Idzie Idzi (3)

    Z mojej strony zapadła dziesięciodniowa cisza, jeśli nie liczyć dwóch czy trzech komentarzy do komentarzy (!) na tej stronie. Poza tym już nawet Jarosław Klejnocki nie upomina się o dalszy ciąg „Biblioteki”, choć ostatni z ulubionych wierszy zamieściłem tu bodajże na początku lata. A to wszystko dlatego, że do wielkiego finału zbliża się akcja pod kryptonimem Zet Em, czyli Zmieniamy Mieszkanie. Najwygodniej byłoby zawiesić na parę tygodni inne obowiązki, ale się nie da, więc przerzucamy się z Ukochaną od pracy zawodowej do kwestii mieszkaniowych i na odwrót, rozpoczęliśmy już bieganie po urzędach i innych tego rodzaju instytucjach, a że – odpukać – dziś dostajemy klucze do naszych nowych drzwi (i tego, co za nimi…), więc teraz już naprawdę przez jakieś dwa tygodnie będzie trwało organizacyjne tornado. Nota bene – lada moment odłączam się w związku z tym od Sieci i kiedy się znowu przyłączę, Bóg raczy wiedzieć. Mam oczywiście nadzieję, że jak najszybciej, ale w takich razach dość nieprzyjemnym echem rozbrzmiewa mi refren przeboju sprzed lat, intencjonalnie chyba optymistyczny: „Wszystko się może zdarzyć”.
    Więc nim zamilknę (na tydzień? dwa tygodnie?), to ponieważ akurat w tym czasie powinna ukazać się w księgarniach „Instalacja Idziego”, więc jeszcze o niej dwa słowa.
    Napisałem poprzednio, że źródłem książki była moja irytacja. Spróbuję opisać jej przedmiot. Chodzi o religię.
    To, co się dzieje na naszych oczach z religią, wydaje mi się okropne. Mam na myśli chrześcijaństwo i Polskę, choć nie przypuszczam, żeby w innych krajach kontynentu działo się coś szczególnie innego. Ktoś zdystansowany słusznie pewnie powie o kryzysie, a ja kiwnę głową, przypominając jedynie, że „kryzys” to nie agonia, a jedynie przesilenie, po którym albo-albo: będzie lepiej, albo całkiem źle (ale może jednak lepiej).
    I teraz nie będzie nawet o zderzeniu misteryjności, naiwności oraz szyderstwa, jak w Państwa dyskusji o Sokółce. Chodzi raczej o to, że – według budzących moje zaufanie teorii kultury – religia stanowi centralny element, zwornik każdego systemu kulturowego. Ale pod warunkiem, że się nie zapomina o jej istocie, a tą jest (jak uczą Rudolf Otto, Max Scheler czy, z innej drużyny, Carl Gustav Jung) doświadczenie sacrum. Tymczasem u nas religii się używa (zawsze się jej używało, ale teraz mam chwilami wrażenie, że wyłącznie). Albo robi się z niej sztandar do skrzykiwania sojuszników – i przy okazji bicz na inaczej myślących – (to udało się naszej bardzo katolickiej prawicy), albo sprowadza do zjawiska polityczno-socjologicznego (tyle z niej rozumie lewica, i to ta mądrzejsza, czyli młoda, bo przecież nie ma co mówić o post-peerelowskiej skamielinie, jaką jest SLD), albo – i tu mówię smutny i sam pełen winy – traktuje się ją jako psychiczną poduszkę, żeby się jeszcze wygodniej umościć w świecie (bo Pan Bóg nas generalnie kocha i przecież nie będzie na Sądzie małostkowy, pozdrowienia dla katolików równie liberalnych jak ja). Co to ma wszystko wspólnego z Ewangelią, nawet Najwyższy chyba już nie wie. No i takiemu rozdrażnionemu na siebie i na innych zachciało mi się szyderczo pośmiać – z siebie i z innych – choć ostatecznie nie jest mi wesoło. Niby nazwanie problemu to początek jego rozwiązywania, ale trzeba by go teraz jakoś rozwiązać…
    Wbrew pozorom nie chodzi tu wcale o osobistą wiarę. Znam niemało ludzi, którzy nie wierzą, ale traktują religię jako zjawisko, jako akt egzystencjalny bardzo serio (np. niezwykle przeze mnie lubiany i ceniony prof. Zbigniew Mikołejko, żeby daleko nie szukać; a jeszcze bliżej – taki poważny ton z pozycji człowieka niewierzącego znalazłem w polemice Pawła z kw pod poprzednim wpisem, że przypomnę fragment: Jako praktykujący ateista zdecydowanie przeciwstawiam się forsowanej przez Pana niezwykle nudnej wizji świeckiego świata. Jedyną rozrywką zdaje się być w nim bowiem oświeceniowy, szyderczo-wolteriański dydaktyzm. Owszem, Boga nie ma, ale mimo to sama koncepcja jego istnienia jest znacznie ciekawsza niż wynikałoby to z Pańskiej wypowiedzi…). Tymczasem kiedy słyszę o skrzykiwaniu się w imię obrony Matki Boskiej przeciwko koncertowi Madonny, albo o tezie, że w chrześcijaństwie chodzi tak naprawdę o władzę mężczyzn nad kobietami, ale też np. o innej tezie, że mianowicie współcześni święci to po prostu obrońcy praw człowieka (por. „Trzeci wymiar” Johna Hicka, czołowego teologa liberalnego) – zaczyna mi się zdawać, że wszyscy gadają, ale nikt już nie pamięta, o co tak naprawdę chodziło. Łącznie ze mną, żeby było jasne. To jest takie poczucie, jakiego się doświadcza, kiedy człowiek próbuje sobie coś przypomnieć, i ma to na końcu języka, ale nie tylko nie potrafi tego czegoś uchwycić, ale zaczyna mieć kłopoty z ustaleniem, czego to coś w ogóle dotyczyło. Trudno się w takim momencie nie złościć. Ale można zacząć pisać, licząc na to, że owo coś, zapomniane, da się jednak ocalić w obrazach, w opowieści, toczącej się zgodnie z własną logiką.
    A przy tym są tam i inne sprawy, mam nadzieję, że takie, o których sam nie wiem: jak to w powieściach, które zagarniają rozmaite kwestie, nieraz wbrew intencjom autora. Więc jemu samemu nie warto tak do końca wierzyć. „Instalacja Idziego” ma już okładki, niech się sama otwiera i tłumaczy.
    Nawiasem mówiąc, a propos okładki: kiedy pracowałem nad Idzim, przypomniał mi się znaleziony kiedyś w sieci obraz nieznanej mi bliżej malarki, Nancy Romero, i pisząc, spoglądałem na niego czasem, w niejasnym poczuciu, że oddaje on w plastycznym skrócie punkt wyjścia tej opowieści (naturalnie w sensie emocjonalnym, nie fabularnym). Przez jakiś czas nawet zastanawiałem się, czy nie namawiać Wydawcy na zamieszczenie tego obrazu na okładce, ale zaproponowano mi projekt tak uwodliwy, że ten swój pomysł bez bólu odpuściłem. Ale niechże „Adam i Ewa” Nancy Romero pojawi się choć tutaj:

Nancy Romero pt. �Adam and Eve 3� (2003), http://www.doublevisionarts.com/romero_n.htm

    I jeszcze jedno: już teraz zapraszam na niedzielę 8 listopada do Krakowa, gdzie o 14:00 będę do znalezienia NA stoisku Wydawnictwa Literackiego. No i wtedy „Instalacja Idziego” już będzie też, na pewno.

20 razy skomentowano wpis “Idzie Idzi (3)”

  1. GRZESZNIK napisał(a):

    No to przeczuwa Pan to, na czym mi zależało, by Pan przeczuł :)
    Jeśli jednak chodzi o literaturę/sztukę, to osobiście wolę, jeśli nie tyle mówi/opowiada ona O CZYMŚ, co wypowiada TO. W takim “Idiocie” bardziej mnie przekonuje postać niż to, co Myszkin mówi o chrześcijaństwie - postać, świadcząca o jakimś głębokim rozumieniu “sprawy” u Dostojewskiego. Zresztą samo chrześcijaństwo, to życie, nie gadanie. “Jeśli nawet wiecie to wszystko, szczęśliwi będziecie dopiero wtedy, gdy będziecie to spełniać” (J 13, 17).
    Pozdrawiam i życzę Przejścia :)

  2. Jarosław Klejnocki napisał(a):

    Jarosław Klejnocki nie dopomina się o kolejne odcinki “Biblioteki”, bo wie o operacji ZM, a ponieważ sam taką operację dwukrotnie przeżył (przeprowadzanie się z rodziną to totalna masakra, zupełnie innego formatu, gdy przeprowadza się singiel), wie, że w takich chwilach nie należy jeszcze dodatkowo irytować przeprowadzających się. Co nie oznacza, że nie czeka na nowe wpisy i gdy uzna za stosowne, że już wystarczy tego milczenia - niechybnie odezwie się (przemawiając potężnie). Z życzeniami powodzenia na drodze przeprowadzek.

  3. KG napisał(a):

    Panie Jerzy! Miło słyszeć (czytać…), że nie jestem sam. Solidaryzuję się ponieważ także jestem w trakcie operacji ZM (choć samotnie). Z niecierpliwością czekam na przyjście Idziego. Pozdrawiam

  4. Faryzeusz napisał(a):

    Teza
    Diagnoza słuszna, teoria kultury błędna.

    Uzasadnienie
    Kultura polska doskonale sobie daje radę bez Boga. Na 10 najważniejszych pisarzy polskich w XX (Witkacy, Gombrowicz, Miłosz, Herbert, Różewicz, Szymborska, Lec, Lem, Białoszewski, Mrożek) tylko 2 było związanych z religią (Miłosz, Herbert). Jeżeli prawdziwa jest romantyczna koncepcja narodu podążającego za artystami, to łatwo się domyśleć, co będzie dalej z narodem.
    Jeżeli Autor powie: „Wiem, że Bóg jest”, albo „mam nadzieję, że Bóg jest” albo „chciałbym, żeby Bóg był”, to nie ma w tym nic niewłaściwego.
    Gdy jednak otrzymujemy poglądy autora w przebraniu „filozofii kultury”, to sytuacja wygląda gorzej. Wygląda na to, że autor sam sobie nie wierzy i usiłuje sobie dodać odwagi poprzez wymyślenie wsparcia „kultury” „środowiska” itp.
    Filozofia kultury wymyślona dla podtrzymania religii jest niepoważnym traktowaniem filozofii, religii itd. (Boga, ludzi, kultury) Na dodatek celu swojego nie osiąga. Zamiast obrony religii otrzymujemy katastroficzny atak na kulturę.
    Rozdział kościoła od państwa spowodował przeniesienie religii w sferę prywatną. No i dobrze. Może jest w tym jakieś chwilowe przegięcie. Kultura Europy ewidentnie nie ma religijnego „zwornika” od 500 lat i ewidentnie nie miała go w starożytności (co najmniej 500 lat). Moim prywatnym zdaniem (tu konstruuję własną tendencyjną teorię) w średniowieczu „zwornikiem kultury” nie była nie tylko religia w sensie wiary w Boga, ale i faktyczna działalność kościelnych instytucji . Dzisiaj instytucje jedynie straciły ideologię. Tak czy owak widzenie źródła kultury jedynie w religii jest tak samo dziwne jak sprowadzenie całej kultury do oświecenia (przez byłego prezydenta Francji, który miał taki pomysł na jakąś preambułę do konstytucji). Kultura nie mieści się w żadnej teorii (to moje przewidywalne hasło antyteoretyczne).

    PS
    Mam jeszcze teorię „socjologiczną”, że największą skłonność do katastrofizmu mają osoby, które przeżyły drastyczną zmianę historyczną w wieku ok. 30 lat. Tzn. zbyt późno by zostać kimś innym i zbyt wcześnie, by zignorować zmiany. Kolejne pokolenie cierpi za to na rewolucyjny zapał.

    PS2
    Przepraszam za niewyparzoną klawiaturę i grzebanie w życiorysach.

  5. Lech Mucha napisał(a):

    Co prawda, z nieznanych mi powodów, nie wszystkie moje komentarze znajdują uznanie w oczach Gospodarza strony i co za tym idzie nie wszystkie się ukazują, ale nie mogę sobie odmówić debaty z Faryzeuszem. Pisze Pan np., że:
    „Tak czy owak widzenie źródła kultury jedynie w religii jest tak samo dziwne jak sprowadzenie całej kultury do oświecenia” i trudno się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony natomiast, nie mogę przejść spokojnie obok takiego twierdzenia:
    „Kultura polska doskonale sobie daje radę bez Boga. Na 10 najważniejszych pisarzy polskich w XX (Witkacy, Gombrowicz, Miłosz, Herbert, Różewicz, Szymborska, Lec, Lem, Białoszewski, Mrożek) tylko 2 było związanych z religią (Miłosz, Herbert).”
    Kryje się tu błąd logiczny. To, że wymienieni przez Pana pisarze, poza Miłoszem i Herbertem, nie byli „związani z religią”, to moim zdaniem nie znaczy, że ich życie i twórczość nie były poddane wpływom religii. Nawet przekonania i zasady osoby niewierzącej, choć trudno czasem jej się tym pogodzić, wynikają z zasad religii ( w naszym rejonie świata chrześcijaństwa), choć zostały przyswojone przez tę ateistyczną ( piszę to bez żadnego, nawet minimalnego znaczenia pejoratywnego) część dziedzictwa kulturowego. Walter Burkert w rozdziale pierwszym książki „Stwarzanie świętości. Ślady biologii we wczesnych wierzeniach religijnych”, pisze tak:
    „…Od czasów Herodota niezmiennie dostrzegano, że właściwie wszystkie plemiona, państwa i miasta posiadają jakąś religię…”, „…Z powszechnym występowaniem religii współgra jej zdolność przetrwania tysiącleci. Niewątpliwie zdołała ona przetrzymać najgłębsze przemiany społeczno-gospodarcze; rewolucję neolityczną, rewolucję miejską, a nawet rewolucję przemysłową. Nawet jeśliby przyjąć, że religia została wynaleziona w określonym momencie dziejów, nie zmienia to faktu, że później potrafiła przeniknąć praktycznie do każdej postaci kultury ludzkiej. Nigdy też w toku dziejów, nie została nie została ewidentnie wynaleziona po raz wtóry, lecz istniała zawsze, przekazywana z pokolenia na pokolenie, od niepamiętnych czasów.…”
    Pisze Pan dalej, że:
    ”Kultura Europy ewidentnie nie ma religijnego „zwornika” od 500 lat i ewidentnie nie miała go w starożytności (co najmniej 500 lat).”
    A Burkert pisze w tym samym pierwszym rozdziale tak:
    „Cywilizacje, którym przyjrzymy się bliżej w niniejszej książce – przede wszystkim mezopotamska, żydowska, grecka i rzymska – sąsiadowały ze sobą i długo pozostawały w ścisłym kontakcie. Jakkolwiek rozwinęły się w porównywalnych warunkach klimatycznych, ekonomicznych i społecznych, wykazują uderzające kontrasty i rewolucyjne przemiany: od monarchii do demokracji, od gospodarki świątynnej do systemu gospodarki pieniężnej, od oralności do piśmienności. Mimo to można dostrzec wyraźne podobieństwa w pojmowaniu i praktykowaniu religii, w mitach i w rytuałach w roli świątyń i ofiar. Różne kultury dowiodły swej gościnności względem wielu identycznych elementów życia religijnego…”

    Czy wobec faktu, że religia istniała praktycznie wszędzie tam, gdzie społeczeństwo, można zaprzeczyć, że miała wpływ na kulturę, że jest istotnym elementem kultury?
    Pozdrawiam serdecznie.
    LM.

  6. Paweł napisał(a):

    Do Pana Faryzeusza:
    Wśród wymienionych przez Pana twórców bynajmniej nie tylko Herberta i Miłosza obeszły problemy związane z dzisiejszym stanem religii, czy szerzej - duchową sytuacją człowieka. Raczy Pan chyba żartować… Że niby Różewicza Bóg nie obchodzi? Przecież non stop Poeta wpatruje się w w dziurę, którą pozostawił On po swej śmierci. Gombrowicz też- zbyt dobrze znał Nietzschego, by śmierć Boga go nie obeszła ( patrz scena w grocholickim Kościele). Pascala też znał dobrze i jego wrażliwość nie była mu obca. Witkacy - toż samo! A czy tęsknota za metafizycznym dreszczem nie jest podszyta wrażliwością, którą chrześcijaństwo naznaczyło kulturę europejską? Czy nie ma być to aby substytut spotkania z sacrum? A chrześcijańskie nawiązania u Białoszewskiego? Przerabianie mistycznego doświadczenia jest przecież widoczne w jego poezji gołym okiem. O reszcie nie będę wspominał, bo potrzebny byłby szerszy wywód. Tak czy inaczej Pański sąd pospieszny i zbyt powierzchowny. Nie chodzi przecież o to, czy Bóg jest, tylko o to, czy z samą myślą o Bogu jesteśmy jeszcze w stanie się konfrontować. A może jesteśmy już społeczeństwem mrówek, o którym pisał Witkacy, wypranym z wszelkiej refleksji nad Bytem? Co do Pańskich teorii- Pan wybaczy, ale są to teoryjki na prywatny użytek. Ot tak, żeby sobie o czymś pomyśleć z nudów, żeby coś napisać na internetowym forum. Nie chcę być zgryźliwy, ale jest to tylko przykład tego, z jaką dezynwolturą prowadzi się dziś dyskusję na tematy, które specjaliści zgłebiają przez całe życie. Co do prywatyzacji religii- patrz Casanova.
    Przepraszam za patos i pozdrawiam.

  7. Faryzeusz napisał(a):

    Pan Paweł jak widać zgodził się ze mną, że sytuacja duchowa człowieka, to coś szerszego od religii.
    Zgadzam się z tą całą krytyką, ale to za mało by uznać religię za „zwornik” twórczości. Jestem przekonany, że żaden z wymienionych panów z takim określeniem by się nie zgodził (może nawet Herbert, ale tego nie wiem). Dziura po Bogu, to nie Bóg, podobnie jak „śmierć Boga”, albo chrześcijańska kultura. Białoszewski i Witkiewicz na pewno nie byli osobami wierzącymi w sensie żadnej ogólnie znanej religii, a Witkiewicz w żadnym sensie. Gombrowicz obserwuje jak się ludzkość do Boga ustawia (a nie zajmuje się tym samemu). „Zwornikiem” jego książek jest socjologia, nie religia. Najdalej od religii odszedł Witkiewicz. W teorii: sztuka jest oddzielnym zjawiskiem od religii (a nie fragmentem religii) i istnieje „obecnie”, a religia „już nie”. „Dreszcz metafizyczny” to co innego niż „sacrum” (a przynajmniej: szerzej). W praktyce: interesował się filozofią i sztuką, a religię doczepił do swojej teorii wyłącznie aby teorię historycznie uwiarygodnić. Nie jest też prawdą, że religia łączy wszystkich artystów między sobą. Zainteresowanie to jeszcze nie „zwornik”.

    Jako że wędka chwyciła, postawię tutaj bardziej daleko idącą tezę:
    Religia skorzysta (nie koniecznie w sensie liczby wyznawców) na tym, że przestanie się zajmować wszystkim w koło, przestanie być „zwornikiem” , będzie mieć więcej czasu dla siebie.

    Zgadzam się, że inni (obecni na tym forum na czele z Gospodarzem) myśleli więcej na ten temat ode mnie. Ale nie zgadzam się, że jest to problem dla specjalistów. Poza tym chciałbym zwrócić uwagę, że teorie są tworzone przez filozofów w określonym ICH WŁASNYM kontekście i dlatego przestrzegałbym przed przyjmowaniem ich twórczości na zasadzie zaufania. Kto wymyślił teorię zwornika? Jeżeli fakty w Polsce przeczą teorii, to powstaje pytanie skąd się ona wzięła? Literatura polska raczej ucierpiała niż skorzystała na mechanicznym imporcie rozmaitych teorii (Irzykowski).

    Zgadzam się też z krytyką Pana Lecha Muchy.
    Religia była, jest i będzie istotnym elementem kultury, co jednak nie oznacza, że kultura w każdym okresie historycznym i w każdym miejscu jest organizowana wokół religii. Wydaje mi się, że taka centralna rola religii miała miejsce w średniowieczu i we wczesnych państwach plemiennych, ale nie w obecnej cywilizacji w Europie (albo USA). Uważam, że w starożytnych państwach imperialnych, zwłaszcza w Rzymie, religia miała podobne miejsce jak dzisiaj – bardziej w sferze prywatnej niż publicznej. Było wówczas wielu Bogów (jak dzisiaj) i dla uniknięcia konfliktu trzeba było coś z tym zrobić. Cywilizacja Rzymu była skoncentrowana wokół spraw praktycznych (jak dzisiaj) i nie jest to porażka religii ani kultury – w takich warunkach mogą powstawać nowe religie. Wydaje mi się, że działa to wszystko na zasadzie przypływów i odpływów. Rzym padł, bo nie mógł się dalej materialnie rozwijać na samym pragmatyzmie i potrzebował racjonalizmu, który wyprodukowała religia. Nam do tego momentu trochę lat brakuje. Racjonalizm wyprodukował nowoczesny pragmatyzm i tak kręcimy się w kółko. (Waltera Burkerta oczywiście nie czytałem, bo pierwszy raz słyszę.)

    Dziękuję za krytykę i proszę o dalszą!
    Może być druzgocąca.

  8. Paweł napisał(a):

    Dziękuję za Pańską odpowiedź. Wypowiedź Pana po tym dopowiedzeniu w zasadzie przestała być dla mnie tak bardzo kontrowersyjna. Sprzeczałbym się jednak nadal co do wizji kultury tak łatwo pozwalającej dzielić się na część religijną i świecką.To że Witkacy, Gombrowicz czy Białoszewski nie mieli z instytucjonalną religią wiele wspólnego nie neguje interpretacji ich dzieł w kontekście religijnym. “Sytuacja duchowa człowieka”(także niewierzącego) jest określana między innymi przez stan religijności epoki. W tym sensie szukanie miejsca dla kategorii religijnych w twórczości wymienionych autorów jest w moim przekonaniu zasadne. A odnalezienie ich wcale nie jest trudne. Rozumiem, że chciałby Pan bronić osobności języków i kategorii jakie wypracowali poszczególni artyści, ale one (podobnie jak, co słusznie Pan zauważył, koncepcje filozoficzne i socjologiczne) również istnieją w pewnym kontekście.
    Problem indywidualnych duchowych wyborów nigdy nie jest problemem specjalistów. Tu nie ma między nami sprzeczności. Śmieszne wydaje mi się jednak budowanie na własny użytek jakichś abstrakcyjnych socjologiczno-historiozoficznych uogólnień. Chyba że faktycznie czuje się Pan kompetentny w tym zakresie. Czy kultura jest w stanie obyć się bez religii? Nie wiem. Jest to dla mnie zbyt abstrakcyjny problem i nie mam odpowiedniej wiedzy, by wypowiadać się na ten temat. Intuicja podpowiada mi, że nie. Że pewne formy wyobrażeń biorące początek w religii, przetrwają i w pozornie świeckim świecie. Dla podstawowych wyborów w dziedzinie ducha taka wiedza jest mi jednak zupełnie niepotrzebna. Podejrzewam, że większości innych ludzi także.
    Pozdrawiam serdecznie.

  9. Faryzeusz napisał(a):

    Oczywiście nie jestem kompetentny, a jedynie bezczelny. Pocieszam się, że nikt nie jest w stanie wszystkiego objąć, a wszelkie nowe pomysły były grą przeciw rozsądkowi.

    Zgadzam się, że nie da się łatwo rozdzielić części religijnej kultury od niereligijnej, co jest moim zdaniem kolejnym argumentem przeciw „zawłaszczeniu” całej kultury przez religię. Zgadzam się, że przesadziłem, ale była to przesada celowa, dla pokazania możliwości (a nie konieczności) innej interpretacji. Mam wrażenie – być może błędne – że część artystów (trudno powiedzieć jak duża) próbuje przedefiniować „paradygmat” kultury (zwłaszcza podejrzewam o to Witkiewicza). Mój własny pogląd jest zbliżony do „technicznego”: „Dobrze namalowana głowa kapusty jest więcej warta od źle namalowanej głowy Jezusa”. W przypadku gdyby obie głowy były tak samo dobrze namalowane, niewątpliwie miałbym kłopot, co powiedzieć.

    Być może najważniejsza w moim ataku była kwestia erystyczno-taktyczna. Obrońcy kultury religijnej osiągają łatwe sukcesy (słusznie) atakując racjonalizm nauki poprzez wskazanie, że nauka nie jest tak racjonalna, jak by się mogło na pierwszy „rzut oka” wydawać. Ja postanowiłem uzyskać równie łatwy sukces wchodząc do spiżarni „przeciwnika” i zżerając jego zapasy (tj. związek humanizmu z religią) – atakując „przeciwnika” tam gdzie się najmniej spodziewał.

  10. Lech Mucha napisał(a):

    Panie Pawle, wyjął mi Pan wprost z ust, albo raczej spomiędzy palców, a klawiatury komputera, zdanie: „Intuicja podpowiada mi, że … pewne formy wyobrażeń biorące początek w religii, przetrwają i w pozornie świeckim świecie.” Pewne elementy kultury tak dawno zostały wpisane w naszą ( ludzkości ) świadomość, że nie zdajemy sobie sprawy z ich religijnego pochodzenia.
    Jako, że ja jestem raczej „umysł ścisły”, to chciałbym tylko Panu i Panu Faryzeuszowi zwrócić uwagę, że: „dla podstawowych wyborów w dziedzinie ducha”, ale nie tylko ducha, dla podstawowych wyborów w każdej dziedzinie, dla zaistnienia wyboru w ogóle, potrzebny jest jakiś Duch, tzn. coś, co nie jest zależne od fizycznego świata. Nie ma duszy/ducha/psyche - nie ma żadnego Wolnego Wyboru. Nie wierzysz w istnienie duszy = nie wierzysz w istnienie Wolej Woli.

    Pozdrawiam
    LM

  11. kw napisał(a):

    “Prawdziwa formuła ateizmu nie brzmi bowiem , ale ” Jacques Lacan (cytat niedokładny)

  12. Jakub Sola napisał(a):

    @ Lech Mucha
    Jako “umysł ścisły” nie mogę oprzeć się pokusie podważenia Pana teorii o potrzebie zaistnienia ducha dla możliwości dokonania wyboru. Przeprowadzony przez Pana dowód jest zbyt uproszczony. Nadużywa Pan wielkich kwantyfikatorów, co bywa niebezpieczne.

    Po pierwsze nie stawiałbym tak lekko znaku równości pomiędzy “Wolnym Wyborem” a “Wolną Wolą”. Jakby nie naginać znaczeń, nie są one równoważne.

    Wybór, czyli wybranie jednej z kilku opcji, skutkuje wykonaniem lub zaniechaniem pewnej czynności. Nie zawęża to znaczenia do pewnej grupy wyborów. Mogą być one świadome, odpowiedzialne, nieświadome, trudne, powszechne, bezpośrednie, wymuszone. Wolny wybór oznacza zatem wybór swobodny, nie ograniczony, na który nie wpływają żadne czynniki zewnętrzne.

    Tylko, że przy obecnym stanie wiedzy, powinniśmy zdawać sobie sprawę, że coś takiego jak “Wolny Wybór” w czystej postaci nie istnieje. Każdy nas wybór jest skażony przez geny, doświadczenie, środowisko, wychowanie, stan umysłu itd. Każdy z nas jest także ograniczony co do możliwości liczby dostępnych opcji. Wszystko to stanowi jednak jedynie punkt wyjścia do zaangażowanie Wolnej Woli. Ponieważ Wolna Wola jest darem zbyt cennym, by ją angażować w liczne decyzje o charakterze fizjologicznym, odruchowy, nieświadomym.

    Wolna Wola, w moim pojmowaniu tego sformułowania, nie oznacza samej możliwości dokonania wyboru, ale raczej wskazuje na umiejętność rozważenia i przyjęcia na siebie konsekwencji dokonywanych świadomie wyborów. Pozwala ludziom wyobrazić sobie różne opcje działania, hipotetyczne scenariusze podjęcia tych opcji, zrozumieć idące za nimi konsekwencje dla siebie oraz otoczenia, a w konsekwencji przyjęcia odpowiedzialności za dokonany wybór.

    Wolna wola wartościuje i ocenia podejmowane decyzje. Tu poniekąd mogę się zgodzić, że posiadanie takiej umiejętności wymaga zaistnienia ducha/ duszy/ świadomości. Nie miałbym chyba odwagi zaryzykować twierdzenia, że wolna wola nie należy do fizycznego świata, dopóki nie ma pewności czym tak na prawdę jest. Zwłaszcza, że czerpie z niego pełnymi garściami, wpływa i podlega jego wpływom.

    Jednakże wyraz dusza jest na tyle kontrowersyjny i dyskusyjny, że nie mogę się zgodzić z tezą, że ktoś nie wierzący w duszę, nie wierzy w istnienie wolnej woli. Zbyt daleko idące implikacje.

    Zakończę refleksją godną zramolałego staruszka, że obecnie wiele osób wolnej woli nie nadużywa zbytnio.

    Pozdrawiam
    J.S.

  13. Lech Mucha napisał(a):

    Szanowny Panie Jakubie!
    Proszę wobec tego pozwolić mi uzasadnić moje zdanie. Ażeby uściślić pojęcia, proponuję maksymalnie uprościć definicją Wolnej Woli. Jeśli ja poproszę Pana, by w chwili czytania tego tekstu, zechciał Pan mrugnąć okiem, dowolnie wybranym, prawym lub lewym okiem, to przyjdzie Panu podjąć decyzję, myślę, że dość łatwą. Może Pan mrugnąć okiem lub nie, może pan mrugnąć okiem prawym lub lewym. Trudno mówić, że na tę decyzję mają wpływ takie czynniki jak: doświadczenie, środowisko, wychowanie, być może znaczenie ma np. stan umysłu, nastawienie do rozmówcy, dziedzictwo genów. Sprawa jest dość prosta. Jeżeli dajmy na to, był Pan uprzejmy mrugnąć okiem prawym, to ja jako osoba wierząca w duszę powiem, że jest to Wolny Wybór, który został zainicjowany przez tę właśnie duszę i jej wolę. Natomiast jeśli osoba nie wierząca w świat pozafizyczny i w duszę, a przekonana, że istnieje li tylko świat fizyczny również stwierdzi, że doszło do aktu wolnej woli mrugania, to spytam go: „a kto podjął tę decyzję, kto wybrał oko?”Człowiek? Fizyczny człowiek?”
    Przecież jeśli człowiek składa się tylko z materii i „fizycznej” energii ( czyli inaczej mówiąc jeśli wszechświat to tylko materia, antymateria, siły - grawitacji, elektrosłaba i silna jądrowa, tylko pola – magnetyczne, grawitacyjne itp.) to wiadomo, że te siły i ta materia podlegają prawom fizyki, które dość dobrze znamy. Wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że świat w skali mikro, w skali kwantowej, podlega prawom fizyki kwantowej, które są przypadkowe, a świat w skali makro, świat gwiazd, planet i kul do bilarda, podlega tzw. fizyce newtonowskiej, która jest w ramach pewnej skończonej liczby praw deterministyczna, a większość procesów podlega prawom chaosu. Jeśli mamy 100 atomów radioaktywnego izotopu radu 226, którego okres połowicznego rozpadu wynosi 1599 lat, to wiadomo, że po tym czasie ze stu, zostanie tylko pięćdziesiąt atomów, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć które atomy i kiedy konkretnie się rozpadną. Wiemy z zasady nieoznaczoności Heisenberga, że w świecie kwantowym nie możemy jednocześnie zapisać położenia cząsteczki i jej prędkości, a każdy pomiar skutkuje ingerencją w układ. W skali makro z kolei, wiadomo, że dobry bilardzista w pewnej sytuacji na 100 prób – sto razy umieści bilę w łuzie, bo znając empirycznie zasady fizyki, z dużą pewnością przewidzi bieg kul. Jeśli skonstruujemy aparat, który z dużą dokładnością i powtarzalnością uderzy bilę, to w tysiącu próbach na tysiąc energia kinetyczna, a co za tym idzie - prędkość, kierunek, pęd kuli itd., będą takie same. Czyli jeśli człowiek to tylko ciało, które powstało wskutek materialnej ewolucji, to w całości musi podlegać prawom fizyki i nie ma tu ani trochę miejsca na wolną wolę. Wszystko co każdy z nas robi, z Pańskim mruganiem oczami włącznie, wszystkie złe i dobre uczynki wszystkich ludzi, miłość i nienawiść, wolność, równość i braterstwo, chamstwo, draństwo, ruja i poróbstwo, wszystkie decyzje są mieszanką deterministyczno-chaotycznych praw wszechświata w skali makro ze statystyczno-probabilistycznymi zasadami świata kwantowego.
    Nie wiem czym jest dusza, ale wiem, czym NIE MOŻE być, by mogła istnieć Wolna Wola, byśmy mieli choć trochę wpływu na cokolwiek, a nie tylko byli doświadczali iluzji wolego wyboru. Nie może być „z tego świata”, nie może podlegać prawom tego świata, a co za tym idzie, nie może być przez nas obserwowalna, ani badalna. To właśnie miałem na myśli pisząc, że do zaistnienia Wolnej Woli konieczne jest istnienie czegoś, co roboczo nazywamy duszą… Proszę zwrócić uwagę, jakie konsekwencje dla etyki i dla moralności niesie za sobą ewentualne nieistnienie duszy i Wolnej Woli!
    Ja nie jestem z wykształcenia fizykiem, tylko chirurgiem, więc mogę się mylić, przyjmę z pokorą ewentualną krytykę.
    Serdecznie pozdrawiam i życzę miłego dnia.
    Lech Mucha

  14. nowy nick napisał(a):

    Śledziłam uważnie dyskusję i zrodziło się pytanie do Lecha Muchy:
    czy dobrze zrozumiałam, że wg Pana dusza /czymkolwiek by była/ warunkuje istnie wolnej woli?
    Dla mnie taka konkluzja rodzi kolejne pytania? Czy wobec tego nasze działania są tylko efektem “walki dobra ze złem”? A co jeśli idea predystynacji ma rację bytu - jesteśmy żywotem na miarę produktu, którego droga jest zaplanowana i określona. I czym byłyby narodziny w innym systemie religijnym /w kt. pojęcie duszy nie ma racji bytu/ - wykluczeniem?
    /nie wiem, czy te wątpliwości są zrozumiałe ? :)/

    Mała uwaga do Autora strony - w związku z nagminnym zapominaniem nicka, pozwoliłam sobie na obranie nowego.
    Pozdr.

  15. Lech Mucha napisał(a):

    Według mnie, ponad wszelką wątpliwość warunkiem sine qua non jakiegokolwiek wolnego wyboru, podejmowanego przez człowieka, jest istnienie w człowieku niezależnej od “fizycznego” świata części, którą umownie nazwę duszą. Tak wynika z praw fizyki! Na pewno wyłącznie materialny człowiek nie może podjąć żadnej wolnej decyzji, bo krępują go prawa fizyki, rządzące materią. Ale też i dusza nie jest zapewne całkiem wolna, tylko krępuje ją ( grzeszne ) ciało. Niewątpliwie na podejmowane decyzje wpływ ma środowisko, stan zdrowia, dziedzictwo genów itd. Czy wobec tego nasze działania są tylko efektem “walki dobra ze złem”? Nasze działania są wypadkową wielu, bardzo wielu czynników, jako chrześcijanin zdaję sobie doskonale sprawę, że jest we mnie i zło i dobro, więc w pewnym sensie moje decyzje są wypadkową walki dobra i zła we mnie, ale miło jest mieć świadomość, że coś ode mnie zależy, że moje decyzje są moje, zwłaszcza jeśli są dobre.:)
    Czy jesteśmy żywotem na miarę produktu, którego droga jest zaplanowana i określona? Jeśli sześć miliardów ludzi na ziemi, ma rzeczywistą, a nie pozorną Wolną Wolę, to jak cokolwiek może być zaplanowane i określone ? No, może poza “ostatnią granicą…”
    Co do narodzin w innym systemie religijnym, ja osobiście wierzę, że Bóg jest jeden, i nie robi różnic między ludźmi, a już na pewno nie ze względu na miejsce urodzenia. Ale to oczywiście jest kwestia wiary, a nie wiedzy, bo jak już napisałem, ani dusza, ani Bóg, nie mogą z definicji być „poznawalne”, przy pomocy naszych zmysłów.
    Pozdrowienia

  16. Faryzeusz napisał(a):

    Do istnienia moralności potrzebne jest znacznie więcej niż podejmowanie decyzji. Żeby decyzje miały „znaczenie moralne” muszą istnieć „znaczenia”, czyli obiekty intelektualne, a nie materialne i nie psychiczne. Znaczenie zdania „nie kradnij” albo „nie zabijaj” nie jest obiektem ani materialnym ani psychicznym. Gdyby wszyscy ludzie zniknęli albo poszli spać znaczenie nic by się nie zmieniło. Na tej podstawie mój ulubieniec Karol Popper („Wiedza obiektywna” 1972) wyróżnił „trzeci świat” – świat treści intelektualnych. Moralna „wolna wola” nie jest psychologiczną zdolnością do podejmowania decyzji, ale jest zdolnością do porównania stanu świata materialnego i psychicznego z treściami intelektualnymi. Jest to psychiczna zdolność do wykroczenia poza psychikę. Decyzje są podejmowane przez wszystkie organizmy żywe (i co najmniej niektóre związki chemiczne), a świadomość podejmowania decyzji istnieje u zwierząt – co nie czyni je istotami moralnymi. Ludzkość zaczyna się dopiero ze świadomością (a raczej intuicją) istnienia świata treści intelektualnych niezależnych od stanu psychiki (albo „duszy”).

    „Psychologiście” który często jest „humanistą” „treści intelektualne” kojarzą się z „fizyką” a „fizyka” z „determinizmem”. I dlatego usiłuje ze swojego umysłu /duszy /psychiki wyrugować „racjonalizm”. Jakich argumentów użyje „psychologista” przeciwko „racjonaliście”? Dokładnie tych samych, które słyszał od „materialisty” zwalczającego „duszę”. „Treści istnieją tylko w psychice” (a psychika tylko w mózgu – jak doda materialista). Żeby się obyć bez treści intelektualnych, trzeba je czymś zastąpić. I tu pojawia się teoria, że „obiekt ludzki” podejmuje decyzje samoistnie pod wpływem „moralnej intuicji / instynktu”. Skąd jednak można wiedzieć, które intuicje są słuszne a które nie? Słuszność nie jest obiektem psychicznym. Jak odróżnić ludzkie zachowanie od zwierzęcego? „Humanista-psychologista” (nazywający siebie „pacyfistą”) najchętniej wysłałby wszystkich na wojnę (pod warunkiem że będzie to wojna bezsensowna) i obserwował jak się zachowają w „sytuacji granicznej”. Ale nawet wówczas porównanie samoistnych zachowań musi wykroczyć poza psychikę i intuicję.

  17. Lech Mucha napisał(a):

    Jeśli chodzi o pierwszy akapit wypowiedzi Faryzeusza, to oczywiście wolna wola ( a w związku z tym i dusza) jest warunkiem koniecznym dla moralności jako takiej, ale oczywiście nie jest warunkiem wystarczającym!
    Wolna Wola rozumiana jako zdolność do podejmowania decyzji niezależnych od “fizycznego” świata, jest nieudowadnialna. Nawet u człowieka nie da się udowodnić tego, czy dana decyzja jest efektem wolnej woli człowieka, czy też wynika z praw fizyki. Przynajmniej ja o takim doświadczeniu ani dowodzie nie słyszałem.
    A co do zwierząt, to czyżby był Pan zdania, że zwierzęta mają duszę? A jeśli nie mają, to kto lub co podejmuje decyzję, jeśli pies, to tylko materia?
    Bardzo byłbym wdzięczny, za wskazanie jakiegoś moralnego, lub niemoralnego zachowania jakiegoś zwierzęcia.
    Z drugiego akapitu niestety, ze wstydem przyznaję, niewiele zrowumiałem. Może za dużo tam cudzysłowów, a może za ciemny jestem.
    Pozdrowienia.

  18. Faryzeusz napisał(a):

    Moim zdaniem a raczej przypuszczeniem świat fizyczny / materialny w całej swej komplikacji - gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli - nie okazałby się deterministyczny w żadnym sensie. Tzn. nie ma praw fizyki, ani „deterministycznych” ani „statystycznych”, opisujących całą „materię”. To przypuszczenie w zasadzie likwiduje problem determinizmu, nie likwidując problemu istnienia świadomości.

    Skąd takie przypuszczenie?
    1. Istnieje rozwój wiedzy. Gdyby świat był „zamknięty”, tj. miał skończoną złożoność, to liczba zagadek powinna się zmniejszać. A jest odwrotnie. We wszystkich dziedzinach liczba zagadek rośnie. (np. czarne dziury, ciemna materia, dziwne cząstki elementarne itp.)
    2. Na żadnym etapie rozwoju wiedzy nie było tak, żeby wszystkie zaobserwowane fakty dawały się wytłumaczyć i „wcisnąć” w aktualnie obowiązujące „prawa fizyki”. Każdy system fizyczny był „obalony” w momencie swojego powstania, o czym specjaliści wiedzieli, ale nie mieli lepszych pomysłów.
    3. Obecne prawa fizyki nawzajem się obalają. Nie ma „dwóch światów” – jeden duży, drugi mały. Jeżeli ziemia przyciąga moją rękę w całości, to poszczególne kawałki tej ręki wielkości kawałków atomu też muszą być przyciągane w sposób „deterministyczny”, a nie statystyczny. Prawa fizyki działają, bo są stosowane selektywnie. W tym miejscu można przypuszczać, że tylko część praw okaże się nieprawdziwa – świat jest albo statystyczny albo mechaniczny. Ten pomysł obalimy za chwilę (jeden kwant myślenia dalej).
    4. Mieszanina praw stochastycznych i mechanicznych prowadzi do układu, który nie jest ani mechaniczny, ani stochastyczny. Jest to układ nieprzewidywalny – „niestabilny”. Przypadkowa zmiana statystyczna może wywołać nieodwracalne skutki mechaniczne, zmieniając działanie całego układu. I odwrotnie nieodwracalny proces mechaniczny może wywołać skutki statystyczne. W sumie nie można przewidzieć co się wydarzy, nawet wiedząc wszystko o wszystkim! Wydaje mi się, że to jest „większa część” zagadki istnienia „praw fizyki” w nieprzewidywalnym świecie. (Pierwiastek ma określony statystyczny „okres rozpadu”, który jednak się zmienia w mechaniczny rozpad po „wzroście ciśnienia” przy wrzuceniu go do gwiazdy, bomby atomowej, albo czegoś podobnego. Żeby przewidzieć, ile atomów się rozpadnie, trzeba by wiedzieć wszystko o obecnym i przyszłym położeniu atomów tego pierwiastka względem gwiazd, czarnych dziur itd. Tego z kolei nie możemy wiedzieć, bo to zależy od procesów stochastycznych, które właśnie usiłowaliśmy przewidzieć. Otrzymujemy logiczne błędne koło. Tak więc ZGODNIE z prawami fizyki nie wiemy co się zdarzy.) Moim zdaniem „dualizm praw fizyki” nie powinien nigdy zniknąć – jest to wysoce nieprawdopodobne biorąc pod uwagę dotychczasowe odkrycia.
    5. Tu zrobimy małą dygresję. Podobnie niestabilny układ uzyskujemy, gdy połączymy statystyczny „okres rozpadu małżeństw” z mechanicznym „rozbijaniem istniejących małżeństw przez byłe żony”.
    6. Najbardziej podstawowym „kawałkiem materii” jest „foton”, który właśnie zachowuje się „dualistycznie” – nigdy nie wiadomo czy zrobi coś mechanicznie czy statystycznie (czy ja gadam jak wyznawca Boga-Słońce?). Wydaje mi się, że organizmy żywe musiały w jakiś sposób przywrócić sobie ten stan równowagi między siłami chaosu i mechaniki. Może anomalią jest cała reszta świata poza światłem i życiem?
    7. Świat mógłby być nieskończenie złożony i w efekcie nieobliczalny w obrębie całkowicie mechanicznych praw. Nieskończona podzielność kuli bilardowej prowadzi do nieskończonych szeregów, które mogą nie mieć sumy. To w jaki sposób kule bilardowe odbiją się od siebie zależy od rozkładu masy w ich wnętrzu. Mogą się odbić zupełnie inaczej, przy nieskończenie małej zmianie tegoż rozkładu. Od takich prostych historii zaczęły się problemy fizyki Newtona. Newton oczywiście nigdy w „swoją” fizykę nie wierzył. Stworzenie nudnego świata może nie być wykonalne.
    8. Nawiasem mówiąc liczba praw fizyki może być nieskończona. Matematyka z kolei przewiduje nieskończoną liczbę różnych nieskończoności (itd.) i nieskończoną ilość nierozwiązywalnych problemów matematycznych. To co rozwiązywalne stanowi „zbiór miary zero”, czyli jakby tego nie było. Matematycy mają obsesję na punkcie „nieskończoności”.
    9. Najbardziej agresywne formy determinizmu wywodzą się nie z fizyki ale z „nauk społecznych”, które z definicji zajmują się wymyślaniem rozmaitych czynników determinujących psychicznie rozumianą „duszę”. Więcej w tym temacie jutro, bo dzisiaj już mam dosyć.
    10. Co powiedział Bóg po stworzeniu świata? O k… co ja zrobiłem?

  19. Lech Mucha napisał(a):

    Co powiedział Bóg, po stworzeniu świata, to ja tego nie wiem, ale myślę, że wiem, co powie każdy fizyk, po przeczytaniu tekstu Faryzeusza…
    Drogi Faryzeuszu, oczywiście, możliwe jest teoretycznie, że nagle zostanie odkryte jakieś całkiem nowe nieznane prawo, lub prawa fizyki, które ni z tego ni z owego odwrócą do góry nogami obecne rozumienie świata, ale wydaje mi się to niebywale mało prawdopodobne. Póki co, fizyka objaśnia świat dość dokładnie i bez najmniejszych wątpliwości można stwierdzić, że skończona liczba praw fizyki jest deterministyczna, a cała reszta ma charakter chaotyczny. Jak dotąd fizyka, jako nauka ścisła udowodniła ponad wszelką wątpliwość, że w całym widzialnym wszechświecie wszędzie obowiązują TAKIE SAME prawa. Prawo Powszechnego Ciążenia obowiązuje tak samo na ziemi jak i na Jowiszu, Prawo Pascala działa tak samo wszędzie itd, itp. Rozkład masy we wnętrzu kuli konkretnej, istniejącej kuli bilardowej, nie zmienia się sam z siebie, musi zaistnieć przyczyna wywołująca zmianę… Prawa fizyki nie są stosowane “wybiórczo” One jeśli są prawdziwe, działają zawsze i wszędzie! Wbrew temu, co był Pan uprzejmy napisać o ilości praw fizyki, uczeni stale redukują liczbę “praw”, dążą do uzyskania jednego uniwersalnego wzoru, Teorii Wszystkiego, tłumaczącej wszystkie zjawiska! Wiele w tej kwestii już zrobiono. Prawa fizyki, rządzące naszym światem są tak spójne i na tyle dobrze je znamy, że istnienie jakichś nowych, rewolucyjnych praw, czy zasad, wydaje mi się wielokrotnie mniej prawdopodobne niż istnienie duszy. Stąd zgodnie z brzytwą Ockhama, wierzę w duszę a nie w przyszłe rewolucyjne zmiany w fizyce… Ale to jest oczywiście rzecz gustu.
    Natomiast, czekając w dalszym ciągu z niecierpliwością, na przykład moralnego, lub niemoralnego zachowania dowolnego zwierzęcia, z równą niecierpliwością poproszę o wskazanie dowolnych dwóch praw fizyki, które się wzajemnie wykluczają. Albo o “obalenie” dowolnego “systemu” wśród obecnie znanych zasad fizyki. Pozdrawiam
    Lech Mucha

  20. Faryzeusz napisał(a):

    1. Zgadzam się, że ostatnie zdanie mojej ostatniej wypowiedzi nie było wysokich lotów.
    2. Zgadzam się, że fragment o „psychologizmie” był mętny. Teraz spróbuję się wyrazić jaśniej, jeśli mi się uda.
    3. Tak, zwierzęta mają psychikę, ale nie moralność, bo nie porównują swoich zachowań z żadnym wzorcem.
    4. Zagrożeniem dla wolności nie jest materia, fizyka ani biologia, ale zła kultura, a konkretnie kulturowy determinizm. Nikt nie uwierzy, że kierują nim prawa fizyki albo biologii, ale w prawa psychologii, socjologii albo ekonomii niestety można uwierzyć.
    5. Moim zdaniem ataki na „technicyzm” i posądzanie nauk ścisłych o determinizm są mieszaniną niezrozumienia prawdziwych problemów, próby ukrycia determinizmu psychologiczno-kulturowego, szkolnych kompleksów względem matematyki i wojny kulturowej o dominację w sferze elit intelektualnych. To ostatnie jest najgroźniejsze.
    6. Psychologia mówi, że człowiekiem kierują bodźce, a nie on sam. Dla zachowania wolności potrzebne jest „zawieszenie” praw psychologii i socjologii.
    7. „Kulturą” zwierząt jest chodzenie w stadach. Człowiek staje się zwierzęciem, gdy wstępuje do kulturowego stada. Zagrożeniem dla wolności są ruchy sprowadzające człowieka do członkostwa w jednej określonej kulturze. Taki „członek kultury” albo „społeczeństwa” rezygnuje z kierowania sobą.
    8. Prawa – psychologiczne i materialne – przestają obowiązywać, gdy wchodzą sobie w paradę, a nie wtedy gdy ich „nie ma”.
    9. Orwell w „1984”, Machulski w „Seksmisji” i Lem w „Powrocie z gwiazd” słusznie przewidzieli, że człowiek wyzwoli się z kulturowego, psychologicznego więzienia dzięki siłom biologii – głodu i seksu, a zbuntuje się lud, nie elita. Biologia wyzwoliła ducha z okowów kulturowego determinizmu.
    10. Nie jest przypadkiem, ani własnością poszczególnych osób, że rodzący się komunizm i faszyzm masowo poparli (albo zachowali neutralność) filozofowie humanistyczni. To ich marzenie – dusza kształtuje materię. Nie jest przypadkiem, że humanistyczni dysydenci nie wierzyli w sukces (mimo czego działali), a jednoznaczny opór postawiła filozofia nauki. Po upadku komunizmu humanizm milczał z zażenowaniem albo wyrażał rozczarowanie zwycięstwem płaskiego konsumpcjonizmu.
    11. Próby ideologiczno -kulturowego zdeterminowania ludzkości zawiodły. Jeszcze feministki desperacko próbują przebić się ze swoją „kulturą patriarchalną”, ale chyba same nie wierzą w sukces (gdyby teoria feminizmu była słuszna, feminizm nigdy by nie powstał). Co pozostaje humanistom-deterministom? Pozostaje wmówić ludziom, że są źli, czyli kultura depresji.

    Sytuacja w fizyce jest mało istotna w porównaniu z tym co powyżej.
    1. Do praw fizyki trzeba dodać własności cząstek elementarnych, które przecież nie wynikają z żadnych innych praw (np. masa elektronu), a tychże cząstek i ich własności jest coraz więcej.
    2. „Ciemna materia”, czyli nie- wiadomo- co, stanowi większość materii, jeśli grawitacja ma być prawdą.
    3. Prawa fizyki w odniesieniu do „czarnej dziury” są sprzeczne. Prawa grawitacji mówią, że nic z niej nie wyjdzie, prawa statystyczne, że przeciwnie.
    4. Gdyby było jedno prawo fizyki wyjaśniające wszystko, to i tak nie działałoby bez praw matematyki, a tych jest gigantyczna ilość.
    5. „Teoria wszystkiego” miała już powstać wiele razy i nigdy do tego nie doszło.
    6. Biologia (np. teoria ewolucji) nie redukuje się do fizyki.
    7. Obraz nauki, jak i jej rozwoju w „filozofii nauki” jest zupełnie inny niż w szkole i chyba jednak szkoła nie ma racji. (W. Sady „Spór o racjonalność naukową”, I.Lakatos „Pisma z filozofii nauk empirycznych, K.Popper „Wszechświat otwarty”, Feyerabend „Przeciw metodzie, T.Kuhn) Nauka zależy od kultury, ale moralność zależy od rozumu.
    8. Szkoła przedstawia wiedzę jako twór gotowy i pomija niewiadome. Porównanie podręcznika matematyki albo fizyki z datami odkryć daje wynik jednoznaczny, w rzeczywistości kolejność odkryć była na ogół odwrotna – najpierw zastosowania, potem wprowadzenie pojęcia, na koniec definicja. Newton nie znał definicji całki, pochodnej, ani nawet granicy. Definicja liczb naturalnych powstała w roku 1908 (i nikt jej nie zna). Taka niegotowa wiedza jest formalnie niespójna. Do problemów nie dochodzi, bo zastosowania są z góry ograniczone.
    9. Matematyka jest najbardziej nieobliczalną dziedziną wiedzy. Twierdzenie Godla – liczba nie roztrzygalnych zdań matematycznych jest nieskończona.
    10. Prawda daje się zdefiniować wyłącznie w odniesieniu do gotowych sformułowań. W każdym innym kontekście nie można „prawdy” zastąpić innymi słowami. Ten wynik morduje wszystkie ideologie, gdyż właśnie to usiłują zrobić – zastąpić nieznaną „prawdę” zbiorem gotowych przekonań. Tutaj musiałby się wypowiedzieć jakiś logik, żeby to lepiej objaśnić, bo ja się mieszam.

    Zdaję sobie sprawę, że moje wynurzenia są długie, nudne i mętne. Lepiej na razie nie potrafię.
    Możliwe też, że gdzieś przesadzam i tego nie widzę.

    Pozdrawiam
    KM / Faryzeusz

Dodaj komentarz

(komentarze zawierające odnośniki zostaną usunięte)