Dzisiejsze czasy
„Dzisiejsze czasy” nakręcił Chaplin w roku 1936, czyli raptem (?) 26 lat przed moim urodzeniem, ale wielka wojna sprawiła, że wydaje mi się ten film dziełem z epoki zamierzchłej. A przecież ta śmieszno-smutna opowieść o szalonej współczesności tylko z niewielkimi zmianami mogłaby chyba rozgrywać się dzisiaj. Upiorny wynalazek produkcji taśmowej czy częste stosowanie prawa lokautu nie są wprawdzie naszymi problemami. Społeczno-polityczne ostrze satyry Chaplina straciło na znaczeniu. Ale walka pojedynczego człowieka o realizację marzeń – nawet dość skromnych – wygląda dziś niewiele lepiej. Bo „Dzisiejsze czasy”, świadomie czy raczej mimowolnie, pytają o sensowny stosunek do przeciwności losu w ogóle, jakby się one w danej epoce nie przedstawiały.
Jest w tym filmie cała seria pomysłów genialnych i kilka sekwencji mistrzowskich. Przede wszystkim finałowa katastrofa, czyli część zaczynająca się od napisu „Tej nocy”, gdy Charlie walczy o posadę kelnera i w końcu śpiewa „Titinę”. Artysta nienawidził kina dźwiękowego i przez całe 81 minut drwi z mającego już wówczas 9 lat wynalazku – niemiłosiernie. „Titina” stanowi tej drwiny apogeum i manifest. Kiedy jego bohater zapomina słów piosenki, Dziewczyna woła do niego: „Śpiewaj cokolwiek! Słowa nie są ważne!” I wówczas po raz pierwszy w dziejach kinematografii możemy usłyszeć głos Trampa, który, proszę bardzo: wyrzuca z siebie nic nie znaczącą kombinację słów francuskich i włoskich, a mimo to rozumiemy go doskonale, bo historię oddania się panienki za pierścionek z diamentem – historię, dość zresztą, jak na USA w 1936 roku, niecenzuralną – przedstawia nam tak, jak to się robiło w kinie niemym: za pomocą pantomimy.
Ale i wcześniej: poruszanie się Chaplina po wąskiej linie między komizmem a tragizmem (zdarzało mu się z tej liny spadać, nawet w wielkich swoich dziełach, np. w „Brzdącu” czy w „Światłach wielkiego miasta”) tu odbywa się bez jednego fałszywego kroku. Ta słodko-kwaśna wizja wymarzonego domu, z krową parkującą pod oknem i napełniającą mlekiem dzbanek na klepnięcie; ta prześliczna scena, gdy Charlie bierze na siebie kradzież chleba, co Dziewczyna uważa za poświęcenie, a on po prostu strasznie chce wrócić do więzienia, bo mu tam wygodniej; ten bardzo dwuznaczny komentarz do komunizmu, gdy Tramp staje przypadkiem na czele pochodu, bo nie widząc idących za sobą próbuje dogonić ciężarówkę, z której paki spadła czerwona chorągiewka, oznaczająca koniec wystających poza obrys pojazdu dech…
No i ostatnia minuta filmu. Przyznam, że znam ją na pamięć i o każdej porze mogę wyrecytować napisy z kwestiami postaci: What’s the use of trying? – Buck up, never say die! We’ll get along! (czyli w wolnym przekładzie: Po co próbować? – Głowa do góry, nigdy nie trać nadziei! Damy sobie radę!) – a mimo to za każdym razem wyciska mi ona łzy z oczu (najdosłowniej). Zwłaszcza, że Chaplin nie popada w umoralniające kłamstwo, ale swoim bohaterom każe po tych słowach odchodzić w stronę bardzo nieżyczliwie wyglądających gór. Nie będzie lepiej. Ale – a właściwie nie „ale”, tylko: ZATEM – należy mieć uśmiech na ustach. Nieprzychylności losu nie zmienimy, „lecz nie dokaże wyrok, bym nikczemnie zginął”, jak wiele tysięcy lat wcześniej ujął to inny wielki artysta.
(Poza tym: lubię patrzeć na partnerkę Chaplina w tym filmie – zresztą także w życiu, przez jakiś czas – Paulette Godard, która może jako dziewczynka jest na początku trochę zbyt dojrzała, ale już kiedy przebiera się w futro w zamkniętym domu handlowym, staje się kobietą, dla której nie dziwimy się, że Tramp stracił głowę; gagi, jak zresztą z reguły w komediach niemych, mają świeżość, której nie znajdziemy w komediach współczesnych, by wspomnieć tylko taniec na wrotkach albo „maszynę do jedzenia”. No i zachwycają mnie… napisy początkowe, ta zapowiedź jednego z najbardziej autorskich filmów w dziejach kina: scenariusz Charlie Chaplin, reżyseria Charlie Chaplin, muzyka Charlie Chaplin, w roli głównej Charlie Chaplin).



