Philip Dick
Do pisania o Philipie Dicku przymierzałem się kilkakrotnie. Ale, jeśli dobrze pamiętam, w końcu opublikowałem o nim tylko jeden tekst, który tu „zawieszam”, zresztą powtórnie, bo pod starym adresem tej strony chyba był . Pierwodruk: „Polityka”, nie pamiętam w tej chwili, który rok, w każdym razie świeżo po premierze filmu Stevena Spielberga „Raport mniejszości” - ekranizacji jednego z opowiadań Dicka.
Samozwańczy misjonarz Phil
Istnieje taka opowieść o narodzinach talii do Tarota: miało się to dziać u schyłku starożytnego Egiptu. Kapłani zebrali się na naradę, jak zachować dla potomnych nagromadzoną przez pokolenia wiedzę. Któryś poradził, by mądrość Świątyni zapisać na złotych tabliczkach; pozostali odparli jednak, że barbarzyńcy przetopią je bez czytania na sztaby. Ktoś inny chciał wykuć ją w kamieniu; ale przegłosowano go, że przyszli władcy w swej nieskończonej pysze na pewno każą zeszlifować stare napisy, by z głazów postawić sobie pomnik lub wznieść kolejny pałac. O papirusie, z racji jego nieodporności na działanie sił przyrody, nawet szkoda było mówić. I wtedy jeden z kapłanów rzucił pomysł, by do przechowania mądrości skłonić samych barbarzyńców. Należy im dostarczyć coś, co sami (sądząc po pozorach) uznają za cenne, będą chronić a może i powielać; podczas gdy wnikliwy umysł rozpozna w tym zaszyfrowany przekaz. A że wśród rozmaitych płochych rozrywek ludu najlepiej znali kapłani grę w karty oraz tandetne wróżbiarstwo, opracowali zatem talię, której symbolika ocaliła intelektualny dorobek Świątyni, a nieoświeconym służy jeszcze dziś do zabaw w stylu “odwiedzi cię brunet wieczorową porą, ma złe zamiary wobec ciebie”.
Jeśli nawet nieprawdziwe, to ładnie wymyślone. Ta legenda przypomniała mi się podczas oglądania niemądrego i kiczowatego filmu Stevena Spielberga “Raport mniejszości”, będącego swobodną adaptacją opowiadania jednego z moich ulubionych pisarzy: Philipa Dicka. Spielberg, jak naciągająca przechodniów Cyganka, żongluje kartami zapisanymi przez Dicka, stara się nas zabawić; sprawnie je tasuje, ale - nie oszukujmy się - tracimy z nim tylko czas. Znaczenie szyfru pozostało ukryte. Podobnie jak w “Pamięci absolutnej” z Arnoldem Schwarzeneggerem i może inaczej niż tylko w “Blade Runnerze” Ridleya Scotta, relatywnie najlepszej ekranizacji dickowskiej prozy. Wszystkie te filmy, nie wątpię, zwiększają sprzedaż książek autora “Ubika”. Ale zarazem pogłębiają jego paradoksalną sytuację: 20 lat po śmierci amerykański pisarz ma swoje fan-cluby na całym świecie, jak gwiazda muzyki pop, ale też traktowany jest jak produkt pop-kultury. Jedni wyniośle lekceważą go, umieszczając na jednej półce z filmami z cyklu “Gwiezdne wojny”; inni naiwnie starają się dowieść za wszelką cenę, że wytrzymuje on porównanie z Mannem, Joycem i Proustem.
Ta druga strategia oczywiście przypomina dowodzenie, że spółka Lennon/McCartney komponowała równie dobrze, jak Schönberg: jest, podobnie jak ono, produktem kompleksów konsumenta kultury masowej i, zamiast dowartościować, ośmiesza tylko przedmiot apologii. Bo Dick nie Proust, Beatlesi nie dodekafoniści - i w ogóle nie za to ich kochamy. Aczkolwiek Beatlesi obok Gershwina, Ravela i, powiedzmy, Orffa już by tak źle nie wypadali. Jak i Dick we właściwie skonstruowanym towarzystwie. Nie: wyrafinowanych stylistów, burzycieli konwencji i mistrzów eseju. Raczej obok gigantów wyobraźni, wykorzystujących podrzędne konwencje dla podzielenia się metafizycznymi niepokojami. Więc w pobliżu Kafki. Nieopodal naszego Jana Potockiego. Całkiem blisko będzie też rosyjski geniusz, pasożytujący na schematach powieści kryminalnej: tak jest, Fiodor Dostojewski.
Ale żeby te powinowactwa zobaczyć, trzeba, po pierwsze, dorobek Dicka spreparować: zachować “Ubik”, “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, “VALIS”, “Bożą inwazję” i “Transmigrację Timothy’ego Archera” (ewentualnie również “Człowieka z Wysokiego Zamku”, “Czy androidy marzą o elektrycznych owcach” i “Druciarza galaktyki”) oraz kilkanaście świetnych opowiadań, a taktownym milczeniem pominąć teksty mniej udane lub zgoła nieudane rozpaczliwie (nie jest ich mało). Po drugie - trzeba dokonać wysiłku deszyfracji. To jakby wyjąć karty Tarota z rąk szemranych wróżbitów, wybrać same wielkie arkana i uważnie przyjrzeć się, co tam jest narysowane. Głupiec, Mag, Papieżyca. Koło Fortuny, Moc, Wisielec. Słońce, Sąd, Świat.
*
Entuzjaści science-fiction, do których się nie zaliczam, chętnie zwracają uwagę na wizjonerski charakter twórczości Dicka - rozumiejąc pod tym terminem zdolność przewidywania nieodległej przyszłości. W istocie - tak jak Verne “przepowiedział” loty na Księżyc i militarne użycie łodzi podwodnych, tak Dickowi zdarzyło się w “A teraz zaczekaj na zeszły rok” (1965 r.) opisać pracę specjalisty od wszczepiania sztucznych organów, a w “Ubiku” (1966) zaprojektować “rzeczywistość wirtualną” (”fantomatykę”, wedle pięknego neologizmu Stanisława Lema). “Człowiek z Wysokiego Zamku” (1961) przynosi niewiele tylko przerysowaną wizję późniejszej popularności księgi I Ching, tudzież nadchodzącej dopiero kolejnej fali zainteresowania religiami Wschodu. Niewątpliwie tę listę jasnowidzeń można jeszcze uzupełniać - i zarazem zupełnie nie mam ochoty tego robić. Po pierwsze dlatego, że takie przepowiednie zdarzają się również innym pisarzom (powiedzmy nawiasem, że nawet naszemu Tadeuszowi Micińskiemu przytrafiło się w 1913 roku, w zapomnianej powieści “Xiądz Faust”, opisać telewizję - i co z tego?); nie wyróżnia to zatem mojego bohatera. Po drugie zaś: ponieważ jestem przekonany, że Dick traktował swoje wizje przyszłości z ostentacyjnym lekceważeniem, jako składnik rekwizytorni, by nie rzec “rupieciarni” s-f; tak naprawdę nie dbał o ich prawdopodobieństwo i jeśli czasami trafnie coś przewidział, to w jego przypadku działo się to najdosłowniej: mimowolnie.
Fantastyka naukowa służyła bowiem Dickowi do skonfrontowania człowieka z “szokiem przyszłości”: razem z bohaterami zostajemy postawieni w obliczu świata, który stał się obcy. Szczegóły techniczne są doprawdy obojętne; chodzi o sam mechanizm przerażenia, o sprowokowaną przez rozwój cywilizacji nieobliczalność losu. Na przykład w opowiadaniu “Raport mniejszości”, tak niemiłosiernie potraktowanym przez Spielberga, twórca systemu zapobiegania zbrodni traci nad nim kontrolę, gdy jasnowidze podłączeni do komputera wskazują, jako na przyszłego mordercę, jego samego. Oswojona dotąd rzeczywistość buntuje się przeciwko człowiekowi - nigdy przeciw społeczeństwu, zawsze przeciw jednostce - i osacza go. W tych warunkach alienacja bohatera ma wprawdzie swój wymiar technologiczny, ale przede wszystkim jest psychologicznej i metafizycznej natury. Właśnie te dwa jej aspekty wydają mi się godne uwagi.
Bohaterowie Dicka (zwłaszcza powieściowi, gdyż opowiadania rządzą się niekiedy innymi regułami) mają poczucie, że żyją nie wtedy i nie tam, gdzie powinni. Życie jest gdzie indziej - mogą powtarzać za znanym tekstem Rimbauda. Uwięzieni w koloniach na Marsie (”Marsjański poślizg w czasie”, “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”), we wnętrzu własnych halucynacji (”Labirynt śmierci”), w obrębie złowróżbnej przepowiedni (”Raport mniejszości”), w stanie półżycia, podtrzymywanym przez paramedyczną maszynerię (”Ubik”), w alternatywnej odnodze historii (”Człowiek z Wysokiego Zamku”), a wreszcie w naszym świecie, który jednak okazuje się iluzją (”VALIS”), są jak nieszczęśliwy Minotaur, nasłuchujący kroków mordercy-Tezeusza. Nie chcą umrzeć; chcą się wyzwolić. Tezeusz jednak się zbliża: jego medycznym odpowiednikiem jest depresja, poczucie, że istnienie to “butwiejący, wilgotny grób, w którym nic się nie dzieje”. Bohater “Ubika” doświadcza jej tak: “Czuł, że pociąga go jakaś potężna moc, równa sile przypływów i odpływów poruszających oceany; nakazywała mu ona położyć się. Pod jej wpływem odczuwał tylko jedną potrzebę: wyciągnąć się na plecach, znaleźć się samotnie w pokoju hotelowym. Tam, gdzie nikt go nie zobaczy”. Poddanie się owej mocy, rezygnacja ze współtworzenia, wraz z innymi ludźmi, naszego świata, oznacza ujrzenie go w świetle przerażającej prawdy: wszystko podszyte jest nicością, stanowi energetyczny kredyt bez możliwości spłacenia go. Nicość, jak bezwzględny wierzyciel, pozbawia nas zatem ochoty do życia, a nasze materialne otoczenie trwałości - i ostatecznie dokonuje egzekucji. “Tkanina rozdarła się. Wysuszony, zetlały materiał pękał jak tani, szary papier, jak powłoka, którą osy pokrywają swoje gniazda. (…) Wkrótce zacznie zostawiać za sobą ślady: strzępki materiału. Zaśmiecony szlak, wiodący do pokoju hotelowego, w którym oczekiwała go upragniona samotność”. Bohater uświadamia sobie: “ciepło - moje własne ciepło - opuszcza mnie. (…) Taki los przeznaczony jest całemu światu”; a narrator dodaje, że - jak inni - “może tylko posuwać się krok za krokiem w kierunku chaosu i rozkładu”.
Obficie cytuję “Ubik”, najpełniejszy opis depresji, ale cierpią na nią bohaterowie nieomal wszystkich powieści pisarza. Przygnębieni, smutni, wątpiący w wartość jakiegokolwiek działania, zmuszani do niego przez okoliczności. Otwieram na chybił-trafił: “W moim planie na dziś mam sześć godzin depresji połączonej z samooskarżeniem” mówi żona policjanta z “Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”. “W mieszkalni o nędznym, wysokim numerze 492 (…) Richard Hnatt bez entuzjazmu jadł śniadanie jednocześnie przeglądając, z uczuciem jeszcze dalszym od entuzjazmu, poranną wideogazetę” - czytam w “Trzech stygmatach Palmera Eldritcha”. W “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” kochanka głównego bohatera wyznaje: “Właśnie tego pragnę: nieskończonej pustki. Żadnych ludzkich głosów, żadnych ludzkich zapachów…” I wreszcie “VALIS”, z autoportretem pisarza, ukrytym pod nazwiskiem Konioluba Grubasa: początek powieści to spotkanie kobiety, planującej samobójstwo (do którego niebawem dojdzie) z samobójcą niedoszłym.
Dick analizuje mechanizmy psychologicznie, niepokojąco dzisiaj powszechne. Jeśli poczucie solidarności z innymi, wspólnoty losu, może mieć w depresji znaczenie terapeutyczne, jego książki są lekarstwem dla ludzi, pogrążonych w egzystencjalnym smutku. Zwłaszcza, że na ogół (”Labirynt śmierci” jest przygnębiającym wyjątkiem) jego bohaterom coś się w końcu udaje. Procesy rozpadu ich osobowości i otoczenia (konsekwentnie ze sobą zgrane) udaje się zahamować. Na chwilę. Na jakiś czas. Jak wiadomo, w praktyce możliwe jest tylko “pozorne uwolnienie i przewleczenie”. Ostatecznie uwolnić ma prawo “tylko najwyższy, dla pana, dla mnie, dla nas wszystkich niedosięgły sąd”. Ano właśnie: w ten sposób, poprzez cytat z Kafki, docieramy do tego, co w prozie Dicka wydaje mi się najbardziej poruszające. Do swoistego, dickowskiego mistycyzmu. Do nazwanego otwarcie w ostatnich trzech książkach - trylogii “VALIS” - problemu “najwyższego sądu”. Do Boga.
*
W gruncie rzeczy tylko Bóg może nas uratować. Zdanie to nie jest świadectwem jakiejś szczególnie gorliwej wiary, ani - tym mniej - wyrazem moich zapałów misjonarskich. Stanowi jedynie, jak mi się zdaje, logiczną konsekwencję naszej współczesnej wiedzy o świecie. Znając bezlitosne prawa przyrody, względność kultur, stworzonych w toku dziejów przez rozmaite plemiona ludzkie, a wreszcie zasadę entropii, pozwalającą przewidzieć odległą, ale nieuniknioną zagładę wszelkiego życia - człowiek, pozbawiony absolutnego punktu podparcia, nie ma dziś ani jednego intelektualnego argumentu przeciw poczuciu beznadziei. Oczywiście: dobrze odżywiony, wyspany, mający polisę ubezpieczeniową i udane życie seksualne może depresji nie zaznać; dzięki biologii, tylko dzięki niej. Dick, sądząc po wykreowanych przez niego światach, był twórcą nie uodpornionym w ten sposób. Szukał więc absolutnego remedium na doświadczaną tymczasowość, kruchość i bezsensowność istnienia.
Ale jak serio poszukiwać Sensu w świecie, który stał się bezsensowny aż do śmieszności? Nie chodzi przecież o samo poszukiwaniu sensu w rzeczywistości bezsensownej. Ze zderzeniem sensu i bezsensu kultura europejska, a dziś już euroamerykańska, stykała się wielokrotnie. Prawdziwy dramat rozgrywa się w sytuacji, w której poszukiwacz Absolutu widzi dookoła bezsens obezwładniająco śmieszny, tak śmieszny, że poszukiwacza zaczynają śmieszyć własne poszukiwania. “Pierwsza rzecz, która go spotkała - pisze Dick w “VALISie” o swoim alter ego - (…) przybrała formę osiemnastoletniej uczennicy mieszkającej nieco dalej na tej samej ulicy. Drugą był Bóg. Z tej dwójki dziewczyna spisała się lepiej”. Ten kwaśny humor, zatrącający o bluźnierstwo, to reakcja powstająca przy zetknięciu się mistycznej tęsknoty i sceptycyzmu. Kiedy otoczenie proponuje na Weltschmerz jedynie rozrywkę, kiedy wiadomo, że na gruncie racjonalnym nie wypada już nawet pytać o zaświaty, a religię zawłaszczyli szemrani guru (realia Kalifornii lat kontrkultury), poważne kwestie metafizyczne zaczynają wzbierać pustym śmiechem człowieka, który je stawia. Im poważniej, tym śmieszniej - “chińska pułapka na palec, z której im energiczniej człowiek stara się uwolnić, tym mocniej się ona zaciska” (wedle sformułowania z “VALISa”). Chyba, żeby zagadnienia religijne przebrać, wynieść poza obszar, na którym czekają już na nie przeciwciała wytworzone przez tzw. zdrowy rozsądek. Umieścić dyskretnie wewnątrz prozy science fiction.
W praktyce wygląda to na przykład tak: w “Ubiku” grupa tzw. inercjałów, czyli specjalistów od zakłócania pracy telepatom i jasnowidzom (których działalność narusza obywatelskie prawo do prywatności), wyjeżdża wraz ze swym szefem, Glenem Runciterem, na Księżyc. Towarzyszy im Pat: dziwna, miedzianowłosa dziewczyna, zapewne Żydówka, skoro na widok łacińskiego napisu, wytatuowanego na jej ramieniu, jeden z nich pyta ni stąd, ni zowąd, “czy to po hebrajsku”. O swoich parapsychicznych zdolnościach mówi z lekceważeniem: “Nie umiem zamieniać kamieni w chleb, ani rodzić dzieci bez zapłodnienia”. Czytelnik ma święte prawo przeoczyć, że jest to jakaś demoniczna anty-madonna, podobnie jak ma prawo nie policzyć ineracjałów: jest ich, jak apostołów, dwunastu. W wyniku zamachu bombowego ginie Runciter (”On oddał swoje życie, żeby ocalić nas” - komentuje to jeden z jego podwładnych); ale po jakimś czasie inercjałowie dochodzą do wniosku, że to oni zginęli, on zaś przeżył i próbuje się z nimi porozumieć. W ich imaginacyjnym, pośmiertnym świecie każda z tych prób robi wrażenie cudu, swoistej teofanii. Giną teraz stopniowo (powtórnie), pożerani przez stwórcę pseudo-świata, w którym przebywają; ów, kiedy się ujawnia, wygląda jak “młody, uderzająco wysmukły chłopak; jego czarne okrągłe oczy o nieregularnym kształcie patrzyły na nich spod zmierzwionych brwi. (…) podbródek nie harmonizował z kształtem twarzy: widoczna w nim była głęboka szczerba, rysa sięgająca najwyraźniej w głąb kości (…) jak gdyby twórca tego stworzenia zadał mu cios pragnąc je zniszczyć. Ale (…) chłopiec nie pękł i nie rozszczepił się na pół. Istniał nadal na przekór swemu twórcy” (specjalne podziękowania dla utrwalonych w kulturze wyobrażeń szatana). Obronę przed nim stanowi tytułowy Ubik, “Absolut w sprayu” (jak go określa Lem w znakomitym posłowiu do pierwszego polskiego wydania powieści), opracowany przez zmarłą przed laty żonę Runcitera (boską Mądrość?). Kiedy główny bohater książki, ocalony przed działaniem demona-chłopca, które zresztą przejawia się oczywiście jako atak silnej depresji, dociera do Elli Runciter, kwituje to zdaniem “Dotarłem do istot znajdujących się na obu końcach”. Kto chce, może uznać to wszystko za ekscentryczną s-f, rozgrywającą się wśród zmarłych, których w wymyślonym przez Dicka świecie przechowuje się w chłodni i podłącza do obwodów wzmacniających ostatnie przebiegi elektryczne w ich mózgach. Kto chce, może jednak równie dobrze rozpoznać w tej fabule podstawowy zarys problematyki tzw. gnozy chrześcijańskiej.
Na podobnej zasadzie, czytając “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, można ostatecznie zlekceważyć fakt, że spór o sposób, w jaki użytkownikom specjalnego narkotyku objawia się jego importer, Palmer Eldritch, powtarza dość wiernie katolicko-protestancką dyskusję na temat komunii: czy w opłatku Chrystus przybywa do nas “symbolicznie”, czy “transsubstancjalnie”. W “Blade Runnerze” (zgodnie z duchem, choć nie z literą powieści “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, będącej podstawą filmu) stosunek androidów do ich projektanta, którego proszą o dłuższe życie (nieśmiertelność?) przypomina stosunek człowieka do Boga. Wreszcie w “Raporcie mniejszości” (w wersji oryginalnej, nie filmowej), komisarz Anderton popełni w finale morderstwo, żeby potwierdzić przeznaczenie, odczytane przez jasnowidzów - bo tylko, o ile ono istnieje, jego praca, której poświęcił życie, ma sens. Ale i to opowiadanie można sprowadzić do kina akcji - co pokazał Spielberg. Pisarz odbiera czytelnikowi tę wolność - wolność niezrozumienia, o czym do nas mówi - dopiero w swoich ostatnich trzech powieściach. Ale też powstały one po lutym i marcu 1974 roku, najosobliwszym momencie jego życia.
Oto bowiem poszukujący Boga został wysłuchany: “To pojawiło się - w żywym ogniu, z błyszczącymi kolorami i zrównoważonymi wzorami - i uwolniło mnie od wszelkiej niewoli, wewnętrznej i zewnętrznej” - opisuje swoje doświadczenie w prywatnym dzienniku. Albo inaczej: “[umysł], który przyszedł do mnie z zewnątrz i opanował mnie od wewnątrz, był w istocie tworem mojej zbiorowej [sic!] nieświadomości, a więc, technicznie rzecz biorąc, był psychozą” - kwituje je sceptycznie pięć lat później. Trudno tu rozważać istotę tego, co się wydarzyło w życiu Dicka - zainteresowani sprawą znajdą nieomal pełne dossier w biografii pióra Lawrence’a Sutina, z której zaczerpnąłem te dwa cytaty. Dość powiedzieć, że wieloznaczność objawienia - czy też szaleństwa - przypomina wyraźnie kłopot, jaki z inną ognistą wizją, z kwietnia 1845 roku, mają badacze twórczości Juliusza Słowackiego; oraz że sam autor “VALISa” nigdy nie przestał wahać się, jakimi terminami określić swoje doznania. W rezultacie uczynił je tematem swoich ostatnich książek; czy może lepiej powiedzieć: jego życie wdarło się do wnętrza jego książek, zmiatając kulisy, kryjące dotychczas istotną problematykę tego pisarstwa. Konwencja s-f jest tu zaledwie obecna w końcowej partii powieści “VALIS” i w całości “Bożej inwazji”, a praktycznie zarzucona została w “Transmigracji Timothy’ego Archera”; chyba, że zagadnienie paruzji - powtórnego nadejścia Zbawiciela - potraktujemy jako temat fantastyczny. Mamy tu obszerne cytaty z prywatnego dziennika pisarza, nicowane fabularnie na rozmaite strony jego autentyczne przeżycia z początku roku 1974, a wreszcie przejmującą puentę w postaci finału “Transmigracji…”: ubrany w sensacyjną akcję dowód na to, że przy dzisiejszym stanie naszych umysłów nie ma sposobu, by nas zniewolić do wiary. Nawet spektakularny cud może zostać zreinterpretowany racjonalnie. Wiara jest aktem woli. Uwierzyć są w stanie tylko ci, którzy chcą uwierzyć. I nawet oni nie pozbędą się nigdy wewnętrznego rozdwojenia, wątpliwości. Sąd amerykańskiego twórcy literatury pop (?) dziwnie zbiega się z poglądami rosyjskiego egzystencjalisty, Lwa Szestowa.
*
“Twórczość ta nieraz kiksuje, a przecież pozostaję pod jej urokiem” - wyznawał w 1975 roku Stanisław Lem. Dziś, dysponując polskimi przekładami prawie całego dorobku Dicka, możemy doprecyzować: nawet najlepsze jego teksty pisane są językiem neutralnym, czysto informacyjnym, któremu daleko nawet do względnego przecież wyrafinowania prozy Chandlera, nie mówiąc o takich stylistach jak Vladimir Nabokov, Anthony Burgess czy, w obrębie polskiej literatury, Gombrowicz albo Schulz. Intelektualna zawartość objawienia, wyłożona w “VALISie”, razi ekscentrycznością: nawet zdeklarowany miłośnik new age’u będzie miał kłopoty z przyjęciem do wiadomości, że czas zatrzymał się w roku 70 naszej ery i od tamtego momentu żyjemy w obrębie iluzji, skrywającej prawdę o quasi-faszystowskiej władzy Cesarstwa Rzymskiego (a Jahwe, wygnany ze świątyni, skrył się na innej planecie, skąd planuje jeszcze jedno przyjście Mesjasza, o czym opowiada “Boża inwazja”). Zatem satysfakcji płynącej z estetyki języka ani też inspiracji intelektualnej w prozie Dicka raczej nie odnajdziemy. Szukając jej, będziemy co krok natykali się na pisarskie “kiksy”.
Ale poza dostarczaniem przyjemności estetycznej i podniet intelektualnych literatura może przynosić coś jeszcze - dreszcz metafizycznego niepokoju. I Dick wydaje mi się właśnie rozsadnikiem takiego dreszczu. Dla wzbudzenia go w czytelnikach jest skłonny zburzyć logikę fabuły - jak w “Ubiku”, którego przedstawiona wyżej interpretacja jest, wyznajmy to teraz, nie do utrzymania w świetle ostatniego, doprawdy przerażającego rozdziału. Tymczasem to przerażenie dziwnie uzdrawiająco działa na ludzi, pogrążonych w jałowej rozrywce lub obezwładniającym smutku bezcelowego istnienia. Dick, ten samozwańczy misjonarz, nie przekonuje nas bowiem do określonej dobrej nowiny, a tylko z pasją przygotowuje na nią miejsce.
Religia kojarzy się na ogół z harmonijną wizją świata, z odkryciem porządku, pozwalającego zorientować nasze życie na realizację wartości najwyższych - i przeciwstawiającego się doczesnemu chaosowi. Tymczasem jednak nasza kultura wynalazła inny, doczesny porządek, harmonię rodem z “Nowego wspaniałego świata” Huxleya. W jej kleszczach tofflerowski “szok przyszłości” okazuje się na co dzień dyskomfortem, przykrym ale dającym się znieść. Nic nie ma większego znaczenia, ale rytm pracy, rozrywki i snu pozwala funkcjonować, a na depresję mamy przecież stosowne pastylki. W tych warunkach formą przeżywania sacrum stał się niepokój, metafizyczna wątpliwość, lęk istnienia. Dick objaśnia to w taki sposób: “wszystko może być fałszerstwem, od znaczków, przez skamieniałości po czarne dziury w kosmosie. (…) Z chwilą, kiedy się dopuści tę myśl, albo wątpliwość, do głowy, jest się gotowym do rozważania kwestii Boga”. Właśnie w tym sensie niepokojąca proza Dicka, wprowadzająca niepokój w sam środek pop kultury, wydaje mi się w najszlachetniejszym sensie tego słowa literaturą religijną.
Pozostaje żałować, że Spielberg i jego ekipa postanowili nas w ekranizacji “Raportu mniejszości” ukoić. Wszystko będzie dobrze, amerykański happy end odbył się raz jeszcze. Co do mnie, zamiast ślicznego obrazu szczęścia z finału filmu, wolę takie postawienie sprawy, jakie znajduję w słowach narratorki “Transmigracji Timothy’ego Archera”: “Niech mnie ręka boska broni przed jeszcze jedną taką nocą. Ale, do licha, gdybym nie przeżyła tej nocy, pijąc i płacząc, czytając i skręcając się z bólu, nigdy bym się tak naprawdę nie narodziła. To był czas moich narodzin w realnym świecie”. W realnym, dodajmy, to znaczy takim, z którego przegnane zostały iluzje. Simulakrie. Środki znieczulające na ból istnienia. W świecie, w którym można by spotkać Boga. W którym można mieć nadzieję, że się Go odnajdzie.
Źródła cytatów:
Franz Kafka: Proces, tłum. Bruno Schulz, Warszawa 1957
Lawrence Sutin: Philip K. Dick. Boże inwazje, tłum. Lech Jęczmyk, Poznań 1999
oraz książki Philipa Dicka:
Ubik, tłum. Michał Ronikier, posłowie Stanisława Lema, Kraków 1975
Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, tłum. Sławomir Kędzierski, Warszawa 1995
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, tłum. Zbigniew Królicki, Poznań 1990
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, tłum. Zbigniew Królicki, Poznań 1996
VALIS, tłum. Lech Jęczmyk, Poznań 1994
Transmigracja Timothy’ego Archera, tłum. Lech Jęczmyk, Poznań 1999