Czy pan tak naprawdę…?
Napisaliście Państwo tak –
Ariel: Trudno uwierzyć, że identyfikuje się Pan z kościołem katolickim, który ludziom niewierzącym, albo wierzącym inaczej ma do zaoferowania tylko pogardę i poczucie wyższości.
kw: ciężko mi sobie wyobrazić cywilizowany świat (ten, w którym mimo wszystko żyjemy), który nagle zacząłby na powrót wierzyć w Boga. Oraz: Pan tak na poważnie z tym katolicyzmem, Panie Jerzy? Czy po prostu “wiara” wynika u Pana z pewnego lęku egzystencjalnego? Nie mówię nawet o tych bredniach w stylu “Przecież nie chcę iść do Piekła”, ale o zwykłym, wulgarnym wykluczeniu społecznym. Żeby wykazać się altruizmem trzeba przecież dzisiaj należeć do Kościoła i - Boże broń! - żeby być antyklerykałem, który tak jakoś “z dobrego serca” chciałby pomóc innym, nie dorabiając do tego ideologii, w którą nie wierzy… I wreszcie: Czy Pan, autor tego zacnego blogu/bloga, naprawdę wierzy, że za tą całą rzeczywistością, jak ją czasem nazywamy, istnieje jakieś osobowe bóstwo? I co ten Pan Bóg właściwie robi, siedzi i przygląda się nam w swojej samotnej niewidzialności? Poważnie wprawił w ruch machinę, która zezwala na to by niewidomy wpadł pod metro, a kilkunastu ludzi nie wróciło z pracy?
To są za poważne pytania, żeby je zamknąć w (nawet długim) komentarzu pod wpisem. Dlatego je przenoszę tutaj. Z pewnym zakłopotaniem, bo mówiąc szczerze odpowiedź winna być wypowiedziana półgłosem w jakiejś prywatnej rozmowie, może przy winku (ale oszczędnie nalewanym), a nie roztrąbiona w powszechnie dostępnym miejscu w internecie, gdzie niestety trzeba się liczyć z reakcjami ludzi złych, jak niejaki Szczęsny (za udostępniony Państwu, oczywiście, komentarz do „Listu do Arcybiskupa” dostał ode mnie, jak się mówi chyba w internetowym slangu, „bana” i więcej tu się nie pokaże, ale mogą być inni). Ale z drugiej strony: skoro już te pytania padły, to zmilczeć je też byłoby niezręcznie, bo to by brzmiało, jakbym się wstydził swoich własnych poglądów czy intuicji.
Ja to widzę tak: dziś, zarówno z winy katolików, jak ich oponentów, wyznawanie religii traktowane jest jako coś w rodzaju przynależności do partii (poniekąd o tym będzie „Instalacja Idziego”). Rzecz w tym, że moim zdaniem „bycie katolikiem” oznacza uczestnictwo w znacznie mniej, niż partia, zintegrowanej wspólnocie. Katolikiem jest, mówiąc hasłowo, ksiądz profesor Tomas Halik z jednej, a – powiedzmy – ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus z drugiej strony. Halina Bortnowska i Jerzy Robert Nowak. Co te dwie przykładowe pary ludzi łączy w sensie politycznym? Mam wrażenie, że – nic. Dlatego moim zdaniem nie jest prawdą, że Kościół ludziom niewierzącym, albo wierzącym inaczej ma do zaoferowania tylko pogardę i poczucie wyższości. Wielu hierarchów i wielu katolików – niestety owszem. Ale tak, jak ja w tej chwili rozumiem Kościół, zdanie o oferowaniu pogardy jest równie nieprecyzyjne jak zdanie, które by głosiło, że Polska lęka się Niemców. Obecny prezydent Polski – zdaje się, że tak. Wielu Polaków – tak, z pewnością. Polska? No, jednak chyba nie.
Osobnym problemem jest kwestia „identyfikacji z Kościołem”. Ja zostałem wychowany w katolickiej rodzinie. Więc, pośrednio, zostałem wychowany przez Kościół (wspólnotę, nie hierarchię). To tutaj dowiedziałem się o istnieniu Ewangelii, to tutaj zetknąłem się z Księgą Koheleta, z ks. prof. Tischnerem, to stąd rozumiem (z grubsza) malarstwo El Greka i (jeszcze bardziej z grubsza) symbolikę gotyckich kościołów. Buduje to dość podobny związek, jak z ojczyzną. Czy ja się identyfikuję z Polską? Kiedy stykam się z nacjonalistycznymi krzykaczami, chcę być od nich oddzielony możliwie najgrubszą ścianą. Ale kiedy słyszę, jak pod sztandarami Polski głosi się jakieś głupstwo – to się wstydzę i żenuję, a wstyd by się nie rodził, gdyby nie spontaniczne poczucie związku. I gdy dowiaduję się o sukcesach polskiego teatru za granicą, to mi spontanicznie miło. A gdy ktoś wygłasza przy mnie zdanie, że – powiedzmy – „Polacy są winni wybuchu II wojny światowej” to równie spontanicznie szlag mnie trafia. Otóż podobny zestaw uczuć towarzyszy mi w związku z Kościołem.
W tym Kościele czuję głęboką więź z ludźmi, którzy głoszą wizję katolicyzmu otwartego, oczyszczonego ze związków z polityczną prawicą, pracującego na rzecz ekumenizmu, którzy nie przekłamują nauk Jezusa z Nazaretu. Zdarza mi się, że współczesne oblicze Kościoła jest jednak dla mnie drażniące, że mam ochotę (powtórnie, przed laty już to raz zrobiłem) pójść, gdzie oczy poniosą. Ale wtedy osłabiłbym ten (w Polsce niewielki, zgoda) obóz ludzi, którzy pracują na rzecz sensownego katolicyzmu. Konieczność pozostawania w obrębie tego samego Kościoła, w którym są postaci zgoła odmienne, stanowi dla mnie wysoki, przyznaję, koszt pewnej fundamentalnej solidarności z fajnymi katolikami. Którzy nota bene obrywają z dwóch stron, bo dla swoich wewnątrzkatolickich oponentów są nasieniem szatana, a w oczach przeciwników Kościoła-w-ogóle są w najlepszym razie kimś w rodzaju „dobrych nazistów” (takim tytułem zostałem niedawno sam poczęstowany).
Tyle na temat łatwiejszy, by tak powiedzieć: organizacyjny (czyli na temat poruszony przez Ariela). Kw zadał mi znacznie trudniejsze do wyjaśnienia pytanie. Bo, jak to napisał gdzieś Platon „o tym, co najważniejsze, nie ma nic w moich pismach, gdyż nie jest to policzalne, jak matematyka, i nie da się ująć w słowa”.
Ale spróbujmy. Czy wierzę w Boga, który wprawił w ruch machinę, a teraz siedzi i się przygląda? Nie, to jakieś żarty: Bóg, o ile jest, nie siedzi, nie przygląda się i tak dalej, bo nie jest siwym staruszkiem z brodą. Natomiast w moim doświadczeniu świata jest dość silna intuicja, że istnienie jest tajemnicą, u której źródła znajduje się Coś, co z dostępnych nam słów najlepiej (choć niezbyt dobrze) wyraża pojęcie: „Osoba”. Coś – no dobrze, skoro osoba, to zmieńmy zaimek, więc: Ktoś – kto współczuje.
To dość silne doświadczenie, nie powracające zbyt często, ale należące do tego rodzaju przeżyć, które zakwestionować naprawdę, do końca, można jedynie za cenę pozbawienia się jakiejkolwiek pewności.
Gdyby nie pewien „szczegół”, o którym za chwilę, cała reszta byłaby efektem wybrania określonego języka, służącego do wyrażenia logicznych skutków owego doświadczenia. Można by sięgnąć po jungizm, który każe mówić o Nadjaźni. Można korzystać z dorobku judaizmu czy islamu. W gruncie rzeczy, pomimo nieporozumień, których ofiarą był nawet Jan Paweł II (w książce „Przekroczyć próg nadziei”), można by sięgnąć po buddyzm, rysujący figurę Atmana/Brahmana. Za każdym razem dobrze jest jednak pamiętać aforyzm (nie pamiętam w tej chwili jego autora), że jeśli wyobrazisz sobie jakkolwiek Boga, pamiętaj, że to, co sobie wyobraziłeś, właśnie nie jest (jeszcze) Bogiem. Domyślam się, że dla najgłębiej ufających tradycji racjonalistycznej czytelników tego bloga brzmi to wszystko jak szkodliwe destruowanie ludzkiego języka, ale na tym właśnie polega cała sprawa, że religia (a mówiąc precyzyjnie: wiara) otwiera na to, co radykalnie poza-, ponad-, czy przed- językowe. Co jest jakby ramą dla wszystkich naszych doświadczeń. Definiować tę ramę, to jakby za wszelką cenę starać się dojrzeć, jak wygląda kres własnego pola widzenia.
Wspomniany „szczegół”, który wprowadza tu pewną tradycję, pozwalającą jednak ostrożnie opowiedzieć się za określonym kodem metafor i symboli, to Ewangelia. Czyli opowieść o postaci, która żyła dwadzieścia wieków temu na Bliskim Wschodzie. I tu, proszę wybaczyć, więcej wyjaśnień nie będzie, bo zbliżamy się do sfery, o której nie gada się w blogach. Między innymi – choć nie tylko – dlatego, że sporo mam tu do „przepracowania”, by użyć języka psychoterapeutów. Symbolicznie starałem się tych kwestii dotknąć (znów się pojawi ten tytuł, ale to nie reklama, tylko lojalnie podany „adres bibliograficzny”) w „Instalacji Idziego”. Powieści bardzo często idą przed przemyśleniami, dającymi się ująć w tok dyskursywny.
Budowanie na podstawie Ewangelii reguł życia społecznego i politycznego uważam, mówiąc wprost, za nieporozumienie. W tym sensie nie jestem entuzjastą żadnych regulacji prawnych, które miałyby ludzi zmuszać do życia po chrześcijańsku. To powinno być wolnym wyborem jednostki, mimo że z tym wiąże się ryzyko niepowodzeń (przypominam: pisze to rozwodnik). Tak, Kościół od czwartego wieku ulega pokusom, które w historii znaczy imię Konstantyna, a w literaturze – figura Wielkiego Inkwizytora. Ale lubię to zdanie z Micińskiego, że Ewangelia prześwieca przez widzialne struktury Kościoła „jak przez szkło zakopcone”. Powinniśmy to szkło przecierać, na tyle, na ile umiemy rozpoznać kopeć i na ile potrafimy z nim coś zrobić. Tłuczenie szkła wydaje mi się natomiast marnym pomysłem.
Czy taki sposób myślenia (i na ile potrafię, ale na ogół nie bardzo potrafię, sposób życia) wynika z lęku egzystencjalnego lub konformizmu? Z lęku egzystencjalnego – nie, raczej z… wdzięczności. Bo „przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat” – jak to ujął Max Ehrmann w „Dezyderatach”. Czy z konformizmu? Mam nadzieję, że nie. Deklarowanie, że nie jest się na pewno konformistą, to już zadufkostwo. Nonkonformizm powinno być widać, albo nie ma czego deklarować.
Czy mogę się mylić? Oczywiście. Współczesny człowiek jest rozdarty między Atenami i Jerozolimą – czyli między ofertą sceptycznego Rozumu i żarliwej Wiary. Tak pisał Szestow (nota bene jeśli kiedykolwiek miałbym jednak opuścić katolicyzm, to – tak mi się od dawna zdaje – jedynie dla prawosławia, ale domyślam się, że i tam z bliska i od środka widać wiele rzeczy drażniących; nie ma idealnych wspólnot religijnych). Innymi słowy: wiara wydaje mi się z definicji współistnieć ze zwątpieniem, może nawet pozbawiona wątpienia robi się nadto pewna siebie i ostatecznie traci tożsamość. Wiara ma być pytaniem – twierdzi ks. prof. Halik, a ja kiwam głową – pytaniem o Boga i, w tym samym ruchu, pytaniem o siebie. Tak, zdarzają mi się chwile, gdy wyobrażam sobie świat, zawieszony naprawdę nad nicością, w którym prawdy religijne są wszystkie, co do jednej, złudzeniem (ale to jedynie eksperyment myślowy, bo siłą rzeczy nie ma sposobu na rozstrzygającą falsyfikację!). Wówczas jednak zdaje mi się – być może małodusznie – że w tym jednym przypadku iluzja przynosi ludzkiemu życiu Sens, porządek, że choć prowokuje tyle zbrodni, to przecież prowokuje również nieprzebraną liczbę najwyższych aktów człowieczeństwa (dobra, piękna) i w tym sensie byłaby jednak usprawiedliwiona. I dlatego również ciężko mi wyobrazić sobie cywilizowany świat z którego wiara w Boga byłaby ostatecznie przegnana. Homo sapiens, jak przekonująco (moim zdaniem) pokazał Mircea Eliade, jest z natury istotą religijną – by użyć w końcu argumentu antropologicznego. Co nie oznacza, że formy religijności muszą być niezmienne. Nie, nie muszą.
Na końcu kw pyta o zagadnienie zła. O to, jak ma się Bóg do faktu, że niewidomy wpadł pod pociąg metra, a górnicy zginęli w kopalni. Dla mnie wszelkie teodycee są zawracaniem głowy (pisał o tym sugestywnie Bierdiajew; polecam także książeczkę suspendowanego przez Watykan, wybitnego teologa ks. prof. Hansa Kunga pt. „Credo”). W obliczu tragedii człowiekowi wierzącemu pozostaje milczenie, pełne współczucia. Także: niejasny domysł, że niedyskursywną, ale faktyczną odpowiedzią na to było Ukrzyżowanie. I, rzecz jasna, staranie, by cierpienia na świecie było jak najmniej, a cierpiący nie byli osamotnieni. W którym to dziele antyklerykał (i bezbożnik) jest naturalnie równie cennym sojusznikiem, jak klerykał (i… „bożnik”?!).
A jakiś jeden czy drugi niemądry ksiądz, bulwersująca stacja radiowa, niedorzeczny dokument watykańskiej kongregacji, irytująca wypowiedź tego, czy tamtego biskupa? To są rzeczy ważne, ale w perspektywie tego, o czym – pewnie niezbornie – starałem się napisać wyżej, jakoś tracą zasadnicze znaczenie…
26-09-2009 o godz. 03:57
Chciałam się podzielić uwagą. Niedawno, ktoś o świecie mody napisał, że zaczęła zjadać własny ogon. Tak chyba jest z Kościołem. Zakładając, że dolą owieczek jest zbłąkanie, to Pasterze winni być ich nauczycielami, skupionymi wokół wartości i ich głosicielami. Dziwi mnie, jak wielu Pasterzy przekazuje własne poglądy niezgodne z nauczaniem Kościoła, i nie widać braku apropaty Zwierzchników - nic się nie dzieje, nie otrzymują zakazu nauczania, publicznego głoszenia wątpliwych nadinterpretacji.
W efekcie czuję się jakbym należała do swoistego targetu. W końcu każdy znajdzie, bliskiego swoim poglądom, “doradcę” - dla każdego coś dobrego i dla rasisty, i przeciwnika UE, zwolennika tej czy innej partii, tej czy innej postawy. Wydaje mi się, że historyczne rozłamy w Kościele występowały, gdy wokół głównego nurtu pojawiały się odmienne interpretacje. Obecnie obraz rozmywa się w różnorodności. Gdzie jest prawdziwy Kościół i kto mówi prawdę? Czy jest ona zależny kulturowo, od długości i szerokości geograficznej /w innych krajach w pewne tematy Pasterze nie ingerują, czy jest to więc ten sam Kościół czy inny/? I jak traktować poważnie wskazówki, gdy Pasterze krytykując realtywizm sami go kreują? Jak identyfikować sie ze wspólnotą, która jest ta różna, że aż sama sobie przeczy?
26-09-2009 o godz. 05:41
Panie Jerzy dziękuję za ten wpis… Pozdrawiam
26-09-2009 o godz. 08:32
Witam!
Bardzo interesująca odpowiedź na pytania komentatorów, tylko długa strasznie. W sprawie ,,Instalacji Idziego”:
Czy to był Pański pomysł aby głosem książki, był Wojciech Malajkat, czy kogoś innego?
Jak już wspomniałem wcześniej(2 wpisy wcześniej), to oczywiście moje zdanie prywatne, 11.50 to najbardziej fatalna pora na słuchanie radia(wszelkich słuchowisk) Wydaje mi się, że ludzie którzy jeszcze czytają a także ci którzy chcą by ktoś do nich czytał, to nie osoby, które każdego okołopołudnia siedzą bezczynnie przy radiowym odbiorniku.
Niestety nie każdy słuchacz jest taksówkarzem czy panią w biurze, którzy mogą radia słuchać w pracy.
Kiedyś powieści w trójce były o 14.50 jak dobrze pamiętam, co było bardziej przystępną porą.
Powieści w formie podcastów radio chyba nie udostępnia.
Zapytam jeszcze na koniec, czy miał Pan wpływ na to o której będzie emitowana Pańska powieść (11.50 czy 20.50), dla Pana to pewnie też istotne, jak przypuszczam o której jest słuchana.
kłaniam sie.
Piotr W
26-09-2009 o godz. 11:36
@ Piotr W.

1. Wpis jest długi strasznie, to prawda - ale też dlatego nie mogłem tej kwestii umieścić w komentarzach. I tak się skracałem
2. Ani na porę czytania mojej powieści w “Trójce”, ani na fakt jej czytania, nie miałem wpływu (i starałem się nie mieć). O ile wiem, rozstrzygającym argumentem na rzecz 11:50 była chęć uniknięcia zderzenia powieści z Klubami Trójki, które co drugi dzień prowadzę. Stężenie Sosnowskiego wieczorem byłoby za duże
3. Wybór aktora czytającego powieść nie do mnie należy, ale gdy usłyszałem, że to będzie Wojciech Malajkat - ucieszyłem się.
@ Bogna
To ja dziękuję.
@ Zapomniałam
Przy tym sposobie myślenia o Kościele, który starałem się przedstawić, obecne w nim zróżnicowanie jest naturalne i zdrowe. W gruncie rzeczy “rdzeń tożsamości” katolicyzmu jest dość wąski: określa go nieomal wyłącznie tekst Credo oraz Ojcze Nasz. Oczywiście trochę przesadzam, ale znaczna część tego, co ponadto, to jednak historycznie zmienne dodatki, a nie “istota rzeczy”. I dobrze - przynależność do Kościoła nie powinna zwalniać od myślenia na własną rękę oraz od słuchania własnego sumienia (które nawet jeśli “źle uformowane”, jest instancją rozstrzygającą, jak zapewniał sam św. Tomasz z Akwinu).
Pozdrowienia dla wszystkich Państwa - JS
26-09-2009 o godz. 12:44
Dziękuję za wyczerpujące i szczere wyjaśnienie. Ale czy naprawdę warto “przecierać zakopcone szkło”? Nie twierdzę, że trzeba je tłuc, ale czy nie lepiej patrzeć szeroko otwartymi oczami prosto w słońce? Bez żadnego szkła.
26-09-2009 o godz. 14:57
To niesamowite, ale sporo ludzi wciąż sądzi, że nie można być człowiekiem inteligentnym, myślącym i “na poziomie”, a do tego wierzącym i to w Kościele katolickim. Dołączam się do podziękowań za ten wpis.
26-09-2009 o godz. 15:46
Mam wrażenie, że ateista Woody Allen na jakiekolwiek pytanie związane z kościołem odpowiedziałby: “No wiesz, to jest jak cała reszta”. Życie codzienne pochłania większość ludzi, których znam (Pana Jerzego też pochłania - ma po prostu interesujący zawód, a dodatkowo pełni funkcje “zawodowego katolika”). Dlatego moje pytania miały na celu lekkie wybicie z rytmu codzienności, wprowadzenie - jako pobocznego wątku - tzw. “spraw ostatecznych”. Widzę, że nawet na blogu można.
W każdym razie: muszę szczerze przyznać, że odpowiedź mnie satysfakcjonuje. Rozumiem już, do czego szeroko pojętemu kościołowi potrzebni są “bezbożnicy”. Chodzi o to, że żyjąc obok siebie, wpływamy na siebie w nie do końca uświadomiony sposób. Nie chodzi oczywiście o to, że na święta każdy ubiera choinkę i wpieprza karpia, choćby działał w jakiejś RACJI. Chodzi raczej o fakt, że poziom intelektualny kościoła, katolików (nie tylko zawodowych) jest masą krytyczną poziomu intelektualnego w naszym społecznym otoczeniu, które określamy abstrakcyjnym mianem Polski. A “bezbożnicy” czasami nie pozwalają katolikom zamienić się w grupę osobników używających prymitywnych i kwadratowych argumentów. Zresztą, kiedy na przykład taki Pan Jerzy coś tam sobie w kościele krytykuje, to właściwie jest to przekonywanie przekonanych. Wywarzanie otwartych drzwi w towarzystwie katolickiej inteligencji. Jak ktoś wchodzi do księgarni po “Instancję Idziego”, to z definicji nie jest przecież osobą prymitywną…
Co innego Alicja Tysiąc. Nie wiem, czy możnaby z tą Panią podyskutować o teologii i literaturze (i nie imputuję tu Pani Alicji braku inteligencji, tylko fakt, że ma po prostu inne zajęcia, jej życie jest bardziej skomplikowane). Ale jak ta kobieta stanęła w szranki z ludźmi, którzy jednak kościół reprezentują w stu procentach oficjalnie (Oni są zapisani do Partii, a nawet zasiadają w najwyższych Organach Wykonawczych - Prezes, jak wiadomo, jest Niemcem, a Partia ma siedzibę niedalego premiera Berlusconiego), to w tej walce nie poniosła bynajmniej druzgocącej klęski. Poparły ją świeckie instytucje, ani radzieckie, ani hitlerowskie - normalne, a pośrednio nawet wybieralne.
Tak więc Alicja Tysiąc nie pozwala spokojnie zasnąć “katolickim publicystom”, a Pan Jerzy prowadzi interesujące dyskusje wewnątrz tzw. kościoła otwartego. Czym charakteryzuje się kościół otwarty? Tym, że mogę do niego wejść i z niego wyjść bez poczucia, że jestem indoktrynowany, ba!, mogę się nawet nie deklarować jako osoba wierząca. Taka sobie niesformalizowana organizacja, przyjazna ludziom. Jej członkowie i członkinie wierzą, że Ktoś, kogo ten zaimek do końca nie określa, przygląda się nam wszystkim (Nam, ludziom) ze współczuciem, że ułożył świat w taki sposób, że jeśli tylko odkryjemy, jak powinniśmy w sensie etycznym działać, nie będzie nam czego współczuć…
Taki kościół nazywa się świat, a ta religia to chyba życie. Skoro Ktosia nie sposób sfalsyfikować i nie jest to ten starzec od kreacjonistów, to właściwie o co kruszyć kopie? A że nie wszyscy chodzą do kościoła regularnie, czyli trzy razy w roku… Kościół? You know, it’s like anything else…
26-09-2009 o godz. 22:01
Dziękując za odpowiedź z innej beczki pytanie:
Gdy piszę ten komentarz, akurat w Szwajcarii w najlepsze obraduje kapituła nagrody im. Kościelskich
Czy w ciemno można stawiać na Przemysława Borkowskiego?
Zapytam w związku z tym czy wybiera się Pan (może należy zapytać czy został Pan zaproszony)9 października na wręczenie nagrody połączonej z ,,Wielkim Nocnym Czytaniem” do miasta, które Pan już odwiedził w tym tygodniu, do dawnej stolicy polaków. Rozumiem, że laureaci z lat poprzednich są zapraszani w pierwszej kolejności. Bo ile to już lat 7, 8? Przy tej okazji mała podróż do przeszłości i pytanie czy wtedy spodziewał się Pan tej nagrody?
Piotr W
26-09-2009 o godz. 22:14
Panie Jerzy - dziękuję. Po prostu.
Jeśli wolno - słówko do @Ariela. Prosto na słońce się nie da - oślepia i boli. Być może wspomniany kopeć to swoista, zamierzona, ochrona naszych oczu?…
Pozdrawiam - gepe
27-09-2009 o godz. 19:25
To słońce, które miałem na mysli nie oślepia.
28-09-2009 o godz. 16:40
Ariel - domyślam się co (właściwie Kogo) miałeś na myśli
Nie mniej twierdzę, że ‘to słońce’ potrafi kiepsko przygotowanego oślepić i pytania nie wycofuję - pozostaje jak najbardziej w mocy.
Pozdrawiam - gepe
28-09-2009 o godz. 18:34
Witam.
Tak mi się przypomniało, że na pytanie o to, jak Bóg może pozwalać na to, by niewidomy wpadał pod pociąg, albo cały autobus pełen niewinnych niczemu dzieci spadał w przepaść, dobrą odpowiedź przeczytać można w “Tabletkach z Krzyżykiem” Pana Szymona Hołowni. Zdaniem teologów, na opiniach których opiera się autor, nie można za takie przypadki winić Boga, bo to przecież pierwsi ludzie, ( a zdaniem niektórych teologów, było ich niekoniecznie dwoje, ale znacznie więcej) świadomie i dobrowolnie wybrali całkowitą wolność i niezależność, wraz z całym bagażem nieszczęść i ryzyka z tym związanego. Z kolei teolog, jezuita, ojciec George Coyne, w niezmiernie ciekawej i pasjonującej rozmowie z Richardem Dawkinsem, mówi, że jego zdaniem Bóg w chwili obecnej w najmniejszym stopniu nie ingeruje w życie człowieka. Twierdzi, że On ograniczył się do stworzenia świata i nic już nie musi ( nie chce?) robić.
Pozdrawiam Pana Jerzego i wszystkich jego czytelników.
P.S. Słyszałem Panie Jerzy, Pana rozmowę w Trójce z “dizajnerką”, skąd inąd bardzo sympatyczną osobą. Jak tylko się zaczęło, wiedziałem, znając Pana polonistyczne wykształcenie, że będzie ciekawie i tak też było. Muszę powiedzieć, że i dla mnie “baton” kojarzył się dotąd wyłącznie ze słodkim, małym co nieco i dopiero jak i Pan zwrócił na to uwagę, to zorientowałem się, że chodziło o “button”…
29-09-2009 o godz. 10:52
Gepe: Wszystko sprowadza się do tego, że niektórzy potrzebują pośrednika, żeby dotrzeć do Siły Wyższej, a inni nie. W tej sprawie nie ma jedynej słusznej odpowiedzi, więc nikt się nie myli i nikt nie ma racji. Pozdrawiam
29-09-2009 o godz. 18:28
Hm. Przyznaję, że czasem mnie “Pan” irytuje - to zresztą raczej problem ze mną i moimi wyobrażeniami, które mi się roją na “Pana” temat wobec tekstów (stąd cudzysłów) - ale za takie właśnie wypowiedzi mam do Pana słabość i chętnie napiłbym się z Panem (już bez znaczków) tego wina, wznosząc toast za Pana zdrowie (także duchowe). Nie tylko, że blisko mi do tego, co Pan napisał, to blisko mi tym razem do tonu - spokojnego i otwartego na innych rozumienia spraw.
Co do pojawiających się tu wypowiedzi o pośrednictwie w Drodze - moim zdaniem, jak ktoś mówi, że “osiąga coś” lub dociera “do Kogoś” o własnych siłach, to ja już jestem przekonany, że to nic. Cóż bowiem człowiek w obliczu Istnienia może sam z siebie?
Fenomen chrześcijaństwa polega między innymi na tym, że aby uwierzyć B., trzeba uwierzyć ludziom we wzajemnym się rozpoznawaniu i tworzeniu wspólnoty.
Panu i wszystkim czytelnikom (ze sobą włącznie) życzę rozwoju. Wiara w to, że nie wszystko jeszcze “wydarzyło się w sprawie człowieka i świata ” mogłaby chyba wielu pogodzić, zarówno religijnych, jak i nie. Pozdrawiam.
30-09-2009 o godz. 22:19
“Jeśli wyobrazisz sobie jakkolwiek Boga, pamiętaj, że to, co sobie wyobraziłeś, właśnie nie jest (jeszcze) Bogiem” - ale czy to właśnie nie jest to opisywane przez Pana pozbawianie się jakiejkolwiek pewności, kwestionowanie najważniejszego? Każda religia ma jakieś wizje tego, kim jest Bóg (nie w sensie wyglądu oczywiście, bo tu można mówić jedynie o radosnej twórczości). Na tym zasadza się - między innymi - tożsamość religii. Trudno też wyzuć się z wyobraźni, własnych wizji, przemyśleń. Nie uważa Pan?
30-09-2009 o godz. 23:08
@Magdalena
Nie, nie sądzę, by przytoczony aforyzm oznaczał “kwestionowanie najważniejszego”. Nie wyraża on radykalnego sceptycyzmu, a jedynie założenia tzw. “teologii apofatycznej”, czyli negatywnej: uznającej, że w dociekaniach teologicznych możemy w gruncie rzeczy próbować ustalić jedynie, czym Bóg NIE JEST, gdyż Bóg tak różni się od znanego nam świata, że wydaje się wątpliwe, by w stosunku do Niego dawało się używać dostępnych nam pojęć, łącznie nawet z czasownikiem “być” w przyjętym przez nas, tutaj, sensie. Przyznam, że teologia apofatyczna, żywiej rozwijana w prawosławiu, niż w chrześcijaństwie rzymskim, wydaje mi się niezwykle pociagająca (na tyle, na ile ją znam, to znaczy bardzo pobieżnie!), odpowiadająca tym intuicjom, z których się powyżej zwierzyłem. W praktyce oznaczałoby to nie: całkowite odrzucenie swoich wyobrażeń na temat Boga, ale: traktowanie ich jako - w najlepszym razie - niedoskonałych metafor czy, mówiąc matematycznie, “zgrubnych” przybliżeń, do których przywiązywać się przesadnie nie należy. Jeszcze inaczej mówiąc: chodziłoby o pokorę w obliczu Tajemnicy, którą tak chętnie zastępujemy przekonaniem, że przecież już Boga zdefiniowaliśmy, przyszpililiśmy słowami jak motyla w gablotce. “Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie…” - to są słowa Kochanowskiego, dość wieloznaczne, ale być może zawierające tę właśnie przestrogę.
W jednym ma Pani chyba rację: zdaje się, że to bliskie mi “apofatyczne” myślenie wprawdzie nie unieważnia tożsamości rozmaitych religii, ani różnic między nimi, ale tym drugim zwłaszcza odbiera status czegoś absolutnie fundamentalnego. Przynajmniej w obrębie judeochrześcijaństwa, bo to refleksja zrodzona w obrębie tej właśnie tradycji.
Pozdrowienia - JS
01-10-2009 o godz. 09:54
Witam,
Muszę przyznać, że droga, którą Pan podąża jest mi bardzo bliska. W KRK cenne jest dla mnie właśnie to, że jest on tak różnorodny. Jest rzymski i powszechny równocześnie.
zapomniałam napisał(a): „Obecnie obraz rozmywa się w różnorodności. Gdzie jest prawdziwy Kościół i kto mówi prawdę?”
Ależ prawdy nie można przekazać za pomocą określonego dogmatu, definicji, informacji intelektualnej. To zawsze jest droga własnych, osobistych poszukiwań. Zawsze. Bez tego właśnie pozostaje przynależność partyjna bądź sekta, gdzie wszyscy bez wyjątku mają poglądy identyczne. Dodam od siebie, że równie ważnym elementem tej drogi jest doświadczenie systematycznej praktyki modlitewnej.
Pozdrawiam, Maciej.