Miasteczko Twin Peaks po latach

    Właściwie notka ta powinna mieć tytuł barokowy, taki bardzo długi, który brzmiałby jak następuje: Miasteczko Twin Peaks po latach albo Niespodziewane kłopoty z kalendarzem, który z całą pewnością kłamie czyli Czas pożera również wrażenie dziwności z dodaniem Refleksji o tym, co się dzieje, kiedy rozsynchronizują nam się zegarki alias Krótki dowodu na to, że skoro agent FBI Dale Cooper się zmienił, to ja, widz, tym bardziej. No i po tym tytule można by wreszcie uzyskać właściwą dla Internetu zwięzłość, czyli nic nie napisać, wkleiwszy co najwyżej fotos.
    Ale poddajmy się mimo to rytmowi może i powściągliwej, ale jednak epiki. Było tak: zaalarmowany w tej materii przez Słuchacza (dziękuję, Panie Tomku) pomknąłem do sklepu, żeby kupić pierwszy sezon „Miasteczka Twin Peaks”. Oglądałem ten serial właściwie tylko raz, podczas pierwszej emisji w TVP, w 1990 roku; potem zdarzyło mi się widywać pojedyncze odcinki, ale też dawno. Byłem już wtedy admiratorem Lyncha, znałem jego „Blue velvet” i „Dzikość serca”, i bawiłem się przy „Twin Peaks” setnie, całkiem nie wierząc starszym krytykom, którzy w dziełach, opatrzonych etykietką „postmodernizm” widzieli, panie dzieju, jedynie ruję i poróbstwo (niektórym zostało to do dziś). Wrażenie było potężne: coś, co zaczynało się jak w miarę normalny serial kryminalny, wkrótce przeobraziło się w feerię osobliwości, żarty z konwencji filmu telewizyjnego, a widz, który chciałby się przejąć serio losem postaci, co chwila czuł się wystrychnięty na dudka (czy raczej: na gwarka, zważywszy rolę śp. Waldo w końcówce pierwszego sezonu), bo właściwie nigdy nie było wiadomo, czy scena, zaczęta gagiem, nie skończy się tragicznie, a znowu moment, który z pozoru miał przyspieszać bicie serca lub wyciskać łzy, nie wierzgnie nagle w krainę ironii, czy zgoła wygłupu.
    Z pamięcią o takim doświadczeniu zasiedliśmy z Ukochaną przed ekranem… i efekt był trochę jak ze snu, w którym spotykamy kogoś bliskiego, ale przez skórę czujemy, że to jednak ktoś inny. Bo, jak się okazuje, przez dwadzieścia lat osobliwości „Twin Peaks” rozwiały się, jest to teraz może nie aż typowy, ale mieszczący się w ramach tego, co przyjęte, serial kryminalny. Postaci są zakręcone, to prawda, ale przecież w filmach, których się naoglądaliśmy w minionym dwudziestoleciu, inne prawie nie występowały; scenariusz jest błyskotliwy, ale i to już stanowi standard, podobnie jak ta charakterystyczna mieszanina tonu serio i buffo, która wtedy wprawiała w osłupienie. Szokujące kiedyś realia obyczajowe (te licealistki dorabiające sobie po godzinach jako call girls; no i kazirodztwo w rodzinie Laury Palmer, co prawda w pierwszym sezonie jeszcze nie ujawnione) jeśli nie są teraz codziennością w ścisłym sensie, to są codziennością w mediach. Nie chcę przez to powiedzieć, że oglądałem ten serial bez przyjemności, przeciwnie: już niecierpliwie stukam w palce, kiedy ukaże się na dvd pozostała część, a czołówka z ptaszkiem-rudzikiem i zakrętem szosy, przy którym widnieje napis „Witajcie w Twin Peaks. 51 221 mieszkańców” dalej wydaje się magiczna (ponad 50 tysięcy mieszkańców to, nawiasem mówiąc, sporo, hę? A w tłumaczeniu jest „miasteczko”. Ale nie jestem pewien, czy na telewizorach sprzed 20 lat tę liczbę dawało się odcyfrować). Jednak ten zasadniczy, obezwładniający efekt dziwności – pierzchnął, jakby go nigdy nie było.
    I tu włącza się wstydliwy problem z kalendarzem. Moja mama (rocznik 1932) twierdzi – i ja jej wierzę – że perwersyjny pomysł Pana Boga ze starością polega na tym, iż starzeje się jedynie ciało, psychicznie zaś fiksujemy się na jakichś swoich urodzinach, niezbyt późnych, i najdosłowniej podskórnie nie dowierzamy, że czas upływa. Otóż wierzę swojej mamie, ponieważ, bynajmniej nie aspirując do tożsamości osiemdziesięciolatka, sam miewam już dość często kłopoty z uwewnętrznieniem jakiejś obiektywnej miary czasu: niektóre (nie wszystkie) wydarzenia, które rozegrały się dość dawno, by ich nie pamiętali młodsi ode mnie, ale dorośli ludzie, pływają na powierzchni mojej pamięci z mylącą etykietą „wczoraj, lub co najwyżej kilka lat temu”. Innymi słowy: nauczyłem się nie dziwić, że ktoś nie pamięta pojedynków Górnika Zabrze z AS Romą (1969), co więcej, mina urodziwej wydawczyni z telewizji, kiedy wyrwało mi się, że oglądałem ten trójmecz (mecz – rewanż – spotkanie rozstrzygające, nie było wtedy dogrywek), sprawiła, że obiecałem sobie, by nigdy więcej, przynajmniej w towarzystwie kobiet, nie deklarować się z taką matuzalemową wiedzą. Ale przy innych, mniej oddalonych w czasie wypadkach, w dalszym ciągu mylę się i potykam, jak po założeniu źle dobranych okularów. No tak, kiedy pierwszy raz emitowano „Twin Peaks”, tegorocznych maturzystów nie było jeszcze na świecie. Ale to nawet mniej mnie jakoś peszy; bardziej to, że ja sam, wewnątrz siebie, odkrywam nagle warstwy doświadczeń, naniesione przez tych dwadzieścia lat, warstwy, które zmieniają mój odbiór, a więc dowodzą, że i ja się zmieniłem. Choć póki nie zacznę rachować (i przypominać sobie, com przez ten czas przeżył, a nie było tego mało…), zdaje mi się, że „Twin Peaks” to całkiem świeża produkcja i że od czasu, gdy ją oglądałem po raz pierwszy, upłynęło za mało czasu, żebym zmienił się aż tak bardzo.
    Ależ owszem, owszem.
David Lynch

9 razy skomentowano wpis “Miasteczko Twin Peaks po latach”

  1. Michał S. napisał(a):

    Mimo różnicy wieku wynoszącej całe pokolenie (jestem z rocznika ‘77), doświadczam ostatnio bardzo podobnych emocji w związku z zakupem DVD z pierwszym sezonem “Crime Story”. Serial ten emitowany był ok. 1990 -91 roku (nie jestem w stanie umiejscowić go dokładnie, może ktoś pamięta lepiej) i mając wówczas 13-14 lat nie mogłem go oglądać “oficjalnie”, jako że był produkcją jak na owe czasy wyjątkowo poważną i dramatyczną, emitowaną po magicznej - granicznej dla mnie jako dziecka godzinie 22. Tylko niektóre odcinki obejrzałem kiedy akurat rodzice byli wieczorem poza domem, a oficjalnie chyba tylko jeden - ostatni. W każdym razie trochę z drżeniem serca przystąpiłem do konfrontacji wspomnienia z rzeczywistą, na dorosło oglądaną produkcją. Produkcja Michaela manna wychodzi z tego starcia zwycięsko, bo też jest to serial wyjątkowo świetnie zrobiony - mimo oczywistych zmian w stylu narracji serialowej przez te 24 (od powstania) lata. W każdym razie zbierałem się do “Crime Story” z nieco ściśniętym gardłem.

    No i oczywiście ta refleksja pokoleniowa. Po pierwsze BARDZO zmieniły się granice tego, co uznaje się za “mocne” w filmie. Akurat serial Manna jest dzisiaj dużo mniej drapieżny niż był wtedy, za to dużo bardziej stylowy. Noir. A jednak po drugie - mam wątpliwości, czy obecna młodzież (licealna, studencka), przyzwyczajona w najlepszym razie do seriali HBO (skądinąd znakomitych), tak nakręconego filmu (trochę statycznie, troszkę “retro”) najprawdopodobniej nie jest i nie będzie w stanie docenić.

    I po raz kolejny do mnie dotarło, że nie jestem już młodym, lecz średnim pokoleniem :-)

  2. Tomek R. napisał(a):

    A ja tam dalej twierdzę, że to całkiem świeża produkcja - mimo tego, że premierowe odcinki Twin Peaks oglądałem (a właściwie słuchałem) ukradkiem zza drzwi dziecinnego pokoju. :) Pomimo tego, że serial nie robi aż takiego wrażenia, jak kiedyś, czuję wyraźnie, że oglądam coś wyjątkowego, czego na co dzień się nie oferuje.

    Kiedy już wydawca uraczy nas drugą częścią, proszę koniecznie podzielić się wrażeniami po całości. Ja po niedawnych powtórkach telewizyjnych całkiem zachorowałem na “Miasteczko” i wciąż nie mogę odżałować, że tyle pomysłów Lyncha zostało tu niewykorzystanych.

    A liczba mieszkańców to błąd - gdzieś się tam komuś źle przecinek postawił, ale już nikt tego później nie poprawiał.

    Serdeczne pozdrowienia
    Tomek

  3. Rocznik77 napisał(a):

    Dzięki liberalnemu podejściu rodziców mogłem oglądać zarówno Twin Peaks jak i Crime Story, wówczas seriale “kultowe” chociaż to określenie chyba jeszcze wtedy nie funkcjonowało ;-)

  4. onka napisał(a):

    Ja też doświadczałam (wolałabym się jednak nie przyznawać, że jestem już taka dorosła, a niech tam) “przyjemności” oglądania tego kultowego serialu w TVP. Co prawda byłam dzieckiem i nie wiem jakim cudem udawało mi się przekonać rodziców aby pozwolili mi oglądać, bo to był chyba film tylko dla dorosłych. Pewnie strasznie się upierałam i jakoś się udawało jak nieoficjalnie to przynajmniej podglądać co tam się dzieje na ekranie. Skutki oglądania to spanie przy świetle pod szczelnie przykrytą kołdrą (strasznie się bałam). Ale warto było, dla tych emocji podczas seansu. Pamiętam ten film jako thiller, wręcz horror, przy scenach z migającym światłem ze specyficzną grą aktorów, wyczuwałam takie napięcie, że musiąłm prawie cały odcinek zasłaniać oczy. A ta przerażająca muzyka. Na samo wspomnienie ciarki przechodzą po plecach. Pamiętam to uczucie strachu do dziś. Mając ok. …?lat (właściwie nie wiem ile miałam) możliwe, że czegoś nie rozumiałam tak jak upoważnieni do oglądania filmu dorośli, ale czy chciałabym jeszcze raz oglądnąć ten film? Czy czymś by mnie zaskoczył? Na pewno nie byłby aż tak podniecający i magiczny jak wtedy. A może się mylę, może okazałby się podobnie lub jeszcze bardziej niesamowity.

  5. iv napisał(a):

    fajne jest to, że poza czasem, część postaci z Twin Peaks wsunęła się w kuluary rzeczywistości i jak gdyby nigdy nic wyszła sobie pohasać w Inland Empire, ; )

  6. Faryzeusz napisał(a):

    Agent Cooper został zastrzelony w ostatnim odcinku i całe szczęście.

  7. Maciej Manikowski napisał(a):

    Ten film to jakby powrót do przeszłości. Studiowałem filozofię, a wszyscy pasjonowaliśmy się serialem Davida Lyncha. Z jednej strony, całkiem “odjazdowy”, jak powiedzieliby młodzi, film, a z drugiej, poznawanie modnego wtedy postmodernizmu, odkrywanego właśnie w tym filmie. A to spowodowało moje poważne zainteresowanie się filmami Davida Lyncha, a szczególnie - choć to nietypowoe - filmem “Prosta historia”, czy raczej: histeria Alvina Straite’a.

  8. Ariel napisał(a):

    Podobnych wrażeń dostarczają często powroty do dawnych lektur, które zostawiły ślad w pamięci, a po latach tracą siłę oddziaływania, albo na odwrót, ujawniają nowe, zaskakujące obszary nieodkryte przy pierwszym czytaniu. To bardzo ciekawy i złożony temat, z pogranicza psychologii i socjologii kultury, może warto napisać jakiś esej o zmianach w odbiorze kultury masowej w ciągu ostatnich kilku dziesiecioleci? Poddaję to Panu pod rozwagę…

  9. Piotr W. napisał(a):

    Dobry wieczór!
    2 sprawy:
    1. Może jakiś komentarz do literackiej nagrody Nobla?
    2. Czy teraz będzie Pan generalnie we wtorki i czwartki czy różnie?
    Pozdrawiam
    Piotr W.