Śliczny cytat 2, czyli Riposta

    Muszę przyznać, że wprawdzie moje intencje, z którymi publikowałem „śliczny cytat” (patrz poprzedni wpis w dzienniku) nie były całkiem czyste – poza rzeczywistą aprobatą dla cytatu plątała się tam gdzieś ochota do prowokacji – to Państwa reakcja przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Więc trąbka gra i przystępuję do polemiki z zamieszczonymi dotąd komentarzami.
    Po pierwsze: logika rzeczywiście się przydaje. Na przykład żeby wykrywać nadużycia adwersarzy. A zatem nie jest prawdą, że według mnie „w naukach humanistycznych najbardziej humanistyczne jest to, że giną przez nie ludzie” (kw). Ani że opisana w cytacie „różnica wskazuje na korzyść spraw, o które ludzie są skłonni wzajemnie się mordować” (Hoko). Cytat nie deprecjonuje w ogóle „nauk matematycznych”, stwierdza tylko różnicę między nimi a humanistyką (jeśli stwierdzę, że na Antarktydzie nikt w czasach historycznych nie umarł z gorąca, a w Afryce owszem, nie mówię nic o wyższości jednego kontynentu nad drugim). Otóż ta różnica nie polega na tym, że przez nauki humanistyczne giną ludzie – lub że są skłonni się mordować – tylko że dla obrony tez humanistów ludzie są czasem gotowi oddać życie, a dla obrony tez „nauk matematycznych”” – nie. Chodzi zatem nie o sam fakt śmierci (giną ludzie), ani o budzenie krwiożerczych instynktów („ludzie są skłonni mordować”) tylko o gotowość do poświęcenia życia, o egzystencjalne zaangażowanie.
    Po drugie: jeszcze w związku z logiką. Otryt pisze: „z tekstu tego wynika fałszywa teza, że wartość ma tylko to, za co ludzie są w stanie oddać życie. Ileż znamy przypadków, że ludzie zabijali się z błahych powodów?” Toż to klasyczne pomylenie implikacji (wynikania: jeśli p to q) z tożsamością (p wtedy i tylko wtedy, gdy q). Tekst mówi: jeśli ludzie nie oddają za coś życia, to nie jest to coś dla nich ważne. Nie mówi: ludzie oddają życie za coś wtedy i tylko wtedy, gdy to jest ważne. Oczywiście, że znamy mnóstwo przypadków, gdy ludzie zabijali się z błahych powodów…
    Po trzecie: współcześnie często spotykamy się z szyderstwem, które w związku z tym łatwo dostrzegamy, mamy natomiast kłopot z subtelniejszą od szyderstwa ironią. „Śliczny cytat” jest ironiczny i to, jak mi się zdaje, dwustronnie. To znaczy: oczywiście ironicznie potraktowany jest matematyk, który „nie pozwoliłby sobie wyrządzić najmniejszej krzywdy z powodu jakiegoś równania”. Ale i nauki humanistyczne, choć mają „charakter życiowy”, dotyka tu pewna ironia (może w smutniejszej wersji). Mianowicie dlatego, że ich specyficzna cecha (że prowokują niekiedy ofiarę z życia) wiąże się ściśle z… kruchością. Nierozstrzygalnością. Brakiem obiektywnych kryteriów. Czyli właśnie – związkiem z życiem, które jest kruche, pełne sytuacji nierozstrzygalnych i galimatiasu kryteriów, z których trzeba jakieś wybrać na podstawie aktu wiary. (Wiary – bo aksjomatów się nie dowodzi).
    Po czwarte: powyższe jednak nie oznacza, że „humanistyka próbuje przekonać do swoich racji” za pomocą takich oto sposobów, jak: „sądy, trybunały, fałszywi, bądź prawdziwi świadkowie, (…) tłumy recenzentów, popleczników (…) w końcu naga siła” (Otryt). Rozmaite są sposoby przekonywania do swoich racji, po które sięgają humaniści, nota bene logika jest jednym z nich, bywa też piękno (fizycy zresztą też twierdzą niekiedy, że udana teoria ma, poza ścisłością, swoiste „piękno konstrukcji”) . Ale w stosunku do istoty nauk humanistycznych sięgnięcie po argument „nagiej siły” czy „fałszywych świadków” jest zwyczajnie zdradą, tym gorszą, że niewątpliwie bywa ona początkowo mniej widoczna, niż w przypadku nauk ścisłych. Podobnie nie umiem zgodzić się z mocnym twierdzeniem, że „erystyka to domena humanistów, sztuka wyprowadzenia adwersarza w pole, nie chodzi w niej o szukanie prawdy”. Owszem, także humanistyka szuka prawdy, tylko innymi narzędziami, niż nauki ścisłe. I tu zresztą jesteśmy w centrum sporu: parokrotnie już w zawsze ciekawych dla mnie komentarzach do mojego dziennika spotykałem się z poglądem, utożsamiającym poszukiwanie prawdy z naukami ścisłymi. To pozytywistyczny redukcjonizm, który mam za stanowisko dość nieprzemyślane. I niewątpliwie przeciwko niemu była moja prowokacja ze „ślicznym cytatem” – czy raczej moja manifestacja ze „ślicznym cytatem”, która okazała się prowokacją, jakże udaną :)
    Po piąte, marginalne: mnie też denerwują ci humaniści, którzy są dumni z tego, że mieli kłopoty z matematyką w szkole, a więc na elementarnym poziomie (Otryt). Ostatni raz chwaliłem się tym chyba jako nauczyciel dla pognębienia uczniów, tłumaczących, że nie interesuje ich polski, bo są „umysłami ścisłymi” (takie denerwujące przypadki nie zdarzają się wcale rzadziej, niż ci nieszczęśni humaniści zgłaszający désintéressement dla matematyki), ale skoro już trzeba, to niechże mi wolno zadeklarować, że ukończyłem klasę mat-fiz i pisałem maturę z matematyki „na poziomie rozszerzonym” (jak by się to dzisiaj nazwało), to znaczy dla takich właśnie matematyczno-fizycznych klas. I dostałem z niej komplet punktów. Choć, bo się może zanadto nadąłem, po 27 latach pewnie bym dziś już nie dał rady tego powtórzyć :(
    Po szóste, też marginalne: Czereśnia pisze, że „masy przelewają krew nie w imię wiary czy sprawiedliwości, tylko dlatego, że nie są zaspokajane ich podstawowe potrzeby (głodno, zimno i do domu daleko). Natomiast jednostki przelewają krew w imię wyższych idei (…)”. Otóż byłbym ostrożny z tym przekonaniem o masach. Trzy przykłady: (1) wśród postulatów, które w 1905 roku sformułowali buntujący się na ziemiach polskich robotnicy, pojawił się, poza postulatami płacowymi, postulat zniesienia obowiązku posiadania tzw. „żółtych książeczek” (zdrowia) przez robotnice. Szło o to, że w carskiej Rosji był plan stopniowego objęcia opieką zdrowotną całego społeczeństwa, ale ponieważ nie było na to pieniędzy, więc najpierw objęto nią prostytutki. A w następnym kroku, oczywiście w najwyższym stopniu niezręcznym, objęto nią kobiety pracujące w przemyśle. Wyszło na to, że administracja państwowa traktuje je jak prostytutki… Więc „masy” upomniały się o godność kobiet, co skądinąd wzbudziło wtedy entuzjazm inteligencji. (2) W 1956 roku w Poznaniu robotnicy demonstrowali z transparentami „Chleba i wolności”. Nikt im ich nie podrzucił; sami je wymalowali. (3) W 1980 roku postulat powołania niezależnych od PZPR związków zawodowych nie został podpowiedziany przez inteligenckich doradców, ale zrodził się spontanicznie wśród strajkujących załóg. Jest na ten temat wystarczająco wiele świadectw, żeby nie mieć w tej materii wątpliwości.
    Po siódme, znów trochę bliżej istoty sporu: Faryzeusz napisał, że „nie ma dziedziny o podstawowym znaczeniu dla człowieka. Każdy sam ją sobie wybiera”. Polemizowałbym. Oczywiście, trudno się spierać, że (wyrażając się górnolotnie, ale to z pośpiechu) każdy z nas podejmuje za siebie decyzje aksjologiczne. Już można by się zastanawiać, czy rzeczywiście robi to w kompletnej pustce i jego widzimisię jest ostatecznym kryterium, czy jednak nie istnieją pewne obiektywne lub przynajmniej intersubiektywne kryteria, pozwalające orzec, czy wybiera mądrze, czy głupio. Ale w kontekście „ślicznego cytatu” powinniśmy chyba przez „dziedziny o podstawowym znaczeniu dla człowieka” rozumieć właśnie to, co objawia się w sytuacjach ekstremalnych, granicznych. No właśnie: to, co ludzie naprawdę zagrożeni utratą życia mimo to dalej afirmują. Zdaje się, że ich wybory są wtedy zadziwiająco podobne. Choć, jako się rzekło wyżej, bywa, że niektórzy gotowi są oddać życie za sprawy błahe.
    I po ósme, znów marginalne, ale jednak ważne: Faryzeusz zakończył swój wpis zdaniem „Prof. Gadacz popisuje się swoim fundamentalizmem”. Otóż ta sponiewierana humanistyka zwraca m.in. uwagę na to, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”, jak mówi poeta. Profesor Gadacz jest niewątpliwie człowiekiem wierzącym. Jego filozofia jest filozofią religijną. Ale jeśli jego określimy terminem „fundamentalista”, to jak u licha określimy arcybiskupa Lefebvre’a? Prof. Jacka Bartyzela? Już nie mówiąc o przypadkach nieporównywalnych z nimi: ortodoksyjnych Żydów z dzielnicy Mea Sharim w Jerozolimie czy zgoła Bin Ladena? Więc nie tylko z szacunku i sympatii dla prof. Gadacza, ale dla obrony języka przed lingwistyczną inflacją, stanowczo protestuję przed użyciem tego epitetu w kontekście jego książki!
    A najzabawniejsze jest to, że Michał Sułkowski (fizyk; zazdroszczę i pozdrawiam) precyzyjnie oddał swoimi słowami to samo, co było w cytacie, i nikt z Państwa nie wysłał go do odrabiania ćwiczeń z logiki.
    Za wszystkie komentarze dziękuję. Ciekawie jest się nie zgadzać. To w jednym z numerów „brulionu” sprzed kilkunastu lat pojawił się aforyzm: „Tylko boks zbliża ludzi”. No, słowo „tylko” było może lekką przesadą…
    PS. Pojawiły się też dwie sugestie: żebym opowiedział o moim spotkaniu z Michelem Houellebecqiem i żebym zrecenzował rząd Donalda Tuska. Co do tego drugiego zadania, to przy wszystkich wadach tego rządu, ma on tę właśnie zaletę, że pozwala mi nareszcie odpocząć od polityki (no, inna sprawa, że w okresie Mistrzostw Europy zaktywizowało się moje telekibicostwo i myślę głównie o piłce, zresztą nie przede wszystkim o polskiej). Choć może w pewnej chwili się zmobilizuję, ale chyba nie przed urlopem (choć właśnie odkryłem, że z kolei Aquirre mnie od zamiaru tego odwodzi). Co do zaś do Houellebecqa, to w piątek ma się ukazać w „Dzienniku” zapis debaty z pisarzem, w której wziąłem udział. I jeśli po tej publikacji będzie wyglądało na to, że coś jest do dodania, to – obiecuję, dodam.

4 razy skomentowano wpis “Śliczny cytat 2, czyli Riposta”

  1. otryt napisał(a):

    “Ciekawie jest się nie zgadzać.” - z tym Pańskim zdaniem najchętniej się zgodzę. Z innymi trochę mniej. Dosyć łatwo przyszło Panu w kolejnych zdaniach zamienić dumę z powodu matematycznej ułomności w postawę braku zainteresowania dla matematyki. Przyzna Pan, że to nie jest to samo. Następnie twierdzi Pan, że tak samo liczne są dwie grupy młodzieży: tych niezainteresowanych matematyką i mających identyczny stosunek do polskiego. Przecież ta metoda pochodzi z arsenału Schopenhauera. Zmienić nieco znaczenie zdania wypowiedzianego przez adwersarza, a następnie to zmienione zdanie obalić. Smutno mi się trochę zrobiło, że z erystyki zrobił Pan sierotę, do którego humanistyka nie chce się przyznać. Przecież jej znajomość może być przydatna i pożyteczna w obronie prawdy, gdy rozmawia się z osobą, która jej metody stosuje. Uważam, że nie ma tu pełnej symetrii. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto byłby dumny z tego, że nie czyta książek lub nie potrafi pisać i wyprowadzał z tego wniosek, że to dlatego, bo ma umysł ścisły. Odwrotne przypadki zdarzają się dość często. Czyim więc dzieckiem jest sztuka prowadzenia sporów? Matematyków?

    Pisze Pan: “Ale w stosunku do istoty nauk humanistycznych sięgnięcie po argument “nagiej siły” czy “fałszywych świadków” jest zwyczajnie zdradą, tym gorszą, że niewątpliwie bywa ona początkowo mniej widoczna, niż w przypadku nauk ścisłych.” Tu się zgadzam, użył Pan mocnego słowa: zdrada. Czy jednak tego rodzaju “argumenty” nie są stosowane? Cała choćby polityczna poprawność na tym się opiera, że stosuje się argumenty pozamerytoryczne. A jak to było w czasach hańby domowej? Wielu, jeśli nie większość humanistów sprzeniewierzało się prawdzie. Słyszałem kiedyś o rodzinie z dziada pradziada humanistycznej (niestety nazwiska nie pamiętam), że w czasach stalinowskich jej członkowie postanowili zostać… matematykami, bo łatwiej było zachować twarz i móc patrzeć w lustro. Potem te matematyczne umiejętności przekuli w pieniądz - sprzedawali przeróżne, pasjonujące gry logiczne, które sami wymyślali. Matematykowi łatwiej jest być wiernym prawdzie. To matematycy częściej są idealistami niż humaniści, częściej wierzą w Boga, rzadziej bywają cynikami. Matematyk lub fizyk też miewa dylematy moralne, ale innego rodzaju. Zastanawiają się czy mogą swoje odkrycie lub wynalazek pokazać światu? W jaki sposób to ludzie wykorzystają?

    Pisze Pan dalej: “Owszem, także humanistyka szuka prawdy, tylko innymi narzędziami, niż nauki ścisłe. I tu zresztą jesteśmy w centrum sporu: parokrotnie już w zawsze ciekawych dla mnie komentarzach do mojego dziennika spotykałem się z poglądem, utożsamiającym poszukiwanie prawdy z naukami ścisłymi.” Widocznie są jakieś powody, że ludzie tak twierdzą. Ja też uważam, że humanistyka jest powołana do szukania prawdy o człowieku. Jednak z jakichś powodów często tego nie robi. Pomijam już fakt, że mogą błądzić w dobrej wierze, to można jeszcze usprawiedliwić. Często jednak działają w złej wierze. Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Pierwszym źródłem informacji o człowieku i Bogu jest Biblia. Jedną z pierwszych prawd humanistycznych jest to, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny, że oni dają początek rodzinie. Czy nie zauważa Pan, że przeciwko tej odwiecznej prawdzie występują dziś sądy i trybunały, toczone są walki na ulicach, mediach, książkach i parlamentach. Zawierane są sojusze, stosowane nieuczciwe chwyty?

    Jeszcze o profesorze Gadaczu. Pisał Pan niedawno, że prof. Węcławski nie powinien się raczej dziś wypowiadać, przynajmniej przez jakiś czas, na tematy katolickie. Niech przejdzie jakąś kwarantannę. Kłamstwem profesora Gadacza jest to, że zakłamuje swoją biografię wymazując dokładnie drobny fakt bycia księdzem. Jak mogę poważnie traktować humanistę, który jest po uszy umoczony kłamstwem? Przecież ten pomijany fakt mocno zaważył na jego życiu, myśleniu, twórczości. Odbiorca jego książek powinien o tym wiedzieć. Nie tak dawno wpadła mi w rękę książka łagodząca pogląd na aborcję. Autorem jest były ksiądz, który 30 lat temu zrzucił sutannę. Z zawodu profesor fizyki, z zamiłowania jak widać, nadal teolog. Oczywiście fakt bycia księdzem starannie przemilcza. Jak pokazuje ten przykład, fizyk też potrafi kłamać. Monopolu na prawdę i kłamstwo nie można przypisać ani humanistom ani matematykom.

    Pozdrawiam serdecznie

  2. Hoko napisał(a):

    Ejże ejże, Panie Jerzy, niech Pan nie kombinuje… ;)

    Po pierwsze, skoro jesteśmy tacy logiczni, jakim to prawem wrzucił Pan “wiarę, sprawiedliwość, dobro, ideały polityczne” do nauk humanistycznych? Hę? Wiara i nauka o wierze, sprawiedliwość i nauka o sprawiedliwości to nie to samo i tam wcale nie jest powiedziane, że należy te kwestie łączyć. A to właśnie te rzeczy, wg cytowanego tekstu, “mogą doprowadzić człowieka do tego, że gotów jest ponieść za nie śmierć”. Tam nie ma przeciwstawienia nauk jako takich - bo sytuacja we wszystkich jest w miarę podobna i za kłótniami o teorie stoją emocje zupełnie nienaukowe. Zresztą symptomatyczne jest to zestawienie matematyka kontra reszta świata, a nie nauki ścisłe konra nauki humanistyczne (w cytacie oczywiście). Matematyka wydaje się bowiem różna jakościowo nie tylko od polityki czy historii, ale i od fizyki, która - o ile za bardzo nie operuje wzorami… - bywa całkiem “życiowa”. Bo tu rzeczywiście istnieje fundamentalna różnica: prawdy matematyki to prawdy swoiście tautologiczne, ważne na mocy definicji, gdy tymczasem cała reszta nauki i nienauki w mniejszym czy większym stopniu opiera swoje twierdzenia na jakichś tam odwołaniach do empirii - czy to będzie polityka, psychologia, ekonomia, fizyka, czy… wiara religijna lub filozofia. W tym sensie matematyka jest “nieżyciowa” - mimo że stanowi fundament wielu innych nauk.

    Dalej - protestuję przeciwko przekręcaniu sensu mojego komentarza! :D Napisałem:
    “wcale nie jestem przekonany, czy ta różnica wskazuje na korzyść spraw, o które ludzie są skłonni wzajemnie się mordować”,
    tymczasem we wpisie powyżej mamy:
    “różnica wskazuje na korzyść spraw, o które ludzie są skłonni wzajemnie się mordować”
    No co to za metody, ja się pytam??

    I jeszcze dalej, znowuż o logice. Cytat z powyższego wpisu:

    “Toż to klasyczne pomylenie implikacji (wynikania: jeśli p to q) z tożsamością (p wtedy i tylko wtedy, gdy q). Tekst mówi: jeśli ludzie nie oddają za coś życia, to nie jest to coś dla nich ważne.”

    Otóż, Panie Jerzy, nie wiem, jakich ludzi Pan w na swojej drodze spotykał, być może byli to sami herosi. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że ogromna część ludzi nie będzie skłonna oddać życia za daną sprawę, mimo że będzie ona dla nich bardzo ważna i istotna. To jest złe postwienie problemu. A że w sytuacji gdy w implikacji “p” jest prawdziwe, zaś “q” fałszywe, cała implikacja jest fałszywa, wynikałoby, że “tekst, który tak mówi” - kłamie…

    Niestety, takie właśnie bywają skutki stosowania logiki formalnej do spraw życiowych… ;)

  3. Aguirre napisał(a):

    Panie Jerzy
    Proponuję, żeby zamiast analiz politycznych opowiedział nam pan o swoich emocjach kibica.
    Co takiego jest w tej piłce, że tak nas (mnie też) trzyma godzinami przed ekranem… I dlaczego snujemy refleksje, jakby chodziło o coś więcej niż grę zespołową? Na przykład:
    -To już nie ta sama Francja co 10 lat temu..
    -Nie przepadam za Szwecją, ale Greków powinno się jednak zlinczować…
    -Jaka szkoda, że nie spełniło się powiedzonko mojego dziadka: ‘Nie ma większej przyjemności niż pobić Niemców. No, chyba że się bije Ruskich..’
    (ja wiem, brzmi okropnie, ale w kontekście piłkarskim do przyjęcia chyba).
    Może Pan nie uwierzy, ale na meczu Hiszpania-Rosja pomyślałem ‘Ciekawe, czy monsieur Sosnowski ogląda mistrzostwa?’. Więc dziękuję za to zdanie o aktywizacji telekibicostwa i proszę o konkrety :)

  4. Faryzeusz napisał(a):

    Umieszczenie moralności ponad światem empirycznym oznacza, że moralność ma ulepszać coś co samo jest nieistotne. Moralność jest sztuką dla sztuki, świat jest atrapą, życie jest grą na pokaz, a Bóg robi wszystkich w konia.

    Przyznaję się do przesady lingwistycznej z „fundamentalizmem”.

    Nie widzę różnicy metodologicznej ani egzystencjalnej. Różny jest tylko przedmiot badań.

Dodaj komentarz

(komentarze zawierające odnośniki zostaną usunięte)