Jeszcze raz tamta jesień?
Nie będzie teraz mowy o radiu, chociaż sytuacja z absurdalnym odwołaniem dyrektora Trójki w chwili oczywistego sukcesu stacji niewątpliwie jest elementem problemu, który będę próbował opisać. Rzecz wydaje się jednak znacznie szersza i znacznie poważniejsza od losu jednej, choćby nawet najbardziej kultowej stacji radiowej.
Od kilku lat słyszałem w Polsce epitet „postpolityczny”, na ogół w złożeniu „czasy postpolityczne”. Ponieważ słowo zbudowane zostało na podobieństwo terminu „postmodernistyczny”, a do tego używali go moi znajomi, których miałem za zbyt zaangażowanych w bieżącą walkę, a jakże, polityczną, nie doceniłem – przyznaję – tego, co starali się w ten sposób wyrazić. Dziś sądzę zresztą, że sami nie wyciągali ze swojego słusznego rozpoznania prawidłowych wniosków.
Żyjemy w czasach postpolitycznych – to zdanie znaczy, jeśli się nie mylę, dwa połączone zjawiska. Pierwsze: że żyjemy w epoce po śmierci klarownych ideologii (rodzimym przejawem tego zjawiska jest umowność, z jaką operujemy w Polsce terminami „prawica” i „lewica”, boć prawicowy obyczajowo PiS ma lewicowe pomysły gospodarcze, a na przykład SLD na odwrót). Po drugie: że konflikty, jakie toczymy, nie dają się opisać za pomocą klasycznej terminologii politycznej i wobec tego narracje, jakie na temat tych konfliktów snują politycy, są z natury rzeczy opowieściami o wątłym związku z rzeczywistością. Sami politycy przeobrazili się zresztą w postpolityków, to znaczy w technokratów (lepszych czy gorszych), których zasadniczym celem nie jest w gruncie rzeczy realizacja jakiejś określonej wizji politycznej, ale obsadzenie przez swoją grupę najważniejszych pozycji w państwie oraz zarządzanie nim w tej mierze, w jakiej nie zakłóca to podstawowego celu, którym jest przetrwanie na zdobytych pozycjach.
Problem w tym, że nasza klasa polityczna (czy, konsekwentnie, postpolityczna) znalazła się w nowych czasach, ale społeczeństwo, które ją wciąż formalnie dopuszcza do lub odsuwa od władzy w wyborach, pozostało mentalnie w czasach starych. Mówię to smutny i sam pełen winy – z zakłopotaniem przyznaję, że dopiero wstrząs związany z moim własnym miejscem pracy, uświadomił mi głęboki anachronizm, w którym tkwiłem z innymi, wymagając od moich przedstawicieli (?) w Sejmie realizacji obietnic przedwyborczych, obawiając się, że ich przeciwnicy zrealizują z kolei własne obietnice, które mi się nie podobały i generalnie utyskując na poziom polskiej klasy politycznej. Czasem nawet używałem wobec niej określenia „wyalienowana”, ale jakby nie docierało do mnie, co to słowo znaczy – i jak bardzo jest prawdziwe.
Jeśli się nie mylę, o alienacji działaczy politycznych pisał w odniesieniu do minionego ustroju Milovan Dżilas. On sam, lub jakiś jego uczeń, spopularyzował określenie „aparatczycy”, na określenie pracowników aparatu wyższego szczebla monopartii, którzy nie są już przerażającymi, ale przynajmniej natchnionymi wyznawcami ideologii, a zaledwie dobrze urządzonymi członkami uprzywilejowanej klasy społecznej. Niestety właśnie tego rodzaju alienacja dotknęła klasę polityczną demokratycznego państwa w czasach postpolitycznych. Jeśli nie ma jednoczącej ich pionowo ze społeczeństwem ideologii, pozostaje jedynie łączący ich horyzontalnie ze sobą interes grupowy. Dzisiejszy polityk toczy, oczywiście, walkę o stanowiska – jego elektorat nie jest jednak jego sojusznikiem w tej walce, a zaledwie kłopotliwym elementem walki, kłopotliwym o tyle, że może zadać mu cios „w plecy”, przerzucając w kolejnych wyborach głosy na kogoś innego z innej lub tej samej partii (z perspektywy interesów pojedynczego polityka nie ma znaczenia, której). W Polsce zresztą, dzięki wciągnięciu nas, wyborców, w emocjonujący konflikt (mówiąc w uproszczeniu) „różowych” z „czarnymi”, to niebezpieczeństwo jest w znacznym stopniu ograniczone. Po pierwsze bowiem, nastąpiła stabilizacja linii podziału, a ów został tak zdefiniowany, żeby wydawał się nieprzezwyciężalny: dla wyborców „czarnych” przerzucenie głosu na „różowych” (i odwrotnie) ma charakter zdrady, choćby w gabinetach postpolityków ciągle dochodziło do zdumiewających sojuszy, jak ostatnia koalicja medialna SLD-PiS (obawiam się, że nienagłośnionych przez media koalicji tego typu, zwłaszcza „koalicji milczącego przyzwolenia”, które nie wymagały żadnych deklaracji ani uścisków dłoni, było znacznie więcej). Po drugie, okręgi wielomandatowe pozostawiają personalia w gestiach poszczególnych partii, ustalających kolejność na listach wyborczych. W rezultacie właśnie postpolitycy mogą się nie obawiać konsekwencji swoich pokrętnych działań, łamania obietnic i dogadywania się z przeciwnikami, którym ich wyborcy nie podaliby ręki; czy bowiem, zwabiony do głosowania na PO, miałbym teraz w rozdrażnieniu zostać wyborcą PiS, którego tak się obawiam? Albo przekonany dotąd, by głosować na PiS, miałbym w geście dezaprobaty umożliwić dojście do władzy SLD, tych, jak przecież zdążyłem uwierzyć, „czerwonych pająków”? Maszynka wyborcza działa z dużą dozą przewidywalności, ponieważ umiejętną propagandą, odwołującą się do wieku ideologii, z którego my, społeczeństwo, jeszcze nie wyrośliśmy, zostaliśmy wszyscy pozaganiani do poszczególnych zagród, z których subiektywnie, emocjonalnie trudno wyjść.
Zdaję sobie sprawę, że ten cały wywód dla najbardziej sceptycznych obserwatorów polskiego życia politycznego może się wydawać jajeczkiem cokolwiek nieświeżym. Wniosek, nawet jeśli dla pojedynczych czytelników oczywisty, miałby – gdyby go przyjęła rzeczywiście większość społeczeństwa, charakter rewolucyjny. Otóż: dajmy sobie spokój z powarkiwaniem na siebie, że ktoś jest „POpaprańcem”, a ktoś inny „PISiorem”, że ktoś widocznie tęskni za komunizmem, a ktoś chce oddać Polskę liberałom nieodróżnialnym od libertynów. Powinniśmy ochłonąć i zobaczyć, że choć wielu z nas powtarza „nie wierzę politykom”, to w gruncie rzeczy tańczymy, jak zagrają, ponieważ wciąż traktujemy serio opowieści, które nam o sobie snują, i które uwewnętrzniliśmy jako opowieści o sobie, o współczesnej Polsce. Jaka „IV RP”? Jaka „walka z postkomunizmem” (skoro można po cichutku z postkomunistyczną SLD rozdrapać media publiczne)? Ale też: jaka „polityka miłości” (patrz: prawdziwie miłosne zachowanie posła Karpiniuka w komisji naciskowej…)? Jaka „druga Irlandia”? I jeszcze bardziej fundamentalnie: jaki tam liberalizm (z chemiczną kastracją pedofili, kiedy się liczy z powodu tego pomysłu na kilkuprocentowy wzrost popularności), jaki konserwatyzm (z Lepperem do spółki), jaka „lewica demokratyczna” (z kawiorem na śniadanie), a nawet: jaki nacjonalizm (pewien znany polityk z PiS na moją wzmiankę, niestety nie podczas emisji, o nacjonalizmie Giertycha zawołał: „Panie, jaki to nacjonalista! To przecież cynik!”)?
No więc wyhamujmy, przestańmy obrażać się epitetami, które podsuwają nam usłużni spin-doktorzy z wielu stron, dajmy sobie spokój z podniecaniem się, kto kogo dzisiaj w Sejmie… wyonaczył i po prostu ich lekceważmy, zarówno tych „naszych” jak tych „ich”. Bo oni w dobrze pojętym własnym interesie chronicznie kłamią – a najuczciwsi wśród nich kłamią tak, że nawet sami już tego nie zauważają, ewentualnie z nobliwym smutkiem wznoszą oczy ku niebu i szepczą: „ale co ja mogę poradzić, takie są realia walki politycznej”. Popierajmy organizacje pozarządowe, zajmijmy się od nowa, od podstaw, ruchem samorządowym, wyrwijmy z rąk kolejnych wyalienowanych urzędników związki zawodowe. Jesienią 1981 roku mówiło się o Samorządnej Rzeczypospolitej. Ta banda darmozjadów z Wiejskiej doprowadziła nasze państwo – nie gospodarczo, lecz mentalnie, bo gospodarczo sobie zadziwiająco dobrze radzimy – do stanu, w którym mamy pełne prawo mówić znowu na rzekomych przedstawicieli narodu „oni”. Nie zapominam o braku SB, cenzury i tym podobnych osiągnięciach; poniekąd dzięki nim mamy przed sobą łatwiejsze zadanie, niż wtedy, 29 lat temu. Niemniej to zadanie, jak sądzę, już dobrze widać na horyzoncie.
(Ten lub, by powiedzieć dokładniej, podobny, tylko lepiej „obczytany” tekst powinienem był zaproponować jakiejś gazecie. Ale po pierwsze – uwikłałbym się zaraz w opisane wyżej zbiorowe emocje, że niby jestem po jednej, albo po drugiej stronie, a przede wszystkim – w pakiecie z umową o pracę podpisałem umowę o zakazie konkurencji, na moje wystąpienie w jakimkolwiek medium muszę mieć zgodę szefów, a trudno mi w obecnej sytuacji prosić władze Polskiego Radia o cokolwiek. Więc tylko tutaj ogłaszam wersję szkicową. A poza tym wydaje mi się ten szkic dość straszny na tle tego, czego się przez ostatnie lata trzymałem, więc może ktoś z Państwa mnie przekona, że jednak się mylę).
09-01-2010 o godz. 10:18
Witam!
Jak to dobrze, że temat który przez ostatni tydzień tutaj królował powoli odchodzi, może jeszcze będzie dobrze, bo straszne to czytać i o tym myśleć.
Czytać stanowisko człowieka rozgoryczonego i cóś doradzać w takiej materii ale co? by zainteresowany ,,emocjonalnie” z tego wyszedł.
Żyjemy w epoce wielkich postów, bo już J.F. Lyotard przewidział ,,koniec wielkich narracji”, politycznej narracji może też. Zastąpić je miały dziesiątki tysiące, miliony małych narracji i chcąc nie chcąc trzeba się do tego przyzwyczaić. Wiara, że chyba jest inaczej, może się mylę jest chyba głęboką naiwnością.
I jeszcze jedno dotyczące treści: O ile pamiętam to poseł Karpiniuk nie zasiada w komisji hazardowej, tylko ,,naciskowej”.
Kłania się nisko
Piotr W
09-01-2010 o godz. 12:45
@ Piotr W
Dziękuję za wyłapanie mojego błędu, już poprawiłem. Jakie to szczęście, że zaznaczyłem, iż do prasy musiałbym ten tekst lepiej przygotować merytorycznie!
Ma Pan rację, że jest to wypowiedź człowieka rozgoryczonego, a ja bym wręcz powiedział, że rozwścieczonego - bez silnych emocji nie chciałoby mi się pisać na ten temat, w gruncie rzeczy nie jestem “homo politicus”. Ale starałem się te emocje swoje zrozumieć i przy okazji to i owo mi się wyjaśniło. Na przykład dlaczego odczuwam spontaniczną sympatię do działań “Krytyki Politycznej”, choć w wielu konkretnych sprawach się z nimi nie zgadzam; dlaczego w późnych latach 90. teksty Abramowskiego z kręgu “Zmowy powszechnej przeciwko rządowi” wydawały mi się anachroniczne, a teraz znowu nie; z jakiego powodu (co w swoim czasie tu opisywałem) miałem od dawna kłopot z określeniem swojego miejsca na osi podziałów lewica-prawica w dzisiejszej Polsce… W tym sensie, nie kwestionując Pana rozpoznania, że mam przede wszystkim problem emocjonalny, skłonny byłbym namawiać, żeby mój wpis traktować serio, jako wstępną próbę rozpoznania obszaru, który chyba nie tylko dla mnie był dotąd niewidzialny, zasłonięty przez bieżący magiel, zwany u nas polityką.
Pozdrawiam najserdeczniej - JS
09-01-2010 o godz. 22:34
Moje zainteresowanie Polityką zaczęło się w dniu w którym w Polsce zaczął obowiazywać 24-godzinny/12-miesięczny nakaz jazdy z włączonymi światłami.
Pozdrawiam;
09-01-2010 o godz. 22:46
Jako zwykły szarak, wykształciuch ubolewam, szlag mnie trafia bo cóz moge zrobić w obecnej sytuacji?
Petycję podpisałam i co więcej?
Trójka w domu na okrągło gra, słyszę Redaktora Łukawskiego , który nie tryska entuzjazmem, Redaktor Baron gada dyrdymały za przeproszeniem , nie bawi elokwencją i humorem. Co my słuchacze teraz możemy dla Was zrobić? Dla siebie? Pytam poważnie
09-01-2010 o godz. 23:38
Ja też uważam że jesteśmy świadkami wielkiego zamętu ideowego w tak zwanej polityce polskiej (bo inaczej chyba trudno to określić). Też mam duży problem z odróżnieniem kto u nas jest lewicą, kto prawicą, kto liberałem a kto konserwatystą. Podał Pan trafne przykłady i podzielam odczucia sympatii np do środowiska “Krytyki Politycznej” nie z pobudek ideowych ale z racji jakiejś autentyczności i próby wyrwania się z zaklętego kręgu sztucznych podziałów. Tęsknię za społeczeństwem obywatelskim (Samorządną Rzeczpospolitą). Dobrze było by zrobić jakoś tak aby już nigdy więcej nie było sytuacji jak z odwołaniem Pani Jethon. Gdyby udało się to odwrócić byłby to pierwszy mały krok na drodze do mediów publicznych. Proszę nie tracić nadziei (wiem że łatwo to pisać) ale jakoś tak uważam, że może coś się uda zrobić, nie można chyba już brnąć w ślepą uliczkę, społeczeństwo w końcu dostrzeże że to co wyprawia “klasa polityczna” to blamaż i hucpa, przezwyciężymy sztuczne podziały i gierki i zaczniemy robić coś wspólnie, niezależnie i z myślą o przyszłości.
10-01-2010 o godz. 02:07
Mając świadomość, że problem, o którym Pan pisze ciągnie się dość długo i rozlegle, by móc się do niego odnieść rzetelnie - a ta rzetelność jest tu właśnie potrzebna, jeśli ktoś chciałby zacząć realnie działać w tym środowisku, zwrócę uwagę tylko na to, że:
;
) pozdrawiam. Z nadzieją, że może kiedyś ktoś mi wytłumaczy, w jakim sensie lubiana przeze mnie Trójka realizuje misję publiczną i dlaczego takie audycje, jak słuchana np. teraz przeze mnie CSM (gdzie słyszę Bjórk), musi być finansowana z obowiązkowego abonamentu, ściąganego siłą pod całą serią gróźb…
a/ postpolityka jest przede wszystkim efektem działania mediów elektronicznych (W POLSCE UPADEK POLITYKI i KRYZYS DEMOKRACJI TO MIĘDZY INNYMI EFEKT DZIAŁANIA MEDIÓW PUBLICZNYCH - SIC!) i rynku;
b/ zanik mocnych ideologii nie oznacza zaniku ich w ogóle (znana fraza “nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” jest przykładem “słabej ideologii”, w sensie znaczeń, ale zarazem może najsilniej oddziałującej od wieków); w końcu żyjemy w czasach niezwykle silnych przewartościowań (temat na książkę to np. realny sens znaczenia słowa “gej”); in. słowy - polityka przesuwa się także na inne terytoria niż obrona granic i pomysł na gospodarkę…
c/ być może w związku z powyższym również samorządy, ale także organizacje pozarządowe (organizacje charytatywne, fundacje, stypendia…) - co widać wyraźnie w Polsce - uwikłane są w te nie wprost określone “ideologie”;
d/ zanik ideologii nie oznacza zaniku interesów grup, “korporacji” i korporacji, bądź podobieństw interesów jednostek - wszystkie one zaś plączą się “pod stołem” w bardzo złożone systemy zależności, które są bardziej realne niż kampanie wyborcze - a że są złożone, to tymczasem nawet “spin-doktorom” nie chce się nad tym głowić;
e/ w celu uproszczenia rozumienia zjawisk okołopolitycznych zawsze warto wracać do “Szewców” Witkacego
Ok, koniec. Z sympatią do Pana prób ogarnięcia refleksją dziejących się spraw (młody duch w Pana wstąpił
10-01-2010 o godz. 03:43
Moje rozgoryczenie, jak się zdaje, jest większe niż pańskie (i znacznie wczesniejsze). I z całym szacunkiem dla Abramowskiego w samorządność też nie wierzę. Uwaga, bo będę prorokował! Polska samorządność realizowana byłaby według zasad Gerwazego wyłożonych w Dobrzynie: gdy ‘wielcy’ duszą (i próbują wyrolować) wielkich i na wielka skalę, my duśmy i rolujmy małych! Wyciśnijmy co się da ze swojej małej społeczności, co to w niej samo(się)rządzimy.
10-01-2010 o godz. 12:31
Robmy swoje! Nie rezygnujmy zbyt pochopnie z tego co jest dla nas. Trójka to SKARB i nie pozwólmy jej sobie odebrać. Panie Jerzy proszę nie rezygnować i mieć siłę. Kiedy usłyszałam Pana słowa porzegnania po rozmowie z p. Ewą Ewart zamarłam, bo przez chwilę pomyślałam sobie, że znowu żegna się Pan z nami na długo. Na szczęście dalej słucham Pana wspaniałych audycji i chce wierzyć, że tak zostanie. Pozdrawiam serdecznie.
11-01-2010 o godz. 10:39
Dobrze to Pan napisał, Panie Jerzy.
Jestem młodszy od Pana i o wiele mniej doświadczony, ale i ja przeżywam podobne rozterki i złość i zniechęcenie w związku z miejscem pracy (zupełnie różnym od Pańskiego) i tym, co politycy z nim wyprawiają. Z entuzjasty polityki i ideowych sporów zmieniłem się w człowieka,który pyta się ostatnio o sens oddawannia swojego głosu na tych lub innych “onych”.
Ale, Panie Jerzy, głowa do góry. “Przemija bowiem postać tego świata”, jak mówi autor natchniony - i chociaż to stwierdzenie brzmi groźnie - oznacza, że nie ujdzie to “im” na sucho. Spisane będą czyny i rozmowy.
11-01-2010 o godz. 19:05
Nie mogę się rozpisywać, bo siedzę w kawiarni interantowej (spalił mi się dach nad głową, a w zapasowym nie mam internatu).
1. 21 stycznia (czwartek) jest 60 rocznica śmierci Orwella. Wiem, że jest zalew rozmaitych rocznic codziennie, ale jeśli nie ma tematu na ten dzień, to można wykorzystać. To chyba jedyny autor, który zmienił świat, a nie innych autorów i można go spotkać wszędzie, z wyjątkiem „historii literatury”. (poza tym jest piosenka J.Hendrix “1983″ Electric ladyland poz.11)
2. Całkowicie się nie zgadzam z powyższą diagnozą. To że ideologii nie widać, nie znaczy, że jej nie ma. Szersza polemika może kiedy indziej. Końca historii nie ma i nie będzie. “Postpolityka” to pustosłowie, tak samo jak “postmodernizm”.
12-01-2010 o godz. 12:06
Dwie rzeczy dla mnie ważne wyłowiłem z tekstu i dzięki niemu.
Pierwsza, że dla mnie trójka skończyła się już dawno, dawno temu ale teraz pomyślałem, że może to ja się skończyłem a ona wciąż taka sama ? Nie ma to oczywiście związku z przyczynami odwołania ale… nie szkoda mi. Ja też obudzę się kiedy moje miejsce pracy zostanie zagrożone. Tylko mojego tekstu nikt nie przeczyta.
Druga - ten podział na “my i oni”. I że oni nam źle a my ich wybieramy. Wybieramy samych siebie i nie oni nam źle robią, sami sobie to robimy. Tak myślę.
12-01-2010 o godz. 16:37
A czytał Pan, Panie Jerzy dzisiejszy tekst Rafała A. Ziemkiewicza w Rz? Chyba było o Panu. Z Panem Ziemkiewiczem po raz kolejny muszę się zgodzić, powszechny jest Zespół Urojeń i Obsesji związanych z PiS, w Trójce to jest nad wyraz widoczne.
jest objawem bardzo poważnego problemu
Poniżej pozwolę wkleić dłuższy fragment:
„Innym charakterystycznym przykładem jest Krzysztof Skowroński – filar Radia Zet w okresie jego największego udeckiego zaangażowania, przez wiele lat człowiek szeroko rozumianego salonu, nigdy niedeklarujący poglądów zbliżonych do antykomunistycznej prawicy. Postawił on podupadającą Trójkę na nogi, przywrócił jej dawną świetność i słuchalność. Nikt nigdy nawet nie postawił mu zarzutu politycznej stronniczości (jedyny zarzut, że pozwolił Jarosławowi Kaczyńskiemu nagrać poranny wywiad poprzedniego wieczoru, zamiast przeprowadzić go na żywo, jest śmieszny – zresztą tak samo nagrywał szefa PiS agorowy TOK FM).
Nie ma to żadnego znaczenia, stał się wrogiem, bo nominację na szefa Trójki przyjął od PiS. Większość pracowników Trójki czy środowiska opiniotwórcze ani myślały protestować, gdy Skowrońskiego bez żadnej racji wyrzucono i gdy opluwano go na podstawie jakichś wygrzebanych naprędce kwitów dotyczących drobnych uchybień księgowych. Co innego, gdy zwolniono ze stanowiska jego następczynię.
Postkolonialne rozdarcie
Histeryczna nienawiść okazana przez niektórych pracowników Trójki i wspierających ich celebrytów nowemu szefowi Trójki, zanim jeszcze zdążył się on pojawić w gabinecie, to kolejny objaw choroby. Jacek Sobala jest niewątpliwie fachowcem od radia, a zarzuty wobec niego ograniczają się do tego, że reanimując zupełnie niesłuchane Radio Bis, zlikwidował program, którego prowadzący znał wszystkich swoich słuchaczy po imieniu, i że zabronił używać na antenie komunistycznego potworka językowego „Święto Zmarłych”. Cóż, niestety – dobry fachowiec, ale nominant PiS. Towarzystwo sobie nie wyobraża współpracy z dyrektorem „z politycznego nadania”.
Absurd oczywisty: konstrukcja ustrojowa III RP jest taka, że chyba nigdy, w żadnym opiniotwórczym medium, bez względu na to, czy formalnie jest ono prywatne czy publiczne, nie było szefów innych niż z nadania politycznego – od Adama Michnika począwszy. Protestujący udają, że tego nie wiedzą, czy do tego stopnia już ulegli zbiorowej histerii?”
pozdrawiam
13-01-2010 o godz. 00:49
@Wojtek
Natomiast jako publicysta… miewa niezwykle błyskotliwe i trafne uwagi, często jednak niestety pada (moim zdaniem) ofiarą przesadnej żarliwości w niechęci do środowiska, które określa mianem “salonu”. Dumny, że opinii owego “salonu” umie się przeciwstawić, przeoczył, że nonkonformizm ciągle tylko wobec jednego środowiska orientowany, zaczyna w pewnej chwili być niepokojąco przewidywalny. Bywa.
Nie czytałem całego tekstu Ziemkiewicza, natomiast przytoczony przez Pana fragment znam z forum słuchaczy Trójki i stamtąd przeklejam (przeredagowaną) moją odpowiedź:
1. Czytam u Ziemkiewicza o Krzysztofie Skowrońskim: “Nikt nigdy nawet nie postawił mu zarzutu politycznej stronniczości”. Otóż ryzykownie jest używać wielkich kwantyfikatorów (nikt, nigdy). Co najmniej raz taki zarzut stanął, z którego zresztą sam Skowroński tłumaczył się (dość groteskowo moim zdaniem) w wywiadzie dla “Dziennika” z dn. 7.03.2009 - chodziło o wtargnięce do audycji na żywo z komentarzem tłumaczącym sprawę taśm Beger. Zaznaczam, że piszę to nie dlatego, żebym chciał p. Skowrońskiemu odmawiać jakichkolwiek zasług dla Trójki - ma je oczywiście - ale robienie z niego apolitycznego anioła wydaje mi się przesadą (zwłaszcza jeśli się pamięta, że pracował w duecie ze swoim zastępcą, Szymonem Sławińskim, którego działania szły na konto Skowrońskiego).
2. Pisze Ziemkiewicz: “Większość pracowników Trójki czy środowiska opiniotwórcze ani myślały protestować, gdy Skowrońskiego bez żadnej racji wyrzucono i gdy opluwano go na podstawie jakichś wygrzebanych naprędce kwitów dotyczących drobnych uchybień księgowych”. Ja akurat rzeczywiście nie protestowałem (choć pisałem, że mechanizm wymiany szefów w mediach jest chory), nie pracowałem zresztą wtedy w Trójce, ale część moich koleżanek i kolegów podpisała list, skierowany do Zarządu PR (lepiej znany jest inny list, który podpisali głównie ludzie spoza Trójki). Co do “drobnych uchybień księgowych” to - znów - sam na niniejszym blogu broniłem Skowrońskiego przed zarzutami o osobistą nieuczciwość, ale zapaść finansowa Trójki, z którą musiała sobie poradzić Magda Jethon, należy jednak do niedyskutowalnych faktów, choć nie ma oczywiście podstaw twierdzić, że była ona skutkiem niegospodarności w sensie kryminalnym i nie ma sporu, że była wykorzystana przez polityków jako pretekst.
3. Pisze Ziemkiewicz: “Histeryczna nienawiść okazana przez niektórych pracowników Trójki i wspierających ich celebrytów nowemu szefowi Trójki, zanim jeszcze zdążył się on pojawić w gabinecie, to kolejny objaw choroby”. Nie wiem, jak bardzo trzeba być zaangażowanym emocjonalnie w decyzje polityków koalicji medialnej SLD-PiS, żeby nie widzieć, że to, co Rafał Z. nazywa “histeryczną nienawiścią” okazywaną rzekomo “nowemu szefowi Trójki” jest w istocie protestem ludzi (o, nawiasem mówiąc, różnych sympatiach politycznych) przeciwko bezpośredniemu zarządzaniu mediami przez partie polityczne.
4. Na temat zdania zaczynającego się od słów: “Jacek Sobala jest niewątpliwie fachowcem od radia…” z oczywistych powodów wolałbym się nie wypowiadać. Wspomnę jedynie, że Magda Jethon jest od lat człowiekiem Trójki, co pozwalało na (zrealizowane przez nią) nadzieje, oraz że tak chętnie podkreślana przez miłośników PiS “polityczna nominacja” Jethon była dokładnie takim samym mechanizmem, w wyniku którego władze w Trójce objął… Krzysztof Skowroński. I właśnie o to, żeby wreszcie ten idiotyczny mechanizm zlikwidować, idzie teraz walka, bo inaczej co się politycy ułożą w jakąś kolejną kuriozalną koalicję, to my będziemy mieli nowe władze. Tak się nie da pracować!
Rafał Ziemkiewicz prywatnie jest moim kolegą ze studiów, którego w gruncie rzeczy (wciąż prywatnie) lubię - choć nie znając partii jego tekstu na mój własny temat nie wiem, czy nie będę musiał tej opinii zrewidować
Ukłony - JS
13-01-2010 o godz. 10:18
Słuchałem wczoraj Klubu Trójki - brawo !!
13-01-2010 o godz. 10:38
Witam!
Jedno pytanie, odnośnie wczorajszej audycji w ”KT”
Co oznaczały Pańskie słowa na koniec programu: (Do usłyszenia ,,mam nadzieję”).
Czyżby, jak to mawiają starsi ludzie, już siekiera do pnia przyłożona?
Pozdrawiam
Piotr W
13-01-2010 o godz. 11:55
Coś ze wściekłości zawisło w powietrzu. Nie wiem co przelało czarę goryczy i złośliwości. Czy gęganie ludzi mających o kulturze od kuchni pojęcie niewielkie, czy słowa o aparatczykach na Kongresie Kultury Polskiej czy może przykład dały nam kobiety z Kongresu Kobiet, które w swoich interesach bez patrzenia się na przykład z góry - jako pierwsze pokazały że można? Akcja Tomka Piątka w obronie bibliotek była czwartą lub piątą która przebiegła przez moją skrzynkę e-mail w ciągu ostatnich trzech miesięcy roku 2009 i to chyba dobrze. Może z tej złości urodzi się jeden, drugi i trzeci odruch protestu i przebudzenia z tego wrednego matrixa. Bo to odwrócenie ról. Całkowity value shift.
Tyle tylko, że nie za bardzo wierzę też w samorządy, jeżeli juz to trzeci sektor. W kulturze jednak dzieje się dużo więcej niż wynika z raportów ZPAF, ZPAP, ZLP, SPP i innych skamielin które ciągle chyba występują jako partnerzy władzy publicznej (relikt PRL), dobrze by było gdyby ktoś do cholery zauważył.
13-01-2010 o godz. 14:00
Jurodiwiec ma rację. Wystarczy przeczytać raporty, przygotowane na Kongres Kultury Polskiej, by zauważyć, jak wąsko rozumiana jest kultura z pozycji “państwowych”, jak niewiele pozwala zrozumieć statystyka, itp. Osobliwe, że z KKP najbardziej zapamiętałem jednak upominanie się “prominentów” kultury o “media publiczne” - jakby jednak nie o “publiczne” chodziło, a o coś na kształt “gwarantowanych cen” znanych z rolnictwa…
13-01-2010 o godz. 21:00
Kolego Wojtku, niech i ja przekleję siebie samego z forum Trójki, w sprawie Ziemkiewicza:
A zatem, umiarkowane poparcie społeczne jakim cieszy się PiS i cała narodowa prawica, a także powszechne przekonanie o ponurej groteskowości tej formacji politycznej i mentalnej, są wyłącznie efektem urojeń stymulowanych lekturą Gazety Wyborczej. Spisek, układ:-D!
15-01-2010 o godz. 07:45
Calkowicie podzielam Pana diagnozę o “alienacji” klasy politycznej.
Jednak nie wspomnial Pan o jednym waznym czynniku, ktory podtrzymuje przy zyciu cala te maskarade, albo “jarmarczna bude” naszej polityki. To dziennikarze, czy tez ogolnie media, ktore pokazuja polityke wylacznie jako sfere gry (w ganianego, chowanego, w wojne - do wyboru, do koloru) a nie jako sfere odpowiedzialnosci i prawdy.
15-01-2010 o godz. 18:17
Niestety tacy dziennikarze jak Panowie Redaktorzy Ziemkiewicz i Semka są dla mnie przykładem coraz to większej utraty zdrowego rozsądku, szerokości spojrzenia, trzeźwego myślenia, którym to kiedyś zapracowali na szacunek. Obecnie w ich wypowiedziach zauważam coraz to większą nienawiść już tylko. Tym bardziej to dla mnie rozczarowujące, że ich teksty jak i teksty publicystów “Rz” były dla mnie jako młodego kształtującego się człowieka naprawdę ważne. Dziś odbieram ich opinie z coraz to większym niesmakiem. Kolejny przykład gdy ślepa miłość do idei staje się ważniejsza od szacunku do bliźniego. Za to postawa Jerzego Sosnowskiego jest dla mnie przykładem, że warto żyć wg własnego sumienia. Zawsze. I dlatego od moralizatorów wole moralistów. “Im większy postawisz sobie cel tym bardziej będziesz samotny”. Wszystkiego dobrego i omijania Rejonów Wielkiej Herezji Panie Redaktorze.
15-01-2010 o godz. 23:09
Gorzkie słowa Kolegi Mistrza KO o ślepej miłości do idei ozdobiłbym przypinką: wspomnianym redaktorom i nie tylko im notorycznie mylą się prawda i prawica.
16-01-2010 o godz. 00:40
Za bohaterami W. Smarzowskiego powiedziałbym: Prawda? -Nie ma takiej.
Prawicy już chyba zresztą też…..
16-01-2010 o godz. 01:26
Patrząc na Izraelitów, to kręcili się po pustyni, aż im pokolenie żyjące w niewoli egipskiej wymarło. Może tak trzeba i u nas. Pytanie tylko czy razem z tymi naszymi politykami nie powinno odejść także - co najmniej na emeryturę - całe pokolenie dziennikarzy, równie jak politycy, uwikłane w walki ostatniego dwudziestolecia, a przez to mało zdolne do w miarę odpowiadającego faktom opisu świata…? Szczerze mówiąc odpowiednim grupom i polityków, i dziennikarzy, już mało co zależy na prawdzie, tu walka idzie im o pamięć, o te kilka rozdziałów podręczników do historii najnowszej, z której pokolenia gimnazjalistów i licealistów będą zapośredniczać obraz przeszły.
Jak pamiętam, to “Dziennik” lansował postpolityczną ideologię “czystej wody w kranie”. I padł. Skąd może przyjść nadzieja na odzyskanie przez obywateli państwa. Patetycznie powiem, że ze strony Kościoła. Jeśli na serio będzie “robiona” w nim ewangelia, jeśli na serio będzie “robiona” w nim duchowość. Współczesne młode i średnie pokolenie Polaków opisują trzy “pragnienia”: indywidualizmu (nie tłamszonego przez wspólnotę, która jest jednak przez nich pożądana), duchowości i głodu wiedzy. Wbrew pozorom w Kościół ma w sobie potencjalnie (ale tylko potencjalnie na razie niestety) odpowiedź na te pragnienia. Gdyby je zaspokoił, wtedy mogłaby się narodzić…wspólnota. Ale to już temat chyba na dalsze dywagacje…
16-01-2010 o godz. 14:24
Sądzę, że “Fincher” prezentuje tu klasyczna michnikowszczyznę i to właściwie w sposób dosłowny. Kilka razy było mi dane uczestniczyć w dyskusjach z Adamem Michnikiem i za każdym razem ten człowiek powtarza to samo….bajeczka o Izraelitach i Ziemi Obiecanej….odnowa moralna przez Kościół…..Tyle, że trzeba zacząć od faktu, że Kościół w Polsce znalazł się dzisiaj sam w kryzysie (wartości?), poniekąd wynikającym z ucieczki przed niewygodną rzeczywistością, brakiem odwagi przed zmierzeniem się z problemem lustracji, radiomaryjności, bezrobocia. Po roku ów 89. kapłan zajął wygodne miejsce obok polityka i lokalnego przedsiębiorcy. Myślenie żołądkiem i portfelem. Dach załatać, postawić pomnik, pomalować zakrystię…..
I powiem brutalnie, że po pewnym czasie od śmierci Jana Pawła II skończył się ten radosny festyn z kremówkami i śpiewaniem Barki.
“bo Oni woleli go kupować niż słuchać i próbować zrozumieć”…..
16-01-2010 o godz. 14:49
dla mnie towarzystwo z “Rzeczpospolitej” doszczętnie skompromitowało się “aferą z kozą” drukując ten oto obrazek
http://grafik.rp.pl/grafika2/320002,325805,9.jpg
przyrównanie homoseksualistów do zoofilów-
dowód na totalną głupotę tego “prawdziwie opiniotwórczego” dziennika i kompletny brak szacunku i wrażliwości.
proste zaściankowe myślenie- prawda nas wyzwoli bo prawda to my!
ktos jest inny- należy go zniszczyć!
23-01-2010 o godz. 21:31
Nie mam czasu na szczegółową krytykę, ale uważam, że niestety odwrotnie, tj. to inteligencja a zwłaszcza intelektualiści oderwali się od życia zwykłych ludzi. Mieszają im się jednorazowe wydarzenia symboliczne z długotrwałymi procesami rzeczywistych zmian społecznych. Sierpień 80 był ważny ale w innym sensie niż powyżej - jako decyzja narodu o zmianie kierunku, a nie faktyczne osiągnięcie, realna zmiana. Intelektualiści ciągle sobie (romantycznie) wyobrażają, że przemiany społeczne są centralnie sterowane przez nich samych i nie mogą następować samoistnie i nie kierowane wyartykuowaną ideologią.
Ideologie wspomniane w tekście nigdy w Polsce nie istniały poza kręgami wyalienowanych inteligentów. Politycy robią mniej więcej to czego ludzie oczekują. Przeciętny polak nie jest zwolennikiem (zagranicznych) ideałów.
“Duch reformatorski” Balcerowicza i jego liberałów jest kontynuacją ruchów protestanckich i purytańskich, które zbudowały kapitalizm na zachodzie, a w Polsce działały w XVI wieku (niestety Polska nie przeszła wówczas na protestantyzm - stąd klęska obozu reform). Jest to program spójny ale nie mający nic wspólnego z dzisiejszym użyciem słowa liberalizm na zachodzie. Kastracja chemiczna to oczywiście brednia, ale brednia purytańska. Przeciwieństwem purytan-libertarian są sarmaci-katolicy z PiS (i części SLD) - stąd te partie obniżają podatki (Miller i Gilowska) i nie obniżają wydatków. To też brednia, tyle że sarmacka. Reszta “programów gospodarczych” to przypadkowe pomysły różnych osób. Hausner i Belka nie mają merytorycznego związku z Millerem.
Rozśmieszyły mnie ataki na samorządowców. Samorząd w Polsce ma minimalny udział w podatkach i nic nie może. W USA nie ma ministerstwa kultury, sportu ani oświaty i rząd centralny się nie zajmuje drogami, bibliotekami, boiskami itp. Inaczej w Rosji - tam Putin jest od wszystkiego.
Do budowy bibliotek potrzebna jest konkurencja między regionami i zmiana udziału w podatkach, a nie marzenie o oświeconym ministrze.
To wszystko jednak szczegóły - i tak idą niespodzianki znacznie większe.