Głosy o „Instalacji Idziego” (2)
Wiadomo, że moralne i religijne dylematy współczesności to problematyka szczególnie bliska Jerzemu Sosnowskiemu. (…) Pod tym względem pisarstwo Sosnowskiego jest absolutnie wyjątkowe. Bo tak z ręką na sercu – kto jeszcze w naszej prozie zajmuje się sumieniem, kto pyta o perspektywę zbawienia – jeśli wolno tak powiedzieć – bardzo, ale to bardzo świeckich katolików, kto w obrębie świata powieściowego inscenizuje konflikty moralne, od których włos się jeży na głowie?
(…) z jednej strony Idzi jest wysłannikiem przeszłości, od której – jak wiemy, a Waldek właśnie się dowiedział – nie sposób się uwolnić, z drugiej zaś strony jest odmieńcem wrzuconym w świat powieściowy po to, żeby wybić zadowolonego z siebie dziennikarza i jego przyjaciół z rutyny.
Równie oczywista jest funkcja symboliczna, jaką pełni ta postać. Idzi jest figurą utopijnej świętości – takiej, która spełnia się poza ramami Kościoła instytucjonalnego. Dość powiedzieć, że młodzieniec ten nie rozstaje się z Biblią, ale w świątyni pojawia się tylko po to, aby się awanturować (…)
Jednak nie to, co składa się na płaszczyznę sensacyjno-mistyczną „Instalacji Idziego”, wydaje mi się najbardziej interesujące, mimo że to na niej skupia się uwaga czytelnika ciekawego dalszego ciągu i finału perypetii. O wiele lepiej, moim zdaniem, wypada coś, co można by nazwać pejzażem światopoglądowym bądź panoramą postaw i przekonań. (…) Linie podziałów są tu rozmaite i bynajmniej nie pokrywają się z obiegowymi dychotomiami: konserwatyzm-liberalizm, wierzący-niewierzący. Ambicje pisarza – spełnione zresztą – sięgają dalej niż dokonanie prostej beletryzacji kilku tzw. wojen kulturowych, jakie były i nadal są toczone w naszym kraju. (…)
W ogóle wszystko, co się pojawia w planie problemowym „Instalacji Idziego” jest potraktowane niezwykle serio. Mało powiedziane – chodzi o powagę, którą zwykliśmy nazywać śmiertelną. Nie ma na to rady. Przyglądam się pisarstwu Sosnowskiego od początku, znam jego nastawienia i skłonności, toteż wiem, że domaganie się odrobiny powietrza czy luzu to rzucanie grochem o ścianę. Naprawdę mocna rzecz!
(Dariusz Nowacki: Apokryf Idziego, „Tygodnik Powszechny” 22.XI.2009)
(…) Pisarz za wszelką cenę chce ulepszyć swoją literaturę, stąd wybiegi w kierunku ambitnej beletrystyki. Przyznam, że dotychczas wydawane tomy prozy tego autora nie napawały optymizmem. Bo trzeba powiedzieć, że szeroko dyskutowany debiut „Apokryf Agłai” to balansująca na granicy realizmu i scence-fiction nieudana próba pogodzenia tych dwu gatunków. No cóż, Sosnowski porwał się z motyką na słońce, ale nie osiągnął nic specjalnego. (…)
„Instalacja Idziego” jest powieścią z kluczem. Opisani przez Sosnowskiego dziennikarze zapewne mają swoje rzeczywiste odpowiedniki. Podobnie, jak najbliżsi przyjaciele i rodzina. Trudno odmówić autorowi dokładności w szkicowaniu portretów charakterologicznych. Czytelnik poznaje poszczególnych bohaterów od podszewki. Przygląda się nawet najbardziej wstydliwym elementom ich biografii, jak choćby dramatycznym losom Teresy bitej i upokarzanej przez pierwszego męża. Niestety, te opowieści są czytelne tylko dla bezpośrednio zainteresowanych. Za dużo tutaj niepotrzebnych wtrąceń i niezrozumiałych aluzji. Wypadałoby odjąć kilkadziesiąt stron uciążliwych opisów, aby książka zyskała na lekkości. „Instalacji..” wyraźnie brakuje siły organizującej całość fabuły. Ostatnią deską ratunku dla powieści miał być – Idzi. Zanim zabrałem się za lekturę spodziewałem się charyzmatycznego, niepokornego nastolatka, który naprawdę zrewolucjonizuje życie swojego ojca. Tymczasem jest zupełnie inaczej, to przygaszony i nieustabilizowany emocjonalnie chłopiec.
Pisarz sztucznie komplikuje fabułę, wymyśla mało prawdopodobne historie. Sprawia to, że „Instalacja Idziego” jest książką niekompletną, przekombinowaną. Irytują pomysły głównego bohatera; intencje, którymi się kieruje. Waldemar jest człowiekiem bardzo naiwnym. Nie umie postawić na swoim, jego wymówki są nieprzekonujące. Tutaj też można zauważyć podobieństwo z osobą autora. Otóż tak, jak bohater „Instalacji..”, Sosnowski nie znajduje ścieżki, którą mógłby dotrzeć do czytelnika. Pisarz wyraźnie błądzi, opisana przez niego historia po dłuższej lekturze staje się delikatnie mówiąc - męcząca. Odłożyłem tę książkę na półkę bez specjalnego żalu, że się skończyła.
(Damian Gajda: Radość nieczytania, czytelnia.onet.pl)
Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i wam bracia i siostry czytelnicy, że nie było mi jeszcze dane przeczytać „Instalacji Idziego” Jerzego Sosnowskiego. Spowiadam się i dlatego tym bardziej – zgodnie z coraz powszechniejszą tendencją – mogę się o niej powymądrzać bezkarnie. (…)
Sam fakt pojawienia się „Instalacja Idziego” intryguje. Jeśli bowiem naprawdę odsyła do powieści katolickiej, czy mówiąc delikatniej, bardziej okrężnie – do powieści idei, uświadamia przepaść, która rozrosła się między dwudziestowieczną tradycją a dzisiejszą rzeczywistością w jej literackiej i społecznej odmianie. Owszem, majaczą gdzieś pod powiekami obrazy z powieści Mauriaca, Bernanosa. Nieodmiennie pojawia się Chesterton, Marshall, a z polskich autorów: Malewska, Gołubiew czy Andrzejewski z „Ładem serca”, ale człowiekowi towarzyszy poczucie, że wskrzesza na erudycyjne potrzeby jakiś obumarły świat archaicznych tematów, że wraz z Jelinek, Bernhardem, Houellebecqiem przekroczył antymetafizyczny Rubikon. (…)
Religijność uległa albo zrytualizowaniu do granic pomnikowej nieczułości, została sfunkcjonalizowana w systemie władzy i dominacji, albo też wepchnięto ją w prywatną, niemą sferę jednostkowych doświadczeń, gdzie trudno orzec, co jest psychoterapią, a co szczerym pragnieniem sacrum. Zamiast poszerzać granice duchowych i intelektualnych wyzwań, religia zajęła się okopywaniem na z góry upatrzonych pozycjach – często mocno zradykalizowanych, dogmatycznych i ślepych na dynamikę rzeczywistości, na jej złożoność, nieoczywistość. Tak czy siak w obydwu przypadkach nie wnosiła i nie wnosi nic dla problematyzowania wspólnoty i jej rozwoju. Religijność, a szczególnie jego katolicka emanacja, okazała się w pewnym momencie idealnym chłopcem do bicia – najgrubszym i najbrzydszym w klasie, wykpiwanym przez lewicowych urwisów.
Mimo że przychodzę do literatury z innej bajki, chciałbym dzielić z pisarzem wspólne przeświadczenie, że rugowanie z kultury sfery sacrum równe jest jej kastracji. Że problem Boga trzeba wciąż, na nowo, podejmować, urefleksyjniać i chwytać jak byka za rogi. Nie z perspektywy instytucji, nie z wysokości cokołów, mównic i ambon, lecz przez pryzmat pojedynczego losu człowieka – katolika, agnostyka, ateisty. Dzięki temu uda się zachować coś, co nazwałbym eschatologiczną wrażliwością – a ta nie ma, moim zdaniem, jednoznacznej barwy światopoglądowej, która wyklucza istnienie innych barw. Traktuję więc pojawienie się „Instalację Idziego” z nadzieją. Chciałbym w niej zobaczyć powieściową próbę wyrwania religii z łapsk polityków, demagogów i szemranych kaznodziejów, pragnąłbym dostrzec ponowienie dawno zarzuconej myśli o sacrum. Przecież, jeśli ktoś już zapomniał, od tego jest między innymi literatura piękna.
(Mariusz Sieniewicz: Apetyt na inny katolicyzm, www.artpapier.com)