Biblioteka - odc. IV
Pośrodku lata wróćmy do biblioteki, którą tu w odcinkach zacząłem prowadzić. Wyznam, że wiersze tłumaczone z obcych języków budzą we mnie nieokreśloną nieufność, a poezja starożytna wymaga ode mnie zbyt wielkiego wysiłku dla zbudowania właściwego kontekstu, objaśniającego tekst, abym ją po prostu lubił (nie wiem, czemu inaczej rzecz się przedstawia z tragediami greckimi). Obydwu tym regułom wymyka się ten nieprawdopodobny utwór w tłumaczeniu Adama Ważyka:
Horacy: Do Leukonoe
Nie dociekaj nie nasza to rzecz Leukonoe
Kiedy umrzeć mam ja kiedy ty Nie odsłaniaj
Babilońskich arkanów Co ma być niech będzie
Czy wiele zim przed nami czy właśnie ostatnia
spycha morze Tyrreńskie na oporne skały
Rozważnie klaruj wino Nadzieję odmierzaj
Na godziny Czas biegnie zazdrosny o słowa
I radując się dziś nie dowierzaj przyszłości
Wiersz skierowany jest do kobiety (dziewczyny?), jakiejś Leukonoe, która najwidoczniej dopytywała się o przyszłość; może pytała w pewien nastrojowy wieczór, czy będzie tak zawsze? Dopytywała się, czy nic się nie zmieni? A może przyśniła własną śmierć, lub śmierć kochanka, i obudziła się ze łzami w oczach? Poeta odpowiada jej z szorstką czułością: od razu wypowiada jej imię, jak zaklęcie, znak tego, że są blisko, że mówi do niej ktoś zaufany, ale nie zagaduje przy tym, że wszystko będzie dobrze. Określanie, kiedy przyjdzie nam umrzeć, to „babilońskie arkana”, czyli wywodząca się z Persji sztuka stawiania horoskopów. Nie ma jak rozproszyć naszych lęków, można tylko je powściągnąć, wykształcając w sobie zgodę na świat i na to, co los przyniesie. Może jeszcze wiele będzie zim – a pewnie każda z nich będzie wpędzać w smutki Leukonoe, kochającą słońce. A może to już rzeczywiście po raz ostatni zimowe sztormy uderzają o skaliste brzegi morza. Czy tak, czy tak, niedawna jesień przyniosła obfite zbiory w winnicach i pora ostrożnie ściągać ze stągwi klarujący się napój. Bo, cokolwiek się zdarzy, wciąż mamy jakieś zadania do wykonania, a ich sens ma być w nich samych, nie w tym, co z nich kiedyś wyniknie. Rzecz jasna, człowiek nie jest w stanie żyć w ściśle rozumianej teraźniejszości, ten ułamek sekundy (nie wydaje mi się, żeby Horacy znał już pojęcie sekundy) jest zbyt krótki, by pozbawiony planów i wspomnień człowiek zdołał się ukonstytuować, był jeszcze sobą. Więc dobrze: rozciągnijmy nasze oczekiwanie na godzinę, nie więcej. A o tym, co dalej, nie wypowiadajmy się, by nie sprowokować zazdrosnego czasu. I w tym momencie właśnie pada słynne horacjańskie „carpe diem”, co Ważyk przełożył mocniej, jakby w oczach dwudziestowiecznego tłumacza nie wystarczało „żyć dzisiaj”, ale trzeba było się dzisiaj „radować”, traktując zarazem przyszłość z całą nieufnością, jak niesolidnego dostawcę, który chronicznie nie potrafi przywieźć tego, o co się go prosiło.
Ten wiersz jest smutny i pogodny jednocześnie. Kojący i gorzki. Pociesza, nie pocieszając. Wzywa do ufności, pozbawionej nadziei. Paradoksalna otucha, zrozumiała pewnie lepiej po pierwszych kilku ciosach od życia. Choć, jeśli mnie pamięć nie myli, zachwyciłem się tym utworem już w liceum (przypadkiem natknąłem się na niego w jakiejś książce na półce siostry). Jeszcze nic nie wiedziałem. Jeszcze się nic mi nie przytrafiło. Ktoś we mnie, mądrzejszy ode mnie, pakował mi chlebak na drogę.
06-07-2007 o godz. 22:35
no i nie ma Pana Jarosława Klejnockiego, a mógłby zacząć
07-10-2009 o godz. 20:26
bardzo piękny wiersz, interpretacja klarowna