?
Przestrzegając zasady de mortuis aut nihil, aut bene, zdążyliśmy zapomnieć, że przed 10 kwietnia nawet w środowisku sympatyzującym z PiS mówiono, że Lech Kaczyński stał się prezydentem niewybieralnym. Po prostu jego popularność była zbyt niska (proszę sprawdzić wypowiedzi publicystów prawicowych z końca marca; naprawdę, nie zwierzam się tu z osobistych opinii, które nie mają nic do rzeczy). Dziś trzeba to niestety powiedzieć inaczej: jeśli nawet po niezwykle silnym wstrząsie, jakim była katastrofa z 10 kwietnia, a też po inteligentnie wymyślonej kampanii wyborczej, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie udało się wygrać w wyborach, to tym bardziej nie mogło było się to udać jego śp. bratu. A zatem: jednej ze spierających się obecnie stron słowo „zamach” wydaje się dlatego nieadekwatne, że nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie cui bono: choćby Rosjanie naprawdę uważali Lecha Kaczyńskiego za śmiertelne zagrożenie, wystarczyłoby poczekać kilka miesięcy i mieliby ten problem rozwiązany, bez zawsze ryzykownej akcji terrorystycznej. Dla drugiej zaś strony, symetrycznie, słowo „zamach” współtworzy mit prezydenta przełomowego w dziejach Polski (i otwarcie z tym mitem jest łączone, choć można przecież bronić jego wielkości, nie twierdząc, że został zamordowany!). To właśnie jedno ze źródeł tej niepokojącej eskalacji obustronnej agresji (której państwo winno przeciwdziałać!): spór nie toczy się o to, co się stało naprawdę pod Smoleńskiem (nie jesteśmy pewni, acz na zamach nic jak dotąd nie wskazuje), lecz o ostateczne wywyższenie lub ostateczne odrzucenie projektu politycznego, który w 2005 roku wydawał się był większości z głosujących Polaków tak atrakcyjny, że PiS zdobył zarówno prezydenturę, jak rząd.
3. Jak sobie radzę z uczuciami negatywnymi wobec bliźnich?
Pytanie odnosiło się bezpośrednio do komentarzy Pawła Klona, które stanowią przypadek dość łatwy. Bo jednak kiedy wydaje mi się, że Pan Paweł przekroczył już granicę przyzwoitości, zawsze mogę zajrzeć na forum słuchaczy Trójki i tam odszukać wpisy Demaskatora, jovi20 i jeszcze dwóch-trzech osób, które przywracają proporcje. Paweł Klon bywa nieprzyjemny i ma niewątpliwie gorsze o mnie zdanie niż ja sam, ale jednak nie sięga zazwyczaj po insynuacje, potwarze, nie kłamie jak najęty na mój temat, tylko dosadnie (choć bez grubiaństw) negatywnie ocenia moją postawę. A przyznać mu prawo do tego to wprawdzie zadanie trudne, ale nie ponad siły (Panie Pawle, może zza nieco zaciśniętych zębów, wszakże pozdrawiam…). Znacznie gorzej znoszę szkalowanie mnie, które uprawiają wspominani słuchacze (?) na forum; a mimo wszystko czytam to guano, które leją na mój temat, bo przyglądam się, czy w końcu nie palną czegoś takiego, co pozwoli mi z czystym sumieniem zażądać od moderatora forum ich numerów IP i przekazać sprawę policji. Jak sobie z nimi z kolei radzę? Czasem wypisują głupoty ostatecznie dość niewinne (vide: sugestie jovi20 na temat mojej narodowości, spuentowane pytaniem, czy lubię Polaków – naturalnie chodzi o to, że jestem skrycie Eskimosem), więc wystarcza wzruszyć ramionami; czasem jednak ich podłość wzmaga się tak bardzo, że muszę zajrzeć sobie w duszę (przepraszam za ten pikantny szczegół…) i sprawdzić, czy jednak w moich decyzjach nie ma czegoś, co by wyjaśniało, dlaczego prowokuję kogoś do podobnych paskudztw. A ponieważ, jak dotąd, nie znajduję, więc pozostaję sobie ze zdziwieniem. Mam wiele innych spraw na głowie, nie zajmuję się tym zdziwieniem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
4. Czy Trójka jest misyjna i czy jest na poważnie?
Mnie się wydaje, że Trójka jest nie tylko lepsza od stacji komercyjnych, ale pozostaje misyjna. By daleko nie szukać, to u nas możecie Państwo znaleźć ciekawszą muzykę niż pop (choć wolno jej nie lubić), powieści i słuchowiska (zwykle dobre, choć wiem, że nie zawsze), poważne rozmowy (być może niekiedy zalatujące gadulstwem, nie mnie oceniać). Można Trójki nie lubić, związek jej profilu z pojęciem misji mediów publicznych trudno jednak kwestionować bez złej woli (moim zdaniem, rzecz jasna). Czy jedyną audycją na poważnie jest „Trójka na poważnie” Wojciecha Reszczyńskiego? Nie (i to jest odpowiedź skrajnie powściągliwa). Dodam, że tytuł tej audycji dość dokładnie pokazuje pogardę, jaką dziennikarze, wprowadzeni na antenę Trójki przez nowe władze radia, żywią dla zastanego zespołu Trójki. Czego komentować chyba nie muszę.
5. Dlaczego w kółko o polityce?
Prowadząc dziennik internetowy od stycznia 2004 roku (a od stycznie 2006 pod niniejszym adresem) jestem trochę, jak to autor dziennika, zdeterminowany tym, co się akurat w moim życiu dzieje. Doprawdy, gdybym miał układać sam swoje życie, jak mogę układać fabuły swoich powieści, nie zafundowałbym sobie ostatnich ośmiu miesięcy. Ale to nie ode mnie zależy. W dodatku, choć trudno mnie określić mianem homo politicus, jestem zdania, że jeśli ktoś w ogóle nie zajmuje się polityką, to prędzej czy później polityka zajmie się nim. I tak, jeśli mnie pamięć nie myli, od stycznia zamieściłem jednak trochę wpisów o czym innym. Czyli przypominam trochę arachnofoba, który czyta w pokoju książkę, ale w kącie widzi pająka. No więc raz na jakiś czas łypie, by pająka z oczu nie stracić, a jeśli pająk ów zaczyna zanadto żywo się ruszać, człowiek siłą rzeczy książkę na jakiś czas odkłada… Trzymając się tej metafory: mam wrażenie, że od stycznia pająk próbuje mi wleźć na głowę. Przepraszam, że monotematycznie macham rękami.
6. Dlaczego powiedziałem w audycji, że może Polakiem jest ten, kto mówi po polsku?
Spór słuchaczy, czy nie popadłem w nacjonalizm, to fantastyczny przykład na z pozoru czysto akademicką tezę, że sens zależy od kontekstu. Ja rozumiałem to zdanie nie w kontekście istnienia państwa, w którym zaczyna się szukać, kto jest, a kto nie jest stuprocentowym współobywatelem, tylko (i ten właśnie kontekst zawierała internetowa zapowiedź audycji, a chyba i mój wstęp) w kontekście jednoczenia się Europy, otwartości granic, migracji ludności… Chodziło mi o to, czy mieszkanie w państwie narodowym takim, jakie wyśniliśmy w wieku XIX, a zrealizowaliśmy w XX, jest niezbędne, by móc zachować tożsamość. Zupełnie zresztą nie trafia mi do przekonania powtarzana przez mojego Polemistę analogia z wyznaniem jako wyznacznikiem narodowości. Jeśli Polakiem jestem, mówiąc (i myśląc) po polsku, to właśnie przestaje mieć znaczenie, jaką religię wyznaję.
Przy tym wszystkim – martwi mnie to, że wielu spośród młodych ludzi wynaradawia się wcale nie dlatego, że są liberałami czy lewakami (jakby to był grzech…) lub chcą mieszkać w Londynie, tylko że zostali wypuszczeni ze szkół ze straszliwie wątłą znajomością innych odmian polszczyzny, niż ich własna, bardzo środowiskowa. Ale z tego nie wynika, że zamierzam za pomocą dyktand czy innych sprawdzianów ustalać procentową zawartość Polaka w Polaku, tylko że wśród rozmaitych trosk na temat naszej wspólnoty bardziej uzasadniony wydaje mi się niepokój o znajomość języka polskiego, niż o liczbę krzyży na metr kwadratowy powierzchni publicznej (dodam, że w naszym mieszkaniu są trzy, żeby ta złośliwość nie wydała się złośliwością „z zewnątrz”; owszem, to krytyka wielu współwyznawców).
7. Dlaczego napisałem: „powiedzmy to wyraźnie, jeśli wielkodusznie pominąć agresywną formę, z jaką swoje pretensje do naszego wspólnego państwa i naszego Kościoła zgłaszają niekatolicy, ich odczucia mogą nieraz wzbudzić współczucie.”?
Tu powraca kwestia kontekstu. Rzeczywiście, jak mi to jeden z Gości tej strony zarzucił, zacytowane zdanie brzmi potwornie protekcjonalnie, a w dodatku tak, jakbym utożsamiał niekatolików z ateistami. Tylko że jest to puenta passusu, złożonego z trzech akapitów, i w tym właśnie kontekście nie jest chyba ze mną aż tak źle. Cały ten fragment w „Tygodniku Powszechnym”, następujący po cytatach z Konstytucji, zaczyna się od zdania: „Jednocześnie jednak rozmowa z niewierzącymi znajomymi każe zastanawiać się nad realizacją tego fragmentu ustawy zasadniczej”. Początkowe zdanie drugiego akapitu nawiązuje znów do sytuacji rozmowy: „podczas podobnej dyskusji z ludźmi niewierzącymi nie zawsze słyszy się racjonalne, pozbawione zacietrzewienia argumenty”. I dopiero na końcu trzeciego akapitu pojawia się zacytowane wyżej zdanie. Czyli jest chyba jednak oczywiste, że mówię nie o WSZYSTKICH niewierzących, ale o tej podgrupie, z którą niekiedy rozmawiam; że (co tłumaczy szczegółowo akapit drugi) nieraz mnie, mówiąc kolokwialnie, szlag trafia, gdy jestem przez nich utożsamiany z takimi katolikami, którzy i mi się nie podobają, a zresztą i mnie samego najchętniej by pogonili jako, ich zdaniem, bezbożnika; natomiast że sytuacja kogoś, kto nie czuje się katolikiem (a znajomi niewierzący, o których cały czas mowa, katolikami się nie czują), bywa w Polsce trudna, i to właśnie budzi moje współczucie (nie litość, tylko życzliwą empatię). Naturalnie pamiętam, że istnieją też inni niekatolicy: protestanci, prawosławni, religijni Żydzi, buddyści… Ale nie oni się obecnie zaktywizowali.
Innymi słowy: jestem wdzięczny za czujność przy czytaniu moich tekstów, bo przecież zdarza się czasem, że człek szybciej coś napisze, niż pomyśli. Ale jednak bywa też, że czytelnik świadomie lub bezwiednie pragnie przyłapać autora na czymś brzydkim tak bardzo, że aż gubi najprostszy sens, wyłożony w miarę dość jasno.
Ale że w tym ostatnim akapicie być może zawiera się ślad goryczy, ta zaś niewątpliwie stanowi funkcję zmęczenia, więc tymczasem żegnam się z Państwem i jadę (poprowadziwszy jeszcze piątkowy Festprogram) do miasta, w którym się czuję lepiej, niż gdzie indziej, choć nie umiem wytłumaczyć, czemu.
Do przeczytania na przełomie sierpnia i września.