Nardelli
Lubię oglądać w TVP Kultura „Archiwizję”. Wydobywane z przepastnych archiwów TVP materiały bywają wzruszające, ciekawe, śmieszne lub – czasem – okropne, a komentarze Manna i Wasowskiego utrzymują się w cudnych rejonach pure nonsensu. W ostatnią sobotę głównym daniem był program z 1968 roku, w którym Stefania Grodzieńska prezentowała trzech młodych (podówczas) satyryków: Adama Kreczmara, Jonasza Koftę i Jana Pietrzaka.
Trzy rzeczy zwróciły moją uwagę. Pierwsza, drobna: że archiwa są okrutne. Podejrzewam, że Jan Pietrzak wiele by dał, żeby jeden z prezentowanych przez niego wierszyków uległ skasowaniu. Ironiczna powiastka o polskim inteligencie, który w Polsce dyskutuje o antypowieści, a potem jedzie na Zachód zmywać naczynia – i czy on chce naprawdę reformować socjalizm? – recytowana w 1968 roku, choć zapewne przed marcem (w programie wśród śpiewających studentów szkoły teatralnej wystąpił Andrzej Seweryn, który po wydarzeniach marcowych wpadł w kłopoty i raczej nie miał dostępu do TVP) brzmiała dziś w najwyższym stopniu niesmacznie. A właściwie należałoby to napisać ostrzej.
Druga rzecz: wielokrotnie zdarzało mi się myśleć nad niesprawiedliwym zestawianiem młodych twórców z artystami już-uznanymi. Zwłaszcza w latach 90. irytowało mnie to – wspominane zresztą w ubiegłym roku w tym dzienniku – stanowisko krytyki, zwalczającej debiutantów z kręgu „brulionu” pod hasłem „choćbyście się zes…ali, nie będziecie lepsi niż Szymborska”, ale i dziś narzekanie na młodzież, że nie powala na kolana, bo starsi są lepsi, zdarza się przecież nie raz. Ów program telewizyjny był doskonałą pomocą dydaktyczną przy wyjaśnianiu, dlaczego to nie ma sensu. Otóż gdyby ktoś nie pamiętał, co potem stworzyli Kreczmar, Kofta i Pietrzak, i chciał ich ocenić wyłącznie po tym występie trzech szczawików, mając na przykład świeżo w pamięci Kabaret Starszych Panów, musiałby powiedzieć: kiepsko to towarzystwo rokuje. Jedna dobra piosenka („Pamietajcie o ogrodach…”), reszta utworów zbyt sentymentalna albo mało śmieszna, na tle twórczości Przybory i Wasowskiego – cienizna. No tak, tylko że minęło parę lat i już był Kabaret pod Egidą, Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy i tak dalej.
Ale najważniejsza była rzecz trzecia. Otóż piosenki śpiewali w tym programie studenci ówczesnej PWST: między innymi Anita Dymszówna, Piotr Fronczewski, Andrzej Seweryn… i Andrzej Nardelli.
Andrzej Nardelli zginął zbyt wcześnie (albo ja się za późno urodziłem), żebym go widział na scenie. Ominęło mnie legendarne przedstawienie „Kordiana” z drabiną, w reżyserii Adama Hanuszkiewicza – i jest to jedno z dwóch wydarzeń teatralnych, z którymi minąłem się niewiele, parę lat, i najbardziej tego żałuję (drugim jest „Apocalipsis cum figuris” Grotowskiego). Nardellego znam z głównej roli w filmie Stanisława Różewicza „Szklana kula”, z paru piosenek, które zdążył nagrać solo i w duecie z Magdą Umer, no i z niewielu takich właśnie niedługich materiałów telewizyjnych.
Nardelli , jak to sobie w sobotę uświadomiłem, nie był przystojny. Był – chłopcem, wzruszającym, lirycznym, ciepłym. A przede wszystkim miał wokół siebie aurę, która towarzyszy nielicznym aktorom: z nieuchwytnego powodu skupiają na sobie uwagę, mogą nic nie mówić, a obserwuje się ich z najwyższą uwagą, mogą mówić rzeczy nieistotne, a słucha się ich z napięciem. Trudno orzec, kim byłby dzisiaj – kiedy utonął w Zalewie Zegrzyńskim w 1972 roku, miał raptem 25 lat (czyli dzisiaj miałby 63). Ale patrzę na niego i jestem go ciekaw w każdym jego ruchu, w każdym wypowiedzianym słowie. I potwierdziło mi się, co uświadamiałem sobie z wolna, pisząc „Instalację Idziego” – że dokładnie tak wyobrażałem sobie głównego bohatera tej książki (nawiasem mówiąc, zdaje mi się, że Nardelli zdążył zagrać Aloszę w inscenizacji „Braci Karamazow” w Teatrze Telewizji). Idzi dla mnie ma twarz i sylwetkę Andrzeja Nardellego. Gdyby sfilmowano tę powieść i można by było cofnąć czas (a z nim to, co nieuniknione), chciałbym, żeby go zagrał (w tym zdaniu przydałby się odpowiednik trzeciego conditional’u…).

01-02-2010 o godz. 23:52
Pamiętam jak nie zaskoczyła mnie jego śmierć, już za życia sprawiał wrażenie istoty bezcielesnej, tylko przypadkiem goszczącej między nami. Dziękuję że przypomniał Pan tę bardzo osobną postać.
02-02-2010 o godz. 00:41
Jedna z tych osób, którym uwierzy się nawet, gdy powiedzą, że 2+2=6?
pozdrawiam.
02-02-2010 o godz. 10:28
Zgadzam się z Tuberfitem, myślę, że Andrzej Nardelli pochodził z innego, wyższego wymiaru. Razi mnie tylko - jak zgrzyt żelaza po szkle - uwaga, że nie był przystojny. Jest złośliwa, skrajnie subiektywna i zupełnie nie w Pana stylu.
02-02-2010 o godz. 11:16
@Ariel
Bardzo przepraszam, ale mam wrażenie, że nastąpiło nieporozumienie (biorę je na siebie, naturalnie). Po “uwadze, że nie był przystojny” idzie u mnie zaraz zdanie o tym, że A.N. był liryczny i chłopięcy. To nie krytyka wyglądu (”złośliwa”?!), tylko opis typu antropologicznego. Po namyśle przyznaję, że subiektywny, ale bez cienia złych intencji. Epitet “przystojny” kojarzy mi się z urodą dość banalną. Dobrze, nie brnę już…
Pozdrowienia - JS
02-02-2010 o godz. 12:55
To ja przepraszam że się głupio przyczepiłem, jeśli przystojny=banalny, to istotnie wszystko OK i pełna zgoda. Pozdrawiam
02-02-2010 o godz. 21:38
Witam!
ich i tylko ich najlepiej pytać o ocenę.
Do Pana Ariela i szanownego gospodarza strony.
Mnie w domu uczono, że na męskiej urodzie najlepiej znają się kobiety
Podobno mężczyźni nienawidzą na ten temat dyskutować, natomiast uwielbiają dyskutować na temat, nie urody a inteligencji innych mężczyzn, ja w każdym razie bardzo lubię.
Pozdrawiam
Piotr W
04-02-2010 o godz. 13:39
Ja chciałem się wypowiedzieć całkowicie nie na temat, tzn. w sprawie Boga-Światła.
W audycji pominięty został jeszcze bardziej „niski” poziom tj. fizyczny.
Wedle fizyki (z tego co słyszałem) światło to fala elektromagnetyczna, czyli (czytając w drugą stronę) światłem są: fale radiowe, rentgenowskie, elektryczne włącznie z prądem w układzie nerwowym, itd. Życie to światło przynajmniej dosłownie. Podobno istnieje książka w tym duchu W.Sedlak „Homo electronicus” (nie czytałem).
Jeszcze dalej posunął się J.Dukaj w „Lodzie” utożsamiając światło z logiką rozmytą, ale to wygląda mi na przesadę.
Odnośnie Arystotelesa i Platona prostsze wytłumaczenie jest takie, iż trafili w metodologię swoich specjalności (Platon – nauki ścisłe, Arystoteles – stosowane, obaj nie znali się na ludziach), ale żadna metodologia nie wyjaśnia wszystkiego (Popper „Wszechświat otwarty”, Leibniz?). Fizyka sprowadza wszystko do światła i grawitacji (znane do nieznanego), ale nigdy się to wyjaśnianie nie skończy, a nawet gdyby się teoretycznie udało wszystko wyjaśnić, to bynajmniej nie wyklucza wyjaśnień innych (również ciągnących się w nieskończoność).
04-02-2010 o godz. 18:24
@Faryzeusz
Serce mnie boli jak widzę takie “czytanie w drugą stronę”.
Na prostych przykładach:
Z tego, że kwadrat jest prostokątem nie wynika, że prostokąt jest kwadratem.
Człowiek jest ssakiem, ale ssak nie musi być człowiekiem.
Wino jest napojem, ale zdecydowanie nie każdy napój jest winem.
04-02-2010 o godz. 20:59
To nie będzie silna obrona, ale wydaje mi się, że rozróżnienie między światłem widzialnym a falą niewidzialną jest z dziedziny biologii raczej niż fizyki.
05-02-2010 o godz. 20:16
@Faryzeusz
Ależ to, broń boże, nie był atak.
Jedynie mały logiczny zawał serca
22-02-2010 o godz. 14:22
Nardelli rzeczywiście zagrał Aloszę. A kłopoty Seweryna zupełnie nie przekładały się na obecność w telewizji - dwa przedstawienia Teatru TV w 1968, trzy w 1969.
16-05-2010 o godz. 19:09
Ogromna szkoda, że Andrzej Nardelli nie dożył czasów współczesnych. Kto wie, czy dorobkiem twórczym nie przewyższyłby Olbrychskiego, Fronczewskiego czy Zelnika, bo- notabene wszyscy studiowali na PWST na jednym roku. Według mnie Nardelli zdecydowanie lepiej wypada jako piosenkarz, niż jako aktor. Ten rodzaj wrażliwości, który on niewątpliwie posiadał, jest niezbędny przy uprawianiu poezji śpiewanej. Szkoda człowieka, a jeszcze bardziej Jego talentu. Mógł zostać polskim Cohenem. Myslę,że jego piosenki zachowały się w liczbie znacznie większej, niż tylko kilka sztuk, trzeba to jedynie wszystko znaleźć i poodkurzać. Mimo że mam dopiero 26 lat i nie mam prawa pamiętać Andrzeja Nardellego- Jego postać jest mi ze względów osobistych bardzo bliska. Pozdrawiam Pana bardzo serdecznie i czekam na kolejną książkę.