EKS POST
W tym miejscu będę przedstawiał felietony, jakie od marca 2005 mam zaszczyt publikować na łamach miesięcznika „Więź”. Niektóre (z rzadka) w całości, inne fragmentarycznie, zuchwale licząc na skłonienie Państwa do sięgnięcia po czasopismo.
W najnowszym numerze (maj-czerwiec 2010):
Jerzy Sosnowski: Eks post
Wieczność i karmelki
(…) Usterka maszyny, przypadek lub błąd pilota – gdy to piszę, jeszcze tego nie wiadomo – i spustoszeniu ulega część naszego świata, zapełniona dotąd lubianymi i nielubianymi postaciami. Śmierć zabiera nie pojedynczo, stopniowo, ale nagle i hurtem. Kilkadziesiąt osób, które znaliśmy z mediów lub (wcale nierzadko) bezpośrednio, znika z powierzchni ziemi. Żadne odkrycie: życie ludzkie jest kruche, wypadki się zdarzają. Ale przecież nikt się z tym nie liczył.
Wszystkie słowa krytyczne, złośliwe, kpiące, którymi częstowaliśmy kiedyś ofiary, robią się w jednej chwili straszliwie nie na miejscu. Mija niewiele godzin, a w licytacji, kto bardziej docenił za życia martwych obecnie bohaterów, bliźni zaczynają wypominać nam, cośmy powiedzieli lub napisali. Inni, licząc, że nikt niczego nie pamięta, zamieniają się jak gdyby nigdy nic w gorliwych apologetów. Co pewien czas ktoś bąknie, że przecież de mortuis aut bene, aut nihil. Ale właśnie nikt nie milczy, wszyscy mówią. Takie przynajmniej wrażenie sprawiają media. Sam w nich pracuję, rozumiem, że media bardzo rzadko interesują się milczeniem, nie chcą nadawać ciszy.
A przecież cisza by się przydała – bo wśród ofiar prezydenckiego samolotu większość stanowili przedstawiciele klasy politycznej, o której doprawdy mieliśmy i mamy dalej powody myśleć z dezaprobatą. Majestat śmierci, która wkroczyła tak potężnie, przywraca oczywiście właściwe proporcje, uświadamia, jak skromne jest znaczenie sporów, które nas podzieliły. Tak, w perspektywie eschatologicznej, na krawędzi nieskończonej, zagadkowej otchłani nawet najważniejsze dyskusje brzmią jak cichy szmer, łatwy do przeoczenia. Ale nieraz już ludzkość przekonała się, że mieszanie tych dwóch wymiarów, doczesnego i ostatecznego, wywołuje fatalne skutki.
Eschatologia, zaprzęgnięta do uzasadniania doczesnych działań wspólnoty, doprowadzała z zastanawiającą konsekwencją do nieludzkich rozstrzygnięć politycznych: polityk bowiem służy rzeczom ogromnym, ale nie bezgranicznym, nie wolno mu domagać się od obywateli życia nieustająco na wysokim „c” i karać tych, którzy spędzają czas na niższych stopniach skali. Z kolei doczesność, wprowadzona do wewnątrz myśli eschatologicznej, ulega równie konsekwentnie paraliżowi: w obliczu nieskończoności najroztropniejszą postawą jest wszak postawa Szymona Słupnika – wartościowa, ale nie nadająca się na wzorzec męża stanu, który przecież nie powinien gubić z oczu kwestii sprawnej administracji i terminowości wywozu śmieci. Samozwańczy prorocy i asceci, krótko mówiąc, wydają mi się niekiedy godni podziwu, a przecież wolałbym, żeby nie rządzili moim państwem.
My wszelako stoimy przed jeszcze inną komplikacją, wywołaną przez wymieszanie perspektywy doczesnej i wiecznej. Ta druga kazała nam przypomnieć sobie nagle, że nasze życie i jego dylematy, kłótnie, które toczymy, słupki poparcia i wyniki wyborów – to plewy, które wiatr wymiata. Wzruszeni kruchością ludzkiego życia dostrzegliśmy z zawstydzeniem, że zmarli byli ludźmi jak my, mieli rodziny i plany na przyszłość, może lękali się pająków albo lubili kwiaty… Ale w rezultacie zdajemy się teraz dla odmiany nie pamiętać, że zarazem opowiadali się za takimi lub innymi koncepcjami politycznymi, potrafili sami bezwzględnie zwalczać przeciwników, wykazywać się żałosną małostkowością, przymykać oczy na draństwo, jeśli tylko pojawiło się ono w ich drużynie… Tymczasem za chwilę, gdy szlachetne emocje opadną, będziemy stali znowu przed zupełnie konkretnymi problemami życia jednostkowego i wspólnotowego – które majestat śmierci przesłonił, ale ich przecież definitywnie nie zniósł. Tragicznie zmarły polityk ma towarzyszy partyjnych, którzy już niebawem, gdy pierwsze łzy obeschną, będą się starali wykorzystać jego wyszlachetnioną przez śmierć sylwetkę dla zyskania zupełnie konkretnego poparcia wyborców. Nie mówię w tym momencie o żadnej określonej postaci – w samolocie byli przedstawiciele bardzo rozmaitych sił parlamentarnych – lecz o mechanizmie ogólnym, który dziś, gdy to piszę, więc trzy doby po katastrofie, dopiero nieśmiało się ujawnia. Lecz jestem niestety zupełnie pewny, że za miesiąc będzie w pełnym rozkwicie. (…)
A w poprzednim numerze (kwiecień 2010):
Kryształowa kula
(…) Żeby opisać to, co dzieje się wewnątrz ludzkiego umysłu (nie – mózgu, to inne pojęcie!), kultura podsuwa nam język symboli. Kryształowa kula, w której przez chwilę czuł się zamknięty Kordian na szczycie góry, właśnie z tego języka pochodzi. W tym sensie – nie trzeba wspinać się w Alpy, żeby odnaleźć kryształową kulę w sobie. To takie miejsce w nas, w którym mimo zewnętrznego zgiełku można odnaleźć ciszę i spowolnić bieg czasu; a także, odzyskawszy na chwilę spokój, zasnąć.
Póki nie przeżyje się sytuacji, w której naprawdę zagarnie nas bez reszty pośpiech i hałas, symbol wydaje się tani, to znaczy: jest martwy. Ot, jeszcze jeden chwyt z arsenału poetów, płaconych od wiersza. Pod presją okazuje się jednak, że lepiej czy gorzej obraz ów oddaje pewien istotny proces duchowy. Pewien rzeczywisty wysiłek. Można by powiedzieć, że kryształowa kula wewnątrz nas jest tym prawdziwsza, im bardziej czujemy, że jej nie ma, że musimy dopiero z wysiłkiem ją (w) sobie odtworzyć.
(…) kryształowa kula może być oczywiście wizualizowana na rozmaite sposoby, czyli być kulą i zarazem całkiem innym kształtem. Zależy to od osobistych upodobań tego, kto jej szuka, te wszakże – co mnie intryguje – w biegu życia samoistnie się zmieniają: coraz to inne obiekty przyjmują na siebie rolę azylu, w którym przebywamy nareszcie sami ze sobą (w milczącej obecności Tego, kogo chcielibyśmy usłyszeć). Dla mnie bardzo długo owa kula była… łodzią podwodną, co stanowiło oczywisty skutek czytania w dzieciństwie „Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne’a, realne bowiem łodzie podwodne nie są chyba miejsce nadzwyczaj przytulnym. Wieczorami zanurzałem się z nią w odmęty oceanu, całkiem jeszcze nie wiedząc, że według Junga woda jest podstawowym symbolem nieświadomości. Po latach, ni z tego ni z owego przybrała ona kształt niewielkiego samolotu, przemierzającego nocą przestrzenie nieba; imaginacyjnie kładłem się w nim do snu, a po wyciszeniu całodziennych emocji i po bezsłownej modlitwie na dobranoc, zasypiałem naprawdę. Z niezrozumiałą dla mnie oczywistością rozpoznałem w nim po jakimś czasie legendarną „Dakotę”, czyli DC-3 i nie posiadałem się ze zdumienia, gdy jeszcze później znalazłem w internecie informację, że ten właśnie model samolotu został zaprojektowany w USA z myślą o obsłudze nocnych lotów transkontynentalnych i był wyposażony w kuszetki dla pasażerów. Kiedy słyszę, że psychologia głębi jest literacką fantazją bez związków z rzeczywistością, uśmiecham się od tej pory wyrozumiale.
W ostatnim czasie samoloty przestały mnie zapraszać do środka, a wyobraźniowym ekwiwalentem kuli stała się walcowata i pękata wieża, kamienny ostaniec po jakimś zamku, mieszcząca na dole jadalnię, na górze salon i sypialnię, a na środkowej z trzech kondygnacji – bibliotekę i pokój do pracy.
(…) Ponieważ z doświadczenia wiem, że podobne obrazy mogą się rozwinąć w gotową do napisania książkę, nie powiem więcej ani o wieży, ani o samolotach czy łodziach podwodnych. Ani o postaciach, które (jak mi się zdaje) niekiedy tam widuję. Dodam jedynie, że łódź podwodna, samolot, wieża – to przecież woda, powietrze oraz ziemia i… ogień, skoro na zwieńczeniach zikkuratów, tych śródlądowych, nie przeznaczonych dla żeglarzy latarni morskich, płonęły ogniska; pozbawiona ich wieża to wznoszone z ziemi pytanie o światło. Wieża – jak pisali kiedyś francuscy architekci, Jean Nouvel i Jean-Marc Ibos – „jest obiektem metafizycznym. Stawia bowiem człowieka, który na nią patrzy, przed metafizycznym pytaniem o początek i koniec”. We wspomnieniach Junga można znaleźć wzmiankę o tym, że będąc w podeszłym wieku wzniósł w swojej posiadłości wieżę, w której urządził gabinet do pracy. Stoi ona do dziś w miejscowości Bollingen w Szwajcarii. (…)