Idzie Idzi (2)
![]()
Jutro, tzn. w poniedziałek 28 września o godzinie 11:50 zaczyna się na antenie Trójki czytanie mojej nowej powieści, „Instalacja Idziego”. Następne odcinki: o tej samej porze, codziennie od poniedziałku do piątku.
Mam nadzieję, że „Instalacja Idziego” jest śmieszna i smutna jednocześnie. Napisałem ją z… irytacji. Wiele by mówić o przyczynach tego uczucia (może kiedyś), tymczasem wolę zaproponować Państwu fragmencik (z wersji, którą mam w komputerze, tzn. sprzed redakcji, więc tekst w druku może się trochę różnić):
Waldek sprawdzał swoją pocztę internetową dwa razy dziennie (…) Tego listu o mało przedwczoraj nie skasował, bo nie miał cierpliwości do maili bez tematu, ale nie trafił kursorem na ikonkę „Do kosza”, a że w pracy nauczył się kilku przesądów, uznał to za znak i posłusznie otworzył wiadomość:
„Waldku, pozwalam sobie zwrócić się do Ciebie po imieniu, licząc, że mnie pamiętasz. Miła pani w Twojej redakcji nie chciała ujawnić Twojego numeru telefonu, o co oczywiście nie zgłaszam pretensji, zwłaszcza, że podobno i tak odczytasz mój list w ciągu 24 godzin. Dwadzieścia lat temu byliśmy sobie bliscy, przepraszam, że to wspominam, ale pamiętam Cię jako wspaniałego faceta i wierzę, że nie odmówisz mojej prośbie. Zwłaszcza, że związana jest z tym, co się wtedy wydarzyło. POTRZEBUJĘ TWOJEJ POMOCY!!! Nie zawracałam Ci głowy przez te wszystkie lata, ale teraz naprawdę nie mam innego wyjścia. Proszę, zadzwoń do mnie jak najszybciej. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jakie to ważne. Będę czekała. Moja komórka 0 699 996 999. Nie zawiedź mnie, błagam. Jola Janik”.
Jola Janik. Ha, Jola Janik. Poznali się na samym początku studiów, w posierpniowej gorączce, na jednym z zebrań uniwersyteckiego samorządu. Starsza o rok przedstawicielka wydziału ekonomii i zarządzania zachwyciła go wdziękiem, z jakim narzucała wszystkim wokół swoje zdanie. Robiła wrażenie dziewczyny, która dokładnie wie, czego chce. Szybko stali się nierozłączną parą, ale zarazem, od samego początku, było w ich związku coś toksycznego. Kiedy brylowała w towarzystwie, czuł dumę, lecz także zazdrość, bo wydawało mu się nieprawdopodobne, że za którymś razem nie wyjdzie z innym – i nie uspokoił go odkryty po pewnym czasie fakt, że wśród kolegów uchodziła raczej za równego kumpla, niż budzącą oskomę piękność. Kiedy jej ulegał w rozmaitych sprawach, a tak się działo przeważnie, złościł się, że spod władzy rodziców trafił znów w ręce kogoś, kto permanentnie wie lepiej (w tamtych odległych czasach różnica roku czyniła ją w jego oczach znacznie starszą i bardziej doświadczoną). No i było jeszcze jego katolickie wychowanie, przedmiot nie kończących się kłopotów. Jola nie rozumiała Waldkowego zawikłania, że przecież należy poczekać do ślubu, że jeśli naprawdę się kocha, nie chce się traktować drugiego człowieka instrumentalnie, a pocałunek nie jest grzechem tylko pod warunkiem, że trzyma się na wodzy swoje myśli. Waldek od ósmej klasy podstawówki był ministrantem, słyszał wielokrotnie, jak to chłopcy wymuszają na swoich dziewczętach „dowody miłości” i nic go nie przygotowało na sytuację odwrotną, kiedy musiał tłumaczyć się, dlaczego w dwuosobowym pokoju, który trafił im się przypadkiem podczas jakiegoś wyjazdu studenckiego koła PTTK, leży na swoim łóżku jak kłoda, zamiast przenieść się na to drugie. Nigdy potem nie słyszał, żeby ktoś tak się śmiał – zdrowo, a przecież, jak mu się zdawało, urągliwie. Wkrótce zaczął przesuwać granice tego, co mu wolno (niby pod presją, ale chętnie), zaplątał się w wielopiętrowe labirynty uzasadnień i usprawiedliwień, coraz doskonalsze, a przecież bezużyteczne w chwili, gdy w niedzielę rano szedł do kościoła i czuł się niegodny, żeby przystąpić do komunii. Najdziwniejsze było dla niego to, że Jola, jak zresztą większość jego znajomych w czasach Solidarności i stanu wojennego, deklarowała się również jako katoliczka. W końcu, nie mogąc wytrzymać narastającego krążenia między niebem a piekłem, przyzwoleniem i potępieniem, pod wpływem lektury świętego Augustyna postanowił rzucić wszystko w diabły i zostać księdzem. Byli wtedy w Karkonoszach (rodzice Waldka przestali już protestować na te wyjazdy we dwójkę, odprowadzali tylko syna długim spojrzeniem, gdy pospiesznie zarzucał na ramię plecak i wybiegał). Jola widziała, że coś się z nim dzieje, zdarzyło mu się nawet wybuchnąć przy niej płaczem jak dziecko; w końcu wyznał jej, że ciągnie go coś innego, że musi pomyśleć nad sobą i tak dalej – słowa „seminarium” nie potrafił wymówić. Sama się domyśliła; wyzwała go od zasmarkanych gówniarzy, życzyła „dobrej zabawy w towarzystwie eunuchów” (pamiętał to do dziś), spakowała się jeszcze tego samego dnia i poszła na przystanek PKS-u. Kiedy zaproponował, że ją odprowadzi, powiedziała krótko, żeby się odpieprzył. Nigdy jej więcej nie zobaczył. Słyszał, że wzięła urlop dziekański, a potem, że wyprowadziła się pod Warszawę. Epitet z listu, że był w jej oczach „wspaniałym facetem” wydał mu się w kontekście tych wspomnień dość podejrzany.
– Cześć – usłyszał. – Jak dobrze, że jesteś.
Podniósł oczy i ujrzał pękatą paniusię z podwójnym podbródkiem, ubraną w szarą spódnicę, białą bluzkę i różowy sweterek z dzianiny. Wielką czerwoną torbę ze sztucznej skóry, nieco przetartą na krawędziach, umieściła, siadając, na sąsiednim krześle. Tylko jej głos, słyszany wczoraj w komórce, pozostał ten sam i te same były oczy: jasnobrązowe, prawie żółte.
– Cześć – powiedział wreszcie, kiedy doszedł do siebie. – Przepraszam, zamyśliłem się.
– Dobrze, że oglądam telewizję – odparła – bo bym cię nie poznała. Zmieniłeś się.
Waldek zamilkł na dłużej, bo wydawało mu się, że przeciwnie; natomiast ją czas po prostu stratował. Na szczęście podeszła kelnerka, więc zapytał Jolkę, czego się napije, i zamówił jeszcze jedną kawę. Kobieta przyglądała mu się wciąż badawczo, co pewien czas uśmiechając się bez powodu, jakby przypominała sobie, że powinna wydać się miła. Przez telefon nie chciała powiedzieć, o co chodzi, zamiast tego zasypała go gradem podziękowań, że zadzwonił. Waldek wciąż nie wiedział, czego ma dotyczyć jej prośba, ale zdawał sobie sprawę, że musi to być coś kłopotliwego, więc nie chciał przedwcześnie pytać, w czym rzecz.
– W czym rzecz? – wyrwało mu się.
Sięgnęła do swojej monstrualnej torby i wygrzebała pudełko „Caro”.
– Nie chcesz się najpierw dowiedzieć, co u mnie słychać? – zapytała, a jej głos zadrżał, jakby była na granicy histerii. Więc nie zdawało mu się wczoraj. I Waldek poczuł lęk, co jeszcze przyniesie mu ten dzień.
– Przepraszam – powiedział, już drugi raz w ciągu kilku godzin żałując, że rzucił palenie. – Zachowuję się idiotycznie. Ale odniosłem wrażenie, że to coś pilnego.
– Tak – odparła. – Mamy dziecko.
Więc dookoła dranie, bezbożnicy i dziwki, a naprzeciwko – wariatka. Nie pytając o pozwolenie, sięgnął po papierosy i wyciągnął jednego. Trudno; przed powrotem do domu będzie musiał wypłukać usta. Teresie zresztą powiedział, że idzie się spotkać z kolegą z pracy, który ma dla niego jakąś niekonkretną propozycję. Uważał, że pierwsze żony prawdopodobnie ufają mężom, przynajmniej niektóre, ale od czwartych nie sposób tego wymagać: jest się z zasady w stanie permanentnego oskarżenia.
– Przepraszam cię – odezwał się wreszcie najostrożniej, jak potrafił. – To chyba niemożliwe. Widzę cię po raz pierwszy od dwudziestu lat. I nie jesteśmy najmłodsi.
Spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem, a potem nagle gruchnęła śmiechem, od którego musiały zadrżeć fundamenty pobliskiego zamku. Śmiech przeobraził się w kaszel i nagle zgasł.
– Głuptasie – powiedziała głosem tak ciepłym, że Waldkowi zrobiło się nieswojo. – Przecież nie mówię ci, że jestem w ciąży. Nasze dziecko ma dwadzieścia lat. To chłopiec, bardzo mądry, ale teraz przeżywa trudny okres i tylko ty możesz nam pomóc.
„Instalacja Idziego” powinna się znaleźć w księgarniach pod koniec października.
27-09-2009 o godz. 07:27
Fajny numer komórki, zapamiętałem jeszcze po szybkiej lekturze to z mailami i sentencje o pierwszych, czwartych żonach i zaufaniu - o reszcie będę się wypowiadał po większej części, z którą na pewno się zapoznam
Pozdrawiam
27-09-2009 o godz. 07:36
Witam niedzielnie!
1.Gdy pisałem wczorajszy wpis przed 22 jeszcze nie było wiadomo, jednak nie Przemysław Borkowski, jak wielu mogłoby się założyć. Ale Tadeusz Dąbrowski ;to chyba to dobry wybór, wszak nie pojąc kryteriów, którymi się kapituła nagrody im. Kościelskich. W związku z tym prosze zajrzeć do poprzedniego Pańskiego wpisu i udzielić odpowiedzi na krótkie pytania, które tam postawiłem.
2. W sprawie ,,Instalacji Idziego” zadam pytanie, które już zadałem kiedyś, czy ma Pan informacje, o tym: czy książka cenowo będzie podobna do chociażby ,,Tak to Ten”
pozdrawiam
Piotr W
27-09-2009 o godz. 09:10
Ciekawie się zapowiada. Ale czy kolejność nie powinna być odwrotna: najpierw ukazanie się książki, a potem dopiero jej radiowe czytanie?
27-09-2009 o godz. 17:28
@tamizdat

Na wszelki wypadek dodam, że w książce jest zastrzeżenie, iż rozmaite rzeczy w niej, między innymi NUMERY TELEFONÓW, są fikcją literacką i autor nie bierze odpowiedzialności… itd.
@Piotr W.
Ja też nie znam dokładnie kryteriów, którymi kieruje się kapituła Nagrody Kościelskich. Sam dostałem ją lat temu osiem. Czy się jej spodziewałem? - nie, przynajmniej do (sierpniowego bodaj) telefonu, w którym pewna znajoma osoba twierdziła, że “mówi się jakoby”, co zresztą wprawiło mnie w panikę (nie liczyłem się z tą nagrodą, natomiast skoro mi już powiedziano, że “mówi się jakoby”, ewentualne przyznanie jej komu innemu byłoby dla mnie ciężką próbą charakteru. Właśnie od tego momentu mój stosunek do nagród literackich jest dość, zapewne, dziwaczny: zawsze bardziej myślę o sfrustrowanych przegranych, niż radosnych zwycięzcach. Nawet kiedy sam jestem wśród tych drugich, co się chyba po Kościelskich jeszcze z raz zdarzyło). Skądinąd też mi się wydaje, że Tadeusz Dąbrowski to dobry wybór, acz - uczciwie mówiąc - nie miałem na ten temat tak zdecydowanej opinii, jak gdy życzyłem Kościelskich Tomaszowi Różyckiemu. Na wręczenie nagrody w tym roku raczej się nie wybieram - dni wolne od pracy rezerwuję na swój “tour z Idzim po kraju”, bo może będzie
A co do ceny “Instalacji Idziego” to… nie wiem (naprawdę!). Przynajmniej na razie.
@ Jaro
Najpierw ukazanie się książki, a potem jej radiowe czytanie, to - o ile wiem - kolejność z czasów przedkapitalistycznych. Proszę przy tym pamiętać, że książki są obecnie czytane na antenie radiowej WE FRAGMENTACH i (jeśli się nie mylę) tak, żeby zakończenie pozostawić otwarte, jako bonus dla tych, co kupią książkę…
Pozdrowienia dla Wszystkich - JS
28-09-2009 o godz. 08:58
Wypada wobec tego czekać i na książkę i na jakieś podpisywanie w zaciszu malutkich księgarń, a nie w tych ogromnych bezdusznych hipermarketach z kulturą na kilogramy (tutaj mi się przypomina konflikt z filmu “Masz wiadomość”
).
A fragent - mówię to szczerze i bez podlizywania się - ciekawy i zachęcający do zapoznania się z resztą :).
28-09-2009 o godz. 12:50
Panie Jerzy,
niech mi ktoś powie, że nieświadomość nie ma wpływu na język. Niech mi ktoś powie, że nasze (moje) uprzedzenia nie mają wpływu na postrzeganie świata. Gdybym nie włączył dzisiaj radia i nie posłuchał przez te parę chwil Pana Malajkata (swoją drogą, On czytał trochę jak męski głos z programu komputerowego IVONA), to żyłbym w przekonaniu, iż napisał Pan powieść pt. “Instancja Idziego”. Nie znam się co prawda na świętych zbyt dobrze, ale byłem przekonany, że jakiś Idzi jest… może i jest, ale czy tworzy instalacje? Zresztą bardziej mi to pasowało: Apokryf - Instancja (wersja alternatywna - wersja prawowierna), Agłaja - Idzi.
A więc INSTALACJA IDZIEGO - tytuł nietuzinkowy, pod względem marketingowym dystynktywny, ale…
Jak Pan napisze kolejną powieść, to zna Pan mojego maila. Jestem dobry w wymyślaniu tytułów
Pozdrawiam
28-09-2009 o godz. 16:03
To z ‘fikcją literacką’ pewno nie zadziała. Prędzej czy później, znajdzie się ktoś, kto zapyta : ‘to ile pański syn ma teraz lat?’
Pozdrawiam,
28-09-2009 o godz. 19:56
Biorąc pod uwagę, że książki czyta się we fragmentach, a w dodatku o godzinie w której czytana jest Pańska książka, jestem nieco zajęty zawodowo… po przeczytaniu powyższego fragmentu skończy się tak, że ją kupię…
29-09-2009 o godz. 17:55
Czytałem z uśmiechem i ukłuciem, więc pewnie jest jak trzeba
Pozdrawiam.
04-10-2009 o godz. 21:39
Ją czas “stratował” , a jego nie? Strasznie mizoginiczny opis.
04-10-2009 o godz. 22:14
@Ariel
Na litość boską, nie zauważył Pan, że ja tu kpię z faceta, który ma wrażenie, że wygląda tak samo jak dwadzieścia lat wcześniej?! Przecież to “natomiast ją czas po prostu stratował” to zapis myśli Waldka!
Ściskam, choć jestem troszkę wstrząśnięty
JS
04-10-2009 o godz. 23:01
Ciekawa jestem, co Pan sądzi o dzisiejszym werdykcie jury w sprawie literackiej nagrody NIKE.
Liczę na choćby króciutki komentarz :).
05-10-2009 o godz. 00:15
Witam!
1.Literacka nagroda ,,Nike” ma już swojego właściciela, jakieś zaskoczenie dla Pana?
2. Gdzieś mimo uszu zasłyszałem, że za kilka dni nagrywana będzie w “Trójce” nowa wersja “karpia”. Czy ma Pan w nim swoją frazę do zaśpiewania lub zamelorecytowania? Bo jak to kiedyś było ,,Bo jak się ogrzeje przy barszczu, /nie straszne mu mrozy i śniegi/ i dalej pójdziemy a w marszu/ gęstnieją nasze szeregi/ czy jakoś tak to brzmiało
Pozdrawiam
Piotr W
05-10-2009 o godz. 13:31
@Jaga, Piotr W
Szczerze i serdecznie cieszę się z nagrody NIKE dla Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego! Zamiast komentarza pozwolę sobie - nieco zuchwale - przytoczyć fragment książki Jarosława Klejnockiego i mojej sprzed TRZYNASTU lat. Rozmawiając tam na koniec o największych indywidualnościach w tzw. pokoleniu “brulionu” powiedzieliśmy, kryjąc się za kryptonimami “A” i “B”:
“B: (…) trzeba koniecznie wspomnieć o Eugeniuszu Tkaczyszynie-Dyckim, poecie, który jakby przyszedł znikąd, nigdy nie drukował w brulionie, dość długo się go nie zauważało, a przecież dla ujrzenia tej formacji w pełnym świetle jest pewnie równie istotny, jak Świetlicki czy Podsiadło. (…)
A: (…) byłoby dobrze, żeby nie uciekł nam z pola widzenia jeszcze jeden poeta, kto wie, czy nie równie intrygujący, jak Świetlicki, Tkaczyszyn-Dycki i Podsiadło, mianowicie - Grzegorz Wróblewski.
B: Czwarty wieszcz…?
A: Czwórka, piękna liczba”. (Chwilowe zawieszenie broni, Warszawa 1996, s.174-175)
I żeby nie zabrzmiało to nadto pysznie, że taki mądry byłem, lojalnie ujawnię, że Tkaczyszyna-Dyckiego wprowadził do naszej rozmowy, jako “B”, mój Znakomity Współautor, ale ja się z nim zgadzałem !!!
Zatem pozdrowienia dla Jarosława Klejnockiego
i serdeczności dla Państwa,
nie mówiąc o głębokich ukłonach dla Laureata.
JS
@ Piotr W
O “karpiu” jeszcze nic nie wiem. W dziedzinie wokalistyki nie czuję się najlepiej, choć gdyby mi zaproponowano, nie odmówię… JS
05-10-2009 o godz. 18:40
Zdanie o stratowaniu to zapis myśli Waldka, ale opis wyglądu tej nieszczęsnej kobiety jest chyba obiektywny (a może jest projekcją wyobrażeń bohatera?), chociaż praktyka wskazuje, że kobiety w tak zwanym pewnym wieku wyglądają lepiej niż ich rówieśnicy. Ale rozumiem, że to nie Pan jest męskim szowinistą, proszę sie nie denerwować.