Przystawka do wakacji

    Moje wakacje w tym roku, jak zwykle, składają się z części trzech. Przystawka, główne danie i deser.
    Miniony tydzień to była przystawka. Słodkie lenistwo na Mazurach, dokąd wyjechaliśmy z Ukochaną nieomal w popłochu, jakby uciekając przed nawałem obowiązków, które wypełniły z naddatkiem naszą zimę i wiosnę. Więc: do samo-chodu i chodu!
    A u celu: boskie nic-nie-robienie. Wylegiwanie się przed domem (jeśli przypadkiem słońce, co nie działo się zbyt często) lub w środku (a dom otwarty na przestrzał, z jeziorem za oknem). Niespieszne rozmowy, czasem spacer, słuchanie muzyki, oglądanie telewizji, a przede wszystkim lektury.
    Chciałem wreszcie przeczytać „Złego” Tyrmanda, o którym tyle dobrego słyszałem, a którego jakimś cudem do tej pory nie miałem okazji wziąć do ręki. Poznany w swoim czasie „Dziennik 1954” tegoż autora – rewelacyjny, jazda obowiązkowa polskiej prozy niefabularnej, więc ostrzyłem sobie zęby na powieść. Miała być głównym akcentem tygodnia. I – absolutne pudło. Trochę jak z „Rejsem” Piwowskiego, ale nawet bardziej – kompletnie nie rozumiem legendy tej książki. To jest: wierzę, że w 1955 roku, po spustoszeniu literatury przez soc-realizm, to mogła być rewelacja. Ale że nikt przez następne pół wieku nie spuścił powietrza z tego balonu? Konwencja jak z XIX wieku, ciężki dowcip, marna fabuła, i jeszcze takie to długie! Odpuściłem po jakichś stu stronach, życie jest za krótkie.
    Za to: nie zawiódł mnie ks. Tomas Halik. Kolejna spolszczona jego książka, „Noc spowiednika”, pełna myśli, wśród których czuję się jak u siebie (wedle wzoru: „ja też, ja z tym panem!”). Tak, to jest katolicyzm, który wydaje mi się żywy i atrakcyjny. Stroniący jak najdalej od upolitycznionego nacjonal-katolicyzmu, z jakim najczęściej mamy do czynienia w Polsce. Brawurowa obrona postmodernizmu jako dobra, które niewątpliwie wymaga ze strony nas, wierzących, wysiłku (jakby ktoś zmuszał nas do przejrzenia zawartości szuflad, do których en masse jesteśmy przyzwyczajeni), ale które pozwala po raz kolejny w dziejach oczyścić wiarę z naleciałości: historycznie zmiennych norm obyczajowych, zewnętrznych wobec istoty sacrum szkół filozoficznych, całkiem ziemskich odruchów. Głęboka krytyka „Pasji” Gibsona jako skutku demonicznego zafascynowania przemocą. Odkrywcza interpretacja Wielkiego Tygodnia jako wzoru następnych epok, w których Wielki Piątek i poranek wielkanocny dzieją się jednocześnie. Wreszcie przekonująca, choć istotnie złośliwa (jak uprzedza we wstępie ks. Jerzy Szymik) krytyka „religijności stadionowej”, przy tym zakończona znamiennym pytaniem wobec uczestników hałaśliwych mityngów: „Czy będziecie mnie tolerować w swoim gronie, jeśli nie doświadczę Bożej bliskości w radosnym uniesieniu, hasłach i rozpostartych ramionach, lecz raczej w owym wstydliwym może, w małej wierze?”
    Inna lektura: „Królowe Afryki” hiszpańskiej dziennikarki Cristiny Morató. To składnik mojej nowej pasji, zupełnie świeżej: afrykańskiej. Opowieści o Europejkach i Amerykankach, które w XIX i XX wieku eksplorowały Czarny Ląd; czasem „przy mężu”, niekiedy samotnie. Kilka fascynujących biografii, za każdym razem materiał na powieść. Konwencja, w jakiej są opowiadane, przypomina co prawda artykuły z kolorowych czasopism dla kobiet (ukłony dla „Twojego Stylu”, który znam relatywnie najlepiej), ale ostatecznie nie musi to być zły wzór. Zwłaszcza nieprawdopodobne opowieści o Mary Slessor, małżeństwie Smithów, tudzież o Beryl Markham.
    No i chyba największa przygoda, o której zresztą będzie traktował odcinek mojego felietonu w sierpniowo-wrześniowej „Więzi”, a mianowicie „Pasaż” Donata Kisrcha. Ten Kirsch to dla mnie taki, czy ja wiem, jak to nazwać? cień? Andersenowski Towarzysz Podróży? Trzydzieści lat temu w kołobrzeskiej bibliotece (podczas wakacji) natknąłem się na jego debiutancką książkę „Liście croatoan”, która była jednym z najbardziej radykalnych świadectw „rewolucji artystycznej w polskiej prozie”, ogłaszanej w tamtym okresie przez Henryka Berezę. Nigdy później do niej nie wróciłem, choć wrażenie na mnie wywarła wielkie, ale niebawem, zwłaszcza w okresie studiów, zacząłem się zastanawiać, jakim cudem udało mi się przez nią przebić. Okazuje się, że piętnastolatki to istoty ufne i wielkoduszne, albo że polonistyka uczy nieufności i małoduszności, bo coraz mniej było we mnie wiary, że tak ekstrawagancka narracja by mnie już niedługo później nie odrzuciła. Tymczasem wtedy oszołomiła mnie ta niechronologicznie, przez wielu narratorów snuta historia kazirodczej miłości brata do siostry, i nawet (w idealnej wprost niezgodzie z założeniami rewolucji artystycznej) marzyłem, że kiedy już zostanę reżyserem filmowym, to zaraz „Liście croatoan” zekranizuję. Miały być całe utrzymane w tonacji zieleni (co, prawdę rzekłszy, w czasach klisz ORWO nie byłoby trudne do osiągnięcia…), a pierwsze ujęcie miało pokazywać nakręcony od dołu wielki nasyp kolejowy, którym z prawej na lewą stronę ekranu maszeruje maleńka sylwetka głównego bohatera, Dawida, przez doświadczenia z młodości wyrzuconego poza społeczeństwo, nigdzie nie przynależnego, jak wyrzucona z orbity planeta. A jako ścieżka dźwiękowa – 40. symfonia g-moll Mozarta. Uch…!
    No i po latach przychodzi do mnie któregoś dnia przesyłka. Patrzę, nadawca: Donat Kirsch. Autor zapamiętał, że na początku lat 90., gdy najpierw z ówczesną żoną, a potem sam miałem w „Gazecie Wyborczej” felieton o zawartości miesięczników i kwartalników, jeden odcinek poświęciłem opublikowanemu w którymś czasopiśmie fragmentowi jego drugiej powieści. Mija drobne piętnaście lat i voila, ta właśnie powieść ukazuje się drukiem. Dołączony sympatyczny liścik.
    Przez pół roku nie miałem czasu, a trochę i odwagi, żeby się z tą książką – „Pasażem” – zmierzyć. Wreszcie to zrobiłem i muszę przyznać, że było to jedno z najbardziej niepokojących doświadczeń lekturowych ostatnich lat. Pisząc, że było to niepokojące, staram się wyrazić istotę tego wrażenia: pozostał mi po nim niepokój właśnie, to jest dręcząca, nie pozwalająca się odepchnąć niepewność, co ja o tej książce i o literaturze w ogóle myślę. Nie umiem nawet powiedzieć, czy mi się to w gruncie rzeczy podoba (choć przeczytałem „Pasaż” raptem w trzy dni). Z całą pewnością jest to jeden z najosobliwszych utworów, jakie czytałem od lat. I nawet jeśli uznać go za porażkę, to byłaby to porażka dająca bardzo dużo do myślenia. Przypominająca, że literatura jest obszarem nieskończonych możliwości, a my z uporem ponawiamy (jako czytelnicy i jako autorzy) wciąż ten sam, niewielki zestaw konwencji. Więc Kirsch staje się nagle strasznym wyrzutem sumienia. Cośmy zrobili ze swoją wolnością? Dlaczego utkwiliśmy w bezpiecznej sferze rozwiązań mniej lub bardziej oczywistych? I co, mój „Tak to ten” był zanadto skomplikowany, wydziwiony, rozsypany? Ha, ha, to zajrzyjcie Państwo do „Pasażu”! Zobaczcie, do jakich niesłychanych gier może nas zaprosić pisarz! A wy tylko: chińczyk i chińczyk…
    Na zakończenie mazurskiego tygodnia sięgnąłem zaś po „Drabinę Jakubową. Rzecz o aniołach” Sergiusza Bułgakowa. Tłumacz, Tomasz P. Terlikowski, uprzedza czytelnika we wstępie, że angelologia, a ściślej sofiologia, na której swoją teologiczną rozprawę wzniósł rosyjski autor, podszyta jest gnozą. Zazwyczaj dochodzące z kręgu katolickich ortodoksów ostrzegawcze pomruki, że to i owo gnozą pachnie (Szestow na przykład), zdają mi się mocno na wyrost. Ale tu rzeczywiście – zaledwie odrywamy się od poziomu codziennych, powszechnych doświadczeń i myśl nasza prowadzona jest pod podszewkę biblijnych wzmianek o Bożych posłańcach, próbując ich świat zgłębić, naszą wiedzę o nich uporządkować, zaraz i słownictwo gnostyckie, i subtelnie wprawdzie przywołany gnostycki schemat stworzenia zjawia się, mimo widocznych wysiłków autora, by pozostać w ramach prawosławia. Nie umiem powiedzieć, czy to specyfika myśli Bułgakowa, czy po prostu gnostycy dostarczyli naszej wyobraźni podstawowych narzędzi, które natychmiast podtrzymują nas, gdy tylko przekraczamy sferę tego, co wiemy na pewno… Jak w „Traktacie teologicznym” Miłosza na przykład… No, ale on sam zwał się „sekretnym zjadaczem manichejskich trucizn”…

Galopada Walkirii
Galopada Walkirii, 02:59:14 (wg Ryszarda Wagnera)

9 razy skomentowano wpis “Przystawka do wakacji”

  1. ŁukaszSaturczak napisał(a):

    Pozdrawiam i więcej odpoczynku, idąc śladami Magdy W., a może nawet nie śladami, bo pomysł miałem wcześniej, pragnę nadmienić, że zacząłem pisać licencjat, o roboczym tytule “Kobiety w prozie J.Sosnowskiego”, proszę się nie załamywać, będzie dobrze ;)
    jeszcze raz pozdrawiam, niech żyje lato@

  2. Agnieszka napisał(a):

    Witam poraz pierwszy na Pana Stronie, na którą trafiłam dzięki odsyłaczowi z bloga Szymona Hołowni. I właśnie nieco w jego duchu chcę skomentować tą religijnośc stadionową. Ja sama też nie jestem jej zwolenniczką, ale pozwólmy działać Duchowi Świętemu. W nas działa w ciszy, do innych dociera poprzez masy i widowiska.
    Pozdrawiam
    Życzę smacznego dania głównego i deseru ;-)

  3. emska napisał(a):

    Nie zmarnował pan czasu. Kilka lektur wypisałam sobie - zajrzę do nich. Rekomendacje pana są zachęcające.
    Tu zaś, na urlopowych rubieżach, odświeżyłam sobie Steinbecka. Znowu nurzałam się w rozważaniach o dobru i złu w Na wschód od Wiadomo Czego i pasłam swoją wyobraźnię na Pastwiskach Niebieskich rozmaitych charakterów. Pozdrawiam lekturowo-urlopowo.

  4. Student napisał(a):

    To przypomina mi moje coroczne wakacje na mazurach (a dokładniej, prawie Podlasiu). Zawsze połowa bagażu to książki. To chyba jakaś atmosfera tych jezior. I dotleniony organizm. A skoro już o lekturach mowa, to czy mógłby Pan polecić mi coś nowego z polskiej literatury najnowszej, górna półka? Zaproponowano mi napisanie recenzji, czegoś nowego, polskiego i dobrego. Z postawionych mi wymogów problem mam tylko z tym, żeby to było polskie:) Bo jakoś mało ostatnio krajowej prozy czytam. Pozdrawiam wakacyjnie, lub sesyjnie. U mnie niestety to drugie jeszcze…

  5. magda W. napisał(a):

    A ja juz po obronie i tez moge oddac sie przyjemnosci czytania roznistosci:)
    EcH,
    a temat Lukasza jest bardzo interesujacy, tez troche o tym pisalam w charakterystyce bohaterow.Te kobiety u Pana Jerzego to ciekawe postacie. Ja najbardziej lubie ciocie Lusie z ” Apokryfu Aglai” :))) i Jo oczywiscie, bo mi Mage troche przypomina, ale tylko troszeczke.
    Pozdrawiam serdecznie

  6. ŁukaszSaturczak napisał(a):

    trochę!!!!????? powiedziałbym, że nawet bardzo, tak jak przypomina ją tytułowa bohaterka książki Vargi “Karolina”, aha po raz trzeci gratuluję :) i pozdrawiam

  7. Jerzy Sosnowski napisał(a):

    Do Studenta: bardzo przepraszam, ale nie czuję się kompetentny, żeby rekomendować jakieś nowości - po pracowitym półroczu odrabiam raczej lektury zaległe i sam się chętnie dowiem, co warto przeczytać z najnowszej krajowej prozy. Którą zresztą będę teraz pewnie znowu zaniedbywał, bo niebawem, jak sądzę, usiądę do projektowania nowej książki i będę jak zwykle nasłuchiwał głosu “ze środka”, który książki innych autorów potrafią skutecznie zagłuszyć, jeśli są dobre… Pozdrowienia - JS

  8. Magda W. napisał(a):

    Tak, tylko troche przypomina Mage, bo Jo jednak jest bardziej konkretna i mocniej stapa po ziemi:)

  9. kayot napisał(a):

    A ja polecę studentowi wszystkie książki Pana Jerzego, w sam raz na całe wakacje i może również, polskiego autora - Marka Kochana - WAB. O!

Dodaj komentarz

(komentarze zawierające odnośniki zostaną usunięte)