Mały pomniczek samemu sobie (z kolegą)

    Już w komentarzach do poprzedniego wpisu, sprowokowany przez Państwa, wyraziłem radość z powodu nagrody Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, przypominając przy tej okazji – nie bez satysfakcji – że zwracaliśmy na niego uwagę, pisząc z Klejnockim „Chwilowe zawieszenie broni” (mówiąc dokładniej, Klejnocki zwracał uwagę, a ja gorliwie przytakiwałem). Przeczytałem właśnie podobny w tonie wpis w blogu Jarosława Klejnockiego i zalała mnie tzw. fala wspomnień. Zwłaszcza, że jest ranek, a ja siedzę w domu, uziemiony od kilku dni grypopodobną infekcją.
    Krytyką literacką zajmowałem się w gruncie rzeczy tylko kilka lat, od 1993 do 1998 roku. Wcześniej oczywiście, jak wielu polonistów, dostawałem do zrecenzowania jakieś książki, ale to była praca „na doskok”; książki zresztą miały na ogół charakter naukowy (filologiczny, mówiąc precyzyjniej) lub popularno-naukowy. Dopiero zetknąwszy się z twórczością rówieśników z kręgu „brulionu” poczułem zew krwi i zacząłem o nich pisać nie dlatego, że ktoś u mnie zamówił tekst, tylko że chciałem ponazywać sobie powody, dla których te nowo powstające utwory mnie poruszają – co było o tyle dziwne w moim przypadku, że przez kilka lat po dyplomie miałem do bieżącej produkcji literackiej, a szerzej mówiąc: do współczesności w ogóle stosunek zdecydowanie negatywny. Gdyby wtedy ktoś mi zaproponował wehikuł czasu, przeniósłbym się bez zastanowienia w pierwsze lata dwudziestego wieku, kibicować narodzinom preekespresjonizmu. W rezultacie – jak pamiętam, gdzieś ten zeszyt niestety się wala – przeglądając pierwsze numery „Tygodnika Literackiego”, w którym toczył się właśnie spór o programowy wiersz „Dla Jana Polkowskiego” Marcina Świetlickiego, notowałem sobie w pamiętniczku, że „nic mnie to nie obchodzi”, „nuda coraz gorsza” i zdaje się, że też nie najlepsze miałem wrażenia z wieczoru, jaki brulionowcy urządzili na warszawskiej polonistyce (występował tam wówczas Świetlicki, jeszcze bez Świetlików, a także anarchistyczny kabaret „Twe Twa”).
    Przełomem stał się numer 14/15 „brulionu”, który podrzuciła mi znajoma z uniwersytetu (sam tego pisma nie kupowałem, darowałem sobie też zakup antologii „Przyszli barbarzyńcy”, czego dzisiaj sobie dla odmiany nie mogę darować). Nagle coś bardzo mi bliskiego znalazłem w opublikowanych tam wierszach, jakiś odzew znalazło też we mnie zuchwałe ogłaszanie, że narodzili się „Nowi Skamandryci” i poetyka skandalu. Piotr Kosiewski namówił mnie wtedy, jesienią 1993, na napisanie dużego tekstu o pierwszej, „fioletowej” (?! – zawsze uważałem ją za purpurową, czy zgoła amarantową) serii tomików z biblioteki, a ja przekopawszy się przez nie wybrałem sobie trzech autorów, którzy mi się spodobali najbardziej: Świetlickiego, Podsiadłę i Marcina Barana. Mój tekst ukazał się w „Kresach” bodaj wiosną 1994 i od tego momentu właśnie zaczynam liczyć moje „zajmowanie się krytyką”.
    Wkrótce znalazłem się na linii frontu, nieoczekiwanie – bo wydawało mi się, że zwracam uwagę na rzeczy bezdyskusyjnie wartościowe, tymczasem pochylanie się nad debiutantami natknęło się nagle na wściekły opór wielu krytyków i wielu czytelników. Napsuło mi to wiele krwi, a dzisiaj jest źródłem niezbyt pięknej zapewne, mściwej satysfakcji. To były ostatnie lata przed epoką internetu, a ja od tamtej pory zbyt wiele razy się przeprowadzałem, żebym dysponował materiałem dowodowym – więc muszę ufać pamięci – ale doprawdy reakcje na to, co pisałem wraz z kilkoma jeszcze rówieśnymi mniej więcej krytykami (Rafałem Grupińskim, Krzysztofem Vargą, Jarosławem Klejnockim, od pewnego momentu także z Kingą Dunin…), były niezwykle stanowcze. Oczywiście, najdobitniej wyrażano się w rozmowach prywatnych; tak, czy tak, nasłuchałem się i naczytałem, że z kolegami robimy ludziom wodę z mózgu, przedstawiamy tanią grafomanię jakby to były objawienia literackie i zajmujemy się „impresariatem”, czyli mówiąc po prostu załatwiamy po znajomości szum recenzencki byle komu. Ze strony starszej krytyki szedł w stronę ówczesnych debiutantów niezmienny komunikat, który skwitował kiedyś ze złością Grupiński tak: „choćbyście się, dziewczęta i chłopcy, zesrali, i tak nie napiszecie nigdy niczego tak interesującego, jak Szymborska”. Rzecz jasna, zaperzałem się coraz bardziej i pisałem zawsze o tej nowej fali literatury trochę lepiej, niż by wynikało z rozsądnego namysłu. Ale miałem poczucie, że robię to uczciwie w tym sensie przynajmniej, że inwestuję w falę ludzi niezwykle zdolnych, których warto otoczyć ciepłem nawet odrobinę na wyrost, bo pisarz wzrasta w klimacie życzliwości, jego pióro robi się pewniejsze, kiedy czuje, że ma kibiców. Na zgryźliwości, że po moich faworytach zostanie makulatura, wzruszałem ramionami oficjalnie; nieoficjalnie, w czterech ścianach miałem czasem poczucie, że to jest bicie głową w mur i że tego lekceważenia wokół się nie zwalczy, do moich/naszych gustów nikogo się przekonać nie da (choć można było przewidzieć, że, jak to brutalnie ujmował Tekieli, biologia jest po naszej stronie…).
    W 1996 roku Klejnocki namówił mnie, żebyśmy napisali razem książkę o rówieśnikach. W założeniu miał to być niekonfrontacyjny wykład, dlaczego wydają nam się oni ważni („niekonfrontacyjny”, bośmy tymczasem sami się zorientowali, że nie tylko nasi adwersarze zacietrzewili się bez sensu, ale i my też trochę). Po niej miałem wrażenie, że com miał do zrobienia, zrobiłem; z paroma autorami tymczasem naprawdę się zaprzyjaźniłem i głupio mi było pisać o nich recenzje – zdawałem sobie sprawę, że niebezpieczeństwo „kolesiowatości” istnieje naprawdę – a zresztą dojrzewała we mnie ochota, żeby, jedno z dwojga, skończyć nareszcie rozgrzebany doktorat, albo napisać powieść, w każdym razie przestać się zajmować sprawami bieżącymi. Rok później miałem już na warsztacie „Wielościan” (jeszcze bez tytułu) i wiedziałem, że z krytyką trzeba zrobić koniec. Więc napisałem jeszcze tylko sporą recenzję z „Wierszy zebranych” Podsiadły (można ją znaleźć w „Czekaniu cudu”) i od tamtej pory, mam wrażenie, nic więcej w tym stylu. Ale „Chwilowe zawieszenie broni” (dzięki, Jarku, że mnie wziąłeś na wspólnika) pozwala mi dzisiaj sprawdzić, jakich to „grafomanów” wskazywaliśmy w owej epoce „heroicznej”, skądinąd myląc się w większości uzasadnień, dlaczego należy ich czytać (historia potoczyła się inaczej, niż to sobie wyobrażałem). I naprawdę miewam ciągle jeszcze, jak się okazuje, ochotę postawić moim ówczesnym polemistom przed oczy tę listę faworytów i przyjrzeć się, jakie dzisiaj mają miny (polemiści, nie faworyci).
    Oto ta lista: Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk, Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki; a także – Grzegorz Wróblewski, Marcin Baran, Marcin Sendecki, Dariusz Suska, Dariusz Sośnicki, Izabela Filipiak, Natasza Goerke, Manuela Gretkowska.
    Procent trafień, ośmielę się powiedzieć, naprawdę przyzwoity. I satysfakcja byłaby większa, gdyby po latach te rachunki jeszcze kogoś obchodziły. Ale temperatura sporów tymczasem spadła – a zresztą nasi polemiści albo zamilkli, albo powymierali, albo (i to najlepsze) udają dzisiaj, że nie byli naszymi polemistami…

21 razy skomentowano wpis “Mały pomniczek samemu sobie (z kolegą)”

  1. Lena napisał(a):

    Bylabym wdieczna, gdyby mi ktos wytlumacym, na czym polega fenomen Tokarcuk. Zaczynalam czytac pare jej ksiazek zwiedziona entuzjastycznymi recenzjami, ale nie udalo mi sie zadnej doczytac do konca. Uwazam jej ksiazki za totalne grafomanswto i doprawdy nie rozumiem tego powszechnego zachwytu nad jej pisaniem. A Bieguni to juz taka zenada, taki zbior frazesow, ze czytac sie nie da.
    Panski tekst i uwagi o kolesiostwie wyjasniaja ten jednoglosny zachwyt…Smutne.

  2. Św. Prosper z Akwiatanii napisał(a):

    A co z tym doktoratem? Jaki temat pracy ? Czy zostanie ukończony? Czy nie męczy Pana Red., że jeszcze nie powstał.
    Pozdrowienia od św. Propera

  3. Jerzy Sosnowski napisał(a):

    @Lena
    Oj, aż odmłodniałem czytając Pani wpis, bo to dokładnie, jakbym rozmawiał z jakimś polemistą sprzed piętnastolecia. I byłby niemal wdzięczny, gdyby tylko nie przekręciła Pani moich słów w celu nietaktownej insynuacji - bo ja wspomniałem o “kolesiostwie” właśnie w kontekście przerwania swojej działalności recenzenckiej, a nie zdradzając się z jakichś szemranych pobudek dla tej działalności - bo ich nie było. Tylko bezinteresowny zachwyt, proszę sobie wyobrazić.
    Co do Tokarczuk (i w ogóle opinii o literaturze): To, że nie udało się Pani przeczytać do końca żadnej książki Tokarczuk, nie jest argumentem na rzecz tego, że ona źle pisze. Ma Pani święte prawo nie lubić jej pisarstwa. Ale już z określaniem “Biegunów” jako zbioru frazesów bym nie szarżował… Mnie się akurat podoba ta książka ORAZ uważam, że jest znakomita. Tłumaczyłem to w swoim czasie w tym blogu, więc tam odsyłam. Krytyk kieruje się, rzecz jasna, swoim gustem, ale winien umieć go określić, uzasadnić, a i zrelatywizować, jeśli trzeba. Czytelnik tego obowiązku nie ma, ale za to nie powinien, jak mi się zdaje, mieszać zdań typu “lubię / nie lubię”, do których ma prawo, ze zdaniami typu “to jest dobre / to jest żenada”.
    @ Św. Prosper z Akwitanii
    Dziś już nie sądzę, żebym miał wrócić do mojego śp. doktoratu. Jego zarys pt. “Mediacje Tadeusza Micińskiego” znajduje się w książce “Czekanie cudu”, a gotowy (długaśny) pierwszy rozdział po przeróbce przybrał kształt… powieści pt. “Prąd zatokowy”. Czasem mi w duszy coś jeszcze zadrga, ale przypominam sobie wówczas zdanie Heraklita o rzece. Choć pamiętam również tytuł, zdaje się, jednego z filmów o Bondzie: “Nigdy nie mów nigdy”.
    Ukłony dla obojga Państwa - JS

  4. Faryzeusz napisał(a):

    To może spróbuję pociągnąć wątek książki Tokarczuk “Bieguni”.
    Przeczytałem to coś w całości i nie miałem wrażenia, że jest źle napisane, ale raczej, że to bardzo dobrze napisana książka o niczym. Zainteresowała mnie jedna strona z całości.

    Co do diagnozy, że żyjemy w wyjątkowym momencie historycznym, w którym nic nie jest ustalone, wydaje mi się złudzeniem optycznym.
    Po pierwsze trudno opisać własną sytuację nie wiedząc do czego ona prowadzi (ale chyba trzeba próbować), po drugie - przepraszam za populizm - elita może sobie podróżować. Może coś w tym jest, ale obawiałbym się uogólnienia.
    Tak więc głębi umysłowej nie dostrzegłem. Raczej fajerwerk literacki (ale takie mam zdanie na temat całej literatury).

    A nasza epoka może przypomina okres ok. 1900 roku, ale to by dobrze nie wróżyło.

  5. Jarosław Klejnocki napisał(a):

    Jerzy, może i ja wymyśliłem książkę, a może nawet bardziej od Ciebie naciskałem, by docenić Dyckiego, ale znakomita część rozmaitych potwierdzających się dziś interpretacji i tez z “Chwilowego zawieszenia broni” powstała w Twojej głowie. I ja też dziękuję, że się zgodziłeś.

  6. Piotr W napisał(a):

    Witam!
    Przy okazji wszelkich literackich nagród, zbliża się wielkimi krokami ta najważniejsza, mowa o literackim ,,Noblu”. Zatem kogo typujemy w tym roku?
    Pamiętam, kiedyś, że przy okazji tej nagrody, już nie pamiętam komu przyznanej (Jelinek czy Pamukowi) miał Pan swoje mądre słowo w kwestii tej nagrody w ,,Trójce” zdaje się w audycji Piotra Barona. Zatem z którym nazwiskiem do bukmacherów, redaktorze szanowny?
    Z ukłonami
    Piotr W

  7. kw napisał(a):

    Tokarczuk, Stasiuk, Sosnowski - wszystko to taki postmodernizm dla ubogich. Zawsze miałem wrażenie, że czytelniczy zachwyt pochodzi z braku wiedzy, że ktoś mu sprzedaje rzeczy wtórne. Wtórne wobec filozofii, reportażu, teologii… Nie zmienia to faktu, że ostatnia książka Tokarczuk jest okej, a pierwsza książka Stasiuka to ożywcza profanacja oparta na wszystkim, co tylko było przez polską prozę wypierane ze świadomości. Co do Sosnowskiego - póki co, jest dobry lokalnie. Może to talent rozmieniony nieco na drobne.

  8. Jerzy Sosnowski napisał(a):

    @ Piotr W.
    Nie chcę podważać Pańskiej pamięci, ale u Barona, jeśli mówiłem o Noblu, to chyba nie mogłem być ja. Literackie Noble od dawna wprawiają mnie w zdumienie i zakłopotanie, bo o kolejnych laureatach dowiaduję się w chwili, gdy zostają laureatami, co oczywiście znaczy jedynie, że za mało znam współczesną literaturę światową; gorzej, że kiedy potem nadrabiam braki, nie zawsze rozumiem, dlaczeho uhonorowano właśnie ich (jak mi się to przydarzyło z Le Clezio, a także ze skądinąd znanym mi wcześniej Dario Fo). Więc zupełnie nie umiem zabawić się w noblowskiego lotka…
    Pozdrowienia - JS

  9. Jaro napisał(a):

    A ja wiem kto dostanie Nobla - feministyczno-gejowsko-alterglobalistyczny postpostmodernista. A na poważnie - ci, którzy powinni dostać już dawno nie żyją.

  10. kw napisał(a):

    1. Philip Roth
    2. Salman Rushdie
    3. Ko Un
    4. Milan Kundera
    5. Herta Müller
    6. Haruki Murakami
    7. Amos Oz
    8. Adam Zagajewski from Poland
    9. Andrzej Stasiuk from Eastern Europe

  11. Piotr W napisał(a):

    1. Dziś przeglądnąłem ,,Chwilowe zawieszenie broni “, proszę nie popadać w skromność bo nie tylko mały pomniczek, ale i równy obeliskowi laterańskiemu Panom się należy. :-)
    2. W sprawie Nobla to na pewno był Pan. Nie pamiętam już dziś czy to było 3 może 4 lata temu, został Pan zaproszony na kilkuminutową rozmowę do porannej czy przedpołudniowej audycji, jak dobrze pamiętam w charakterze radiowego ,,eksperta od literatury” do skomentowania Literackiego Nobla. Nie pamiętam dziś czy był to dzień w którym przyznawano nagrodę i miał Pan typować zwycięzce, albo dzień później i skomentować werdykt akademii.
    Nie pamiętam doskonale, ale mówił Pan wtedy podobnie, jak napisał w tym wpisie i chyba wyraźnie uciekając od miana bycia ekspertem w tej kwestii, może przez brak jakiejkolwiek logiki w werdyktach szwedzkiej akademii.
    Porę zapamiętałem, bo chyba i Pan ,jeśli pamiętam nieswojo się czuł o tej porze na antenie. Do wszystkiego tu brak pewności, ale Pan jest pewny na 100 %.
    Oczywiście nie udowodnię tego Panu, bo musiałbym brać słuchaczy trójki na świadków, jednak myślę, że radio ma taką moc i ma gdzieś to nagrane.
    3. Słuchałem wczorajszego klubu.
    Oczywiście najszczersze gratulacje dla laureatek za nagrodę Prix Italia za reportaż o Tekli Bondarzewskiej.
    Tak mi się wydaje, że w dziedzinie reportażu i dokumentu stajemy się światową potęgą.
    Tegoroczna laureatka pani Michalak, jest zdobywczynią tej nagrody w poprzednich latach. Jak dobrze pamiętam o płaszczyku, nie wiem jakiego koloru, który przybył z Australii do podlubelskiej wsi i stał się przyczyną wielu perypetii.
    Gdy wtedy Pani Michalak z Radia Lublin otrzymała tę nagrodę, Pan przeprowadzał z nią rozmowę w ,,klubie trójki”. Temu chyba Pan nie zaprzeczy :-) To tyle ode mnie, dziękuję
    Piotr W

  12. Jerzy Sosnowski napisał(a):

    @ Piotr W
    Nie, nie, powoływanie niezależnych świadków nie będzie potrzebne :) ponieważ dokładniejszy opis mojego występu pogodził mnie z myślą, że to jednak ja :) . W poprzednim komentarzu chodziło mi jedynie o to, że nie wydaje mi się, bym się dał kiedykolwiek namówić na wypowiedź na temat Nobla o innym przesłaniu, niż że nigdy nie wiem, czego się spodziewać, jestem zaskoczony itd. Wtedy wydawczyni Barona rzeczywiście chyba mnie wzięła z zaskoczenia…
    Rozmowy o “Niebieskim płaszczyku” też się nie wypieram, ale - swoją drogą - pamięć podziwiam. To było ładnych parę lat temu!
    Pozdrowienia - JS

  13. Jurodiwiec napisał(a):

    Tamta temperatura sporów, że wrócę do punktu wyjścia rozmowy, docierała do mnie wyrywkowo. Pamiętam kiedyś w Nowej Rudzie najazd grupy Na Dziko, skądinąd teraz pewnie potrafiłbym wskazać co i kto ciekawy z tej grupy wyrósł nad miarę. Ale wówczas było w tym sporo hucpy, niemało zwykłego chamstwa. Występ “Na Dziko” wrył mi się w pamięć, ówczesnego 17latka piszącego postherbertowskie epigońskie wersliberki (nie wiem czy jest wiele lepiej) jako antyteza wszystkiego co mi drogie, ważne i wartościowe. Dojrzewanie, że nie wszystko było takie złe, takie anty, takie bezsensu zabrało mi jakieś 10 lat. Konkluzje przyszły gdy temperatura jakiegokolwiek sporu o literaturę osiągnęła poziom bliski letniemu. Mimo tego pozostała mi głuchota na Świetlickiego (poza kilkoma wyjątkami). Ale podkreślam - to raczej moja wada słuchu. Bardzo mi szkoda, że ciągle nie jest należycie doceniany Maliszewski (być może w ramach efektu samozaćmienia), spadła jakość Podsiadły. “Wychwyt Grahama” był czymś zupełnie znakomitym, doskonałym wyważeniem tego co czułe i drpaieżne, sacrum i profanum, rozgadania i rozedrgania. “Kra” mnie zawiodła. Taki maxi-singiel dla fanów. Nie wiem co dalej z Andrzejem Stasiukiem. Lubię to udawanie rzeczywistości, kolejne reportaże, logoreiczne opowiadactwo, ale zastanawiam się czasem - quo vadis? Na nobla za mało. Czekam na przełom, ucieczkę od znanego.
    Podobna ściana obaw gdy chodzi o Suskę.

  14. Lena napisał(a):

    Panie Jerzy, przepraszam za mala zlosliwosc z tym kolesiostwem, choc mowiac szczerze nie posadzam o nia Pana, choc naprawde nie rozumiem Pana zachwytow nad proza Tokarczuk :) Mowiac troche zuchwale, uwazam, ze “kazdy glupi” jest w stanie cos takiego napisac.. Ja tam wole poczytac Baumana i jego diagnoze wspolczesnosci a nie jakies nieudolnie podrobione obserwacje Tokarczuk. Sama duzo podruzuje, wiec jak przeczytalam recenzje Biegunow, popedzilam od razu by ksiazke kupic, zeby przeczytac jakas glebsza analize swojego tez doswiadczenia, a tu banal goni banal! Korci mnie czasem, zeby napisac jakas porzadne recenzje pisarstwa Tokarczuk, ale kto by mi to wydrukowal…:))
    Bo kolesiostwo jest wszechobecne niestety i nie wierze juz recenzjom.
    Niedawno ogladalam jakis program, w ktorym pewna pani polecala pewna ksiazke, ktora brzmiala interesujaco, wiec poszperalam w googlu, a tu sie okazuje, ze obydwie panie sa wspolautorkami poprzednich kilku ksiazek. Zenada!

  15. Jerzy Sosnowski napisał(a):

    @Lena, kw
    Pani Leno, to ja przepraszam, jeśli zbyt impetycznie zareagowałem, biorąc w dodatku rzecz całą do siebie - rzeczywiście o “Biegunów” jestem skłonny pojedynkować się na ubitej ziemi :) , natomiast co do pozamerytorycznych okoliczności wpływających na kształt recenzji to jestem gotów się do pewnego stopnia dziś zgodzić, choć sprawa wydaje mi się nieco bardziej złożona, niż gdyby miała polegać na tym, że się recenzenci znają z autorami. W kraju, w którym czytelników jest tak mało (więc : piszących o literaturze jeszcze mniej, boć to podzbiór tamtej grupy) znajomości są chyba nie do uniknięcia… Co nie znaczy od razu, że się pisze PO ZNAJOMOŚCI recenzje. Ja zresztą w tej chwili nie jestem bezinteresowny, jako autor książek, więc milknę.
    Natomiast w Pani komentarzu, jak w komentarzu kw, uderzyło mnie coś innego. Kw pisze: “Zawsze miałem wrażenie, że czytelniczy zachwyt pochodzi z braku wiedzy, że ktoś mi sprzedaje rzeczy wtórne. Wtórne wobec filozofii, reportażu, teologii…” Pani mu wtóruje: “Ja tam wolę poczytać Baumana i jego diagnozę współczesności a nie jakieś nieudolnie podrobione obserwacje Tokarczuk”. Pojawia się pytanie, czy lojalnie jest zestawiać powieści z tekstami o charakterze eseistycznym czy zgoła naukowym. Czy Państwa opinie nie oznaczają przypadkiem, jedno z dwojga: (a) że Państwo po prostu nie cenicie powieści jako gatunku; (b) że powieść jako gatunek jest obecnie, jak zresztą twierdzi wielu teoretyków literatury, gatunkiem drugiej klasy, gatunkiem z natury rzeczy skażonym wtórnością, zdetronizowanym przez eseistykę właśnie. I tu znów muszę jedynie zasygnalizować swoją wątpliwość, by następnie zamilknąć, skoro nie dość, że lada moment ukaże się moja powieść, to jeszcze kw rozważa pozycję w hierarchii niejakiego Sosnowskiego i z kontekstu wnoszę, że może nie chodzić o poetę Andrzeja…
    Ukłony - JS

  16. Faryzeusz napisał(a):

    To może od ostatecznego laureata ważniejsze są typy bookmacherów?
    W końcu mają w tytule “book”, więc może się znają.

  17. kw napisał(a):

    Pani Herta Müller (powyżej na piątym miejscu) właśnie została laureatką nagrody Nobla. Przypominam, że jej powieść pt. “Głód i jedwab” ukazała się po polsku stosunkowo niedawno (Wydawnictwo Czarne?). Będzie co czytać, bo ani to archaiczna Lessing, ani też męcząca Jelinek…

  18. Faryzeusz napisał(a):

    Poniższy wpis – tak jak pozostałe – jest wyłącznie prowokacją.
    Podobieństwo do prawdziwych myśli czysto przypadkowe.

    W czasach Shakespeare’a podrzędnym gatunkiem był dramat, a za Chopina – mazurki i oberki.
    Może to nie tak źle dla powieści, że jest gatunkiem podrzędnym.
    Literatura poważna może zboczyć w takim kierunku jak poważna muzyka współczesna, albo poezja łacińska w czasach, gdy już nikt po łacinie nie mówił.

    Ja bym po laicku proponował następującą demarkację eseju od powieści: esej to teza z uzasadnieniem, powieść to zmiana tezy. Autor powieści może być wtórny wobec treści filozofii, teologii itd., ale nie może być propagandystą wciskającym czytelnikowi określoną (i być może dodatkowo wtórną) filozofię. Literatura zaczyna się tam, gdzie nie jesteśmy w stanie z góry przewidzieć w jakim kierunku popłynie myśl autora (i nie chodzi tutaj tylko o samą akcję).

    To wszystko wymyśliłem oczywiście wyłącznie w celu pogrążenia powieści „Bieguni” i tym samym zdenerwowania Pana Redaktora.
    Otóż w „Biegunach” od początku do końca Autorka niezmiennie atakuje czytelnika tą samą tezą („wszystko się zmienia” – to jest zresztą teza która niezmiennie pojawia się od zawsze). Jest to sztuka z tezą, powieść tendencyjna. Nie ma żadnego ruchu myśli. Takie jest niebezpieczeństwo filozofowania przez literatów, którzy usiłują być głębocy. Gdyby byli mniej głębocy, mogliby być bardziej oryginalni. Gdyby Pani Tokarczuk opowiedziała nam, jak w jej głowie zalęgła się myśl napisania powieści „Bieguni” – to by była literatura (i można ją spotkać w wywiadach prasowych).
    Filozofowanie jest typowe dla wczesnych, niedojrzałych jeszcze okresów literackich.

  19. Św. Prosper z Akwitanii napisał(a):

    Św. Prosper rozeznał sprawę. Doktorat Pana Red. musi być ukończony. Bez doktoratu nie ma Pan Red. prawa być rektorem tego blogu.

  20. Faryzeusz napisał(a):

    Ja mam nieco inną hipotezę.
    Niemożliwe, żeby jedna osoba dała radę z tym wszystkim.
    Musi być co najmniej kilku braci bliźniaków/ sobowtórów, którzy występują w radiu, telewizji, piszą bloga, itd. itp. itd.
    Inaczej, to byłby cud.

  21. kw napisał(a):

    Albo przynajmniej czekanie cudu…

Dodaj komentarz

(komentarze zawierające odnośniki zostaną usunięte)