Dziś w “Tygodniku Powszechnym”…
…mój artykuł pt. „Zacheusz – instrukcja obsługi”. Tu – trzy fragmenty:
Kiedy ksiądz profesor Tomáš Halík opisuje wyzwanie, stojące przed współczesnym duszpasterzem, chętnie przywołuje opowieść z Ewangelii św. Łukasza o tym, jak pewien człowiek, imieniem Zacheusz, chcąc lepiej widzieć Jezusa – ale pewnie i nie chcąc być przez Niego widzianym – wspiął się na sykomorę. Dla czeskiego duchownego to modelowa sytuacja spotkania z człowiekiem niewierzącym, nie-dość-wierzącym, z kimś „na obrzeżu”. „Czuję – pisze o sobie – że jestem tu przede wszystkim po to, by proponować rozumiejącą bliskość tym, którzy (…) zachowują dystans” . Dziś, gdy na dobre i złe doszło do „prywatyzacji wiary”, granice widzialnego Kościoła uległy rozmyciu i kategoria „obrzeży” stała się niezwykle pojemna. Może nawet do tego stopnia, że kto wie, czy obecnie Zacheuszów nie jest więcej niż uczniów stojących w bezpośredniej bliskości Jezusa. (…)
Jeśli ktoś jest na obrzeżach, warto zakładać, że znalazł się tam w wyniku swoistych, niekoniecznie radosnych doświadczeń. Może nawet należałoby powiedzieć szerzej: mając przed sobą drugiego człowieka warto przyjmować, że jego postawa – czy nam się podoba, czy nie – jest efektem jakiejś jego osobistej historii. Niewykluczone, że ta historia stanowi dla niego istotny składnik tożsamości: cenny, lub dręczący. Ale nawet, jeśli jest to dla niego dręczący ciężar, nikt poza nim nie może podjąć decyzji, by go odrzucić. Zacheusz musi sam, ostrożnie, zejść z drzewa; niecierpliwe ściąganie go na siłę spowoduje, że się potłucze i obalały pójdzie w swoją stronę, leczyć się na własną rękę. (…)
Żeby pobyć z kimś i wysłuchać jego opowieści, trzeba spotkać się z nim. Naturalnym siedliskiem Zacheuszów są, jak się pokazało, korony drzew. Wdrapywanie się na nie, a nawet stanie u podnóża z głową zadartą, wydaje się nie licować z godnością duchownego, tak w Polsce celebrowaną. Tymczasem wygląda na to, że pojawia się tu dość stanowcze albo-albo: chronienie się w „kościelnej dostojności”, lub duszpasterska skuteczność w dziedzinie nawiązywania kontaktów z tymi, którzy są „na obrzeżu”. Trudno nie wspomnieć w tym momencie biskupa Jana Chrapka, którego miałem szczęście poznać niedługo przed jego tragiczną śmiercią. Że ten bezpośredni, skromny i ciepły człowiek jest biskupem, zorientowałem się dopiero po wielu minutach rozmowy – i to przypadkiem. Cóż to byłby za cudowny patron księży, pracujących z Zacheuszami! (…)
Tygodnik Powszechny 2009 nr 39 (z datą 27 września).
24-09-2009 o godz. 09:34
A może zacheizm jest powszechną religią, a na drzewa powłazili katolicy i inni zdeklarowani teiści.
Zgadzam się, że nie należy ich na siłę ściągać z ich drzew.
Tu wraca sprawa „autorytetu moralnego” lub „wzoru osobowego” maglowana nieco wcześniej.
Wydaje mi się, że tego rodzaju autorytety łatwo jest wskazać, ale ciężej zgadnąć co by zrobili na naszym miejscu.
Życiorysy większości powszechnie wskazywanych autorytetów są tak nietypowe, że nie sposób je naśladować. Stąd też sugerowałbym szukanie takich wzorów, których życie nie było wyłącznie pasmem moralnych sukcesów.
Lec napisał, że „lubi czytać życiorysy świętych od tyłu, bo wtedy może uwierzyć, że można zostać człowiekiem”.
Zacheista nie bardzo widzi, dlaczego jedna tradycja ma być wyróżnioną podstawą oceny wszystkich innych tradycji.
24-09-2009 o godz. 10:39
Niektórzy Zacheusze sami znajdą własną drogę do Boga, inni zawsze zostaną na obrzeżach. Trudno uwierzyć, że identyfikuje się Pan z kościołem katolickim, który ludziom niewierzącym, albo wierzącym inaczej ma do zaoferoewania tylko pogardę i poczucie wyższości. stanowczo uważam, że powinien Pan założyć własny kościół.
24-09-2009 o godz. 22:49
Wszelkie nasze urazy: te, wokół których budujemy swoją niewiarę oraz wiarę są do pewnego stopnia złudzeniami. Obrastają znaczeniem, a są to mało ważne wydarzenia. Historia relacjonowana w Ewangeliach jest zapewne poruszająca, ale nazywanie życia, śmierci i - tutaj już zaczyna się sfera opini - zmartwychwstania Chrystusa najważniejszymi wydarzeniami w historii ludzkości to doprawdy niebotyczna hiperbola. Są inne historie, a w dziejach ludzkości istniały inne godne naśladowania postacie - każdy może w nich przebierać, w zależności od stopnia swojego oczytania. A że niektórych nadal fascynuje chrześcijaństwo…
Laicyzacja oznacza upowszechnianie się pewnej wiedzy o świecie, która jest nieodparta: wiedzy o ludzkim ciele, historii Wszechświata, a również procesach społecznych i funkcjonowaniu człowieczego umysłu. Nie chcę zabrzmieć jak zarozumialec (do tego tytułu zresztą nie mam podstaw naukowych), ale naprawdę ciężko mi sobie wyobrazić cywilizowany świat (ten, w którym mimo wszystko żyjemy), który nagle zacząłby na powrót wierzyć w Boga. Powoływanie się na pewne wartości (altruizm, sprawiedliwość, uczciwość, wierność, empatia) - zgoda. Ale żeby tak zupełnie poważnie brać modlitwy i wiarę w różne Najświętrze Panienki?
Pan tak na poważnie z tym katolicyzmem, Panie Jerzy? Czy po prostu “wiara” wynika u Pana z pewnego lęku egzystencjalnego? Nie mówię nawet o tych bredniach w stylu “Przecież nie chcę iść do Piekła”, ale o zwykłym, wulgarnym wykluczeniu społecznym. Żeby wykazać się altruizmem trzeba przecież dzisiaj należeć do Kościoła i - Boże broń! - żeby być antyklerykałem, który tak jakoś “z dobrego serca” chciałby pomóc innym, nie dorabiając do tego ideologii, w którą nie wierzy…
Zatem pytam zupełnie poważnie: Czy Pan, autor tego zacnego blogu/bloga, naprawdę wierzy, że za tą całą rzeczywistością, jak ją czasem nazywamy, istnieje jakieś osobowe bóstwo? I co ten Pan Bóg właściwie robi, siedzi i przygląda się nam w swojej samotnej niewidzialności? Poważnie wprawił w ruch machinę, która zezwala na to by niewidomy wpadł pod metro, a kilkunastu ludzi nie wróciło z pracy?
Zupełnie poważnie jestem w stanie uwierzyć, że początkiem niewiary jest jakiś uraz, wydarzenie biograficzne (mogę naprawdę wyciągnąć dziesięć przykładów “z rękawa”, na poczekaniu), ale czy ten fakt cokolwiek by zmieniał? Mam rozumieć, że gdy wszyscy uwierzymy, świat nagle zmieni się na lepsze? Nie wierzę - to są złudzenia, skrajny subiektywizm. To tak jakby głaskać Leokadię i wyobrażać sobie, że na świecie żaden kot nie zdycha właśnie z głodu. Czasami można coś wyprzeć, ale żeby od razu czynić z tego sposób na życie?
25-09-2009 o godz. 16:30
Nieźle gonił Pan wczoraj z rozmową o Kongresie Kultury
To się nazywa dobrze wykorzystany czas antenowy. Mimo to szkoda że tylko dwie audycje będą poświęcone temu ważnemu wydarzeniu. Czy w związku ze zbliżającym się Międzynarodowym Festiwalem im. Josepha Conrada planuje Pan kolejną audycję z miasta króla Kraka?
25-09-2009 o godz. 22:22
Trochę przebija z powyższej notatki politowanie dla Zacheuszy, jako biednych dzieci, które się czegoś wystraszyły i trzeba je teraz ściągać z drzewa jak głupiutkie kotki. Podchodzić do nich pomału i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Lekceważenie także nie służy niejakiej godności duchownego, a z pewnością nie pomaga w nawiązaniu dialogu.
A ja jako Zacheusz wdrapuję się na drzewo, nie żeby zachować dystans wobec Boga, ale żeby zdystansować się wobec uczniów stojących wokół niego. Nie boję się “ludzi w koloratkach” (men in black), ale im nie ufam, czasami budzą mój niesmak - na poziomie jednostek, nie ogółu. Jednak to co mnie przeraża, to właśnie wspólnota, tłum, masa, w której ciężko mi odnaleźć i ciężko mi uznać ją za swoją.
Wykluczenie ze wspólnoty niekoniecznie jest wynikiem tragicznych doświadczeń - zaryzykuję nawet tezę, że rzadko trauma prowadzi na obrzeża, a częściej narastające pomału wątpliwości, zniechęcenie lub lenistwo. Mnie osobiście odrzucają pozory i pogarda tak często prezentowane we Wspólnocie.
Dlatego będę siedzieć na drzewie, aby móc oddychać. Jak ktoś mnie będzie chciał na siłę ściągnąć, to kopnę, a jak ktoś chce porozmawiać, niech zagwiżdże to sama zlezę na chwilę.
Zacheuszy w SĄ miliony i rzadko kreślą oni (lub inni) wyraźne linie między „wierzącymi” a niewierzącymi”, „bo w Polsce nie ma takich, co nie wierzą zupełnie, nawet w stowarzyszeniach ateistów”.
Pozdrawiam M.
P.S. Mnóstwo Szestowa w pańskich tekstach
25-09-2009 o godz. 22:31
I jeszcze chciałam podziękować za zaktualizowane podcasty Klubu.
Jako, że chwilowo jest to mój jedyny dostęp do audycji, zaryzykuję patos i stwierdzę, że ratują mi one życie
Pozdrawiam
M