Bez niedomówień
czwartek, 24-06-2010 W zupełnie nieoczekiwany sposób przypomniała mi się powieść Stefana Żeromskiego „Ludzie bezdomni”. Ci z Państwa, którzy czytali jeszcze lektury szkolne, nie zaś streszczenia – pamiętają zapewne, że niejaki Tomasz Judym stara się w tej książce przeciwdziałać złu. Kolejność wydarzeń odtwarzam z pamięci, więc mogę się w szczegółach mylić, ale wydaje mi się, że najpierw myśli sobie ów Judym, że przeciwstawi się złu namawiając innych medyków – podczas odczytu w towarzystwie lekarskim – do zajęcia się nie tylko skutkami, ale i przyczynami niehigienicznego trybu życia ludzi najuboższych. Nie podziałało. Zatem Judym zabiera się za osobistą „pracę u podstaw”, lecząc za grosze lub za darmo biedaków. Nie idzie. No to, już nieco zniechęcony, jedzie na ciepłą posadkę do uzdrowiska i tam przynajmniej chce dokonać tyle, żeby uzdrowisko zlikwidowało urodziwe, lecz chorobotwórcze stawy (stawy w znaczeniu hydrologicznym, nie anatomicznym), bo ich malaryczne wyziewy zatruwają okolicę. Ale niejaki Krzywosąd (tak się chyba nazywał? – nie chce mi się sięgać na półkę, bo ostatecznie nie o Żeromskiego mi teraz chodzi) skutecznie blokuje i tę inicjatywę Judyma. I wtedy Judym spontanicznie sięga po radykalniejszą, niż dotąd, metodę przeciwstawiania się złu, a mianowicie po prostu daje owemu Krzywosądowi po mordzie.
(Co zresztą rzecz jasna sprawia, że to Judym wychodzi na „złego człowieka”, więc musi opuścić uzdrowisko, ale spotkawszy przypadkiem niejakiego Korzeckiego udaje się do Zagłębia, gdzie włącza się w działalność rewolucyjną, która niewątpliwie stanowi dojrzalszą formę owego „dawania po mordzie” nad stawem w Cisach).
Tak opisana droga bohatera odpowiada, jak mi się zdaje, na pytanie, dlaczego niektórzy łagodni, a w każdym razie powściągliwi na co dzień ludzie zamieniają się niekiedy w pieniaczy, rewolucjonistów bądź zgoła terrorystów. Kiedy człek widzi, że jakaś wartość jest poniewierana, i decyduje się bronić jej zgodnie z prawem, a w starciu (słownym) z przeciwnikami odwołuje się do pojęć racjonalnych, takich jak rachunek strat i zysków, racjonalne zarządzanie, konieczność obustronnego samoograniczenia w celu wyjścia z konfliktu i tak dalej – i nic, uzyskuje skromne efekty lub nie uzyskuje ich w ogóle, wówczas dociera do niego nagle, że w pewnych okolicznościach trzeba albo odpuścić, przeczekać festiwal głupoty i złej woli, żeby potem zająć się odbudową tego, co zniszczono, albo też pozostaje stać się chuliganem. No i wówczas wszystko zależy już tylko od temperamentu, stopnia samokontroli, może też trochę od dotkliwości sytuacji. Przy pewnym układzie tych czynników robi się to, co Judym, co Che Guevara, co Ulrike Meinhof. Lub – co Mateusz Birkut, rzucający cegłą w drzwi Urzędu Bezpieczeństwa. Przy innym układzie – człowiek wzrusza z pogardą ramionami, wybucha niewesołym śmiechem, albo zaczyna kompulsywnie oglądać wszystkie transmisje meczów z mistrzostw świata w piłce nożnej, nawet te najnudniejsze.
Dedykuję ten wpis wspaniałemu miłośnikowi Trójki, Mordredowi, który w komentarzu pod poprzednim wpisem napisał o dziennikarzach, którzy jakoby „osiedli na laurach i błogo czekają na końcowe zwycięstwo”. Mordredzie, szanuję Pana bardzo za akcję „campingową”, ciepło wspominam naszą wieczorną rozmowę w przyczepie, ale niech Pan weźmie ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych i znajdzie przepis, pozwalający dziennikarzom Trójki wszcząć w obecnych okolicznościach legalny strajk. I jeszcze proszę wymyślić, w jaki sposób ja miałbym do tego strajku teraz wezwać, nie mając wrażenia, że załatwiam prywatę, skoro ostatnie decyzje p.o. dyrektora naszej anteny uderzają akurat również w moje audycje i, tym samym, w moje zarobki. Nota bene – to z kolei uświadamiam wszystkim krytykom mojej postawy w ciągu minionych miesięcy – na taką skalę właściwie po raz pierwszy.
A najdalej w październiku albo będziemy w trakcie sprzątania, albo w trakcie szukania zupełnie innej pracy. W każdym razie wielu z nas, w tym prawdopodobnie niżej podpisany.
PS. Mimo wszystko nie można wykluczyć, że wydarzenia wymkną się spod kontroli (i oby nasi zwierzchnicy w swoim szaleństwie o tej możliwości jednak pamiętali). Ale ja, niech to będzie i moją wadą, uważam, że w suwerennej i demokratycznej ojczyźnie powinno się przestrzegać prawa. Choć nieraz szlag mnie trafia, bo – jak to pisał jakiś satyryk sprzed czterystu bodaj lat – „prawo polskie jest jak pajęczyna, bąk się prześlizgnie, a na muchę wina”.